Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sterek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sterek. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 kwietnia 2021

STACKSON/STEREK - Rollercoaster uczuć cz.23 Bonus

 



***

— Jak, co, jak? — wykrztusza Scott z ledwością łapiąc oddech — Poważnie, wy razem?! To niemożliwe! — stwierdza w końcu — Wkręcacie nas, co? Przyznaj się Stiles to twój pomysł prawda? Nie wiedziałeś, jak powiedzieć reszcie, że wolisz chłopców i...

— Scotty-boy zamknij się, albo będę musiał znowu potłuc sobie rękę o twoją kanciastą twarz. — prycha Stiles — I, chłopców, poważnie? Co z tobą? Nagle jesteś dwunastoletnią dziewczynką, wzdychającą do starszego barta najlepszej przyjaciółki, czy siedemdziesięcioletnim emerytem dla którego wszyscy, którzy nie mają siwych włosów i sztucznych szczęk, to małolaty?

— Stiles, mógłbyś proszę przestać, używać obrażania mnie w niezrozumiały dla większości sposób, aby odwrócić ich uwagę od faktu, że padło jakieś ważne pytanie?

— Hm, wygląda na to, że zmądrzałeś Scott — kpi Jackson z tym swoim krzywym uśmieszkiem, który kiedyś doprowadzał Stilesa do furii.

— Co Scott miał na myśli mówiąc o tym, że interesujesz się... — Isaac stara się patrzeć wszędzie tylko nie na Stilesa, a to nie jest zbyt miłe.

Stilinski ma ochotę odwrócić się na pięcie i wyjść. Nie robi tego, bo nie chce wyjść na tak słabego i niedojrzałego, jak kiedyś. Dlatego zaciska zęby mocno, że tylko cudem nie słychać ich zgrzytania. Prostuje się i podchodzi do zastawionego stołu, ciągnąc za sobą bardzo spiętego Whittemora. W końcu dostali zaproszenie i jeśli teraz komuś nie pasuje to z kim przyszedł, będzie musiał powiedzieć im to w twarz.

— Kim, Isaac? — pyta zaczepnie — Tylko proszę, nie powtarzaj po McCallu i nie mów "chłopcami", bo zabiorę Braeden z powrotem wino, a potem sam wypije wszystko, na raz — wzdryga się teatralnie — Nie żebym uważał się za jakiegoś super dojrzałego, ale określenie "chłopiec" pasuje mi raczej do piętnastolatka, próbującego wymknąć się na swoją pierwszą imprezę... Wolę mówić, że jestem gejem. I interesują mnie mężczyźni, a nie chłopcy, Scotty-doo — przypomina sobie, jak nudne może być ciskanie sarkastycznymi uwagami w kogoś, kto nie umie oddać tym samym.

— Uhm, okay... Stiles? — Lahey,nie brzmi na zdegustowanego czy obrzydzonego, tylko raczej na zranionego. — Dlaczego nam nie powiedziałeś? Myślałem, że... wiesz po tych twoich gadkach o więzi w stadzie, wypytywaniu mnie o te lata z ojcem...

— Nikt z Beacon Hills nie dowiedział się, bo tego chciałem — przyznaje ostrożnie — Peter mnie z kimś widział, bo to wścibski, upierdliwy włamywacz...

— I mi nie powiedziałeś? — syczy Lydia, zaciskając swoje długie, pomalowane na zielono paznokcie na przedramieniu starszego Hale'a

— Widzę, że nie tylko my mamy sekrety — prycha Stiles patrząc na tą dwójkę bardzo wymownie — Choć, jeśli zastanowić się nad tym trochę dłużej, to wydaje się całkiem sensowne — kontynuuje, wprawiając tym niemal wszystkich w szok.

Martin wygląda na dziwnie usatysfakcjonowaną, a Peter uśmiecha się do niego bez cienia kpiny czy złośliwości. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że przyjacielsko. Co powinno być zwiastunem nadchodzącej apokalipsy. Peter Hale nie bywał miły bez powodu.

— Taaak, bo to było tak oczywiste, jak ty i pan jaszczurka razem — Scott nie daje za wygraną. I jeśli wziąć pod uwagę wszystkie te lata, w których nie mogli na siebie patrzeć z Jacksonem bez chęci przywalenia temu drugiemu, to jego niedowierzanie ma całkiem sporo sensu. McCall, jak na dobrego kumpla przystało, stara się go chronić. Stiles to docenia, ale tym razem nie potrzebuje.

— Scott, kumplu — mówi Stiles głosem słodkim, jak żyletka posmarowana miodem i posypana cukrową posypką — Mógłbyś mi powiedzieć, o co tak naprawdę ci chodzi? — pyta — Dostałem zaproszenie i ostrzegłem, że nie przyjdę sam. Jako nieliczny, z tu obecnych przynajmniej wiedziałeś, że przyjdę z facetem, a nie dziewczyną... W żadnym punkcie naszej rozmowy nie zaznaczyłeś, że nie mogę przyprowadzić kogoś ze sobą.

— To Jackson!

— Uwierz, że jestem tego w pełni świadomy — prycha Stiles obronnie, bo powoli zaczyna mieć tego wszystkiego dosyć — Znam go.

— A może tak ci się tylko wydaje? Nie pamiętasz już, jakie piekło zrobił z twojego życia w szkole?

— Co? — Jackson w końcu nie wytrzymuje — Chyba nie chcesz powiedzieć tego, co mi się wydaję, że chcesz? — gniew Whittemora jest bardzo wyrazisty nawet bez wilkołaczych zmysłów.

— Scott... nie lubiliśmy się z Jacksonem w szkole, to fakt. — przyznaje Stiles poważnie. Jednocześnie kładąc dłoń na barku, drżącego ze złości Whittemora — Obaj skakaliśmy sobie do gardeł. To nigdy nie było tak, że tylko on był wredny. A już z pewnością, nie określiłbym tych potyczek jako znęcanie się nad moją biedną, słabą osobą - a to właśnie sugeruje twój ton — zauważa z lekkim obrzydzeniem. Okay, może w liceum nie był wielbiony przez tłumy, ale uważał się za całkiem zaradnego i sprytnego. Na pewno był o niebo inteligentniejszy od wszystkich próbujących mu dokuczać tłuczków i radził sobie z nimi za pomocą kombinacji: uników, szantaży i kpin. Nie było żadnego kretyna, który nie miałby nic do ukrycia. Jackson to zupełnie inna kategoria. Zostali wrogami, przez jakąś pierdołę w przedszkolu i tak to się za nimi ciągnęło przez kilkanaście lat życia. Musieli znaleźć się na innym kontynencie, obaj bez swoich wiernych znajomych i bezpiecznych schematów, by dać sobie szansę na poznanie się naprawdę

— To nie jest nagłe. Wpadliśmy na siebie na początku lipca, a zeszliśmy się dopiero wczoraj — wyjaśnia, licząc na to, że uspokoi tym nieco Scotta

— Posłuchaj McCall, nie było cię z nami przez ostatnie pół roku. I naprawdę nie cierpię tego robić, ale... jednak poproszę cię o to ze względu na to, że jesteś jego najlepszym kumplem — Jackson Whittemore, mota się w słowach. Kto by pomyślał, że w ogóle nadejdzie taki dzień? — Odpuść na jakiś czas, dobrze? Poczekaj i obserwuj. Jeśli za kolejne pół roku uznasz, że Stiles wygląda na nieszczęśliwego, to możesz przylecieć do Anglii i mi przywalić, okay?

— PÓŁ ROKU? — pyta Isaac z niedowierzaniem — Scott, jeśli Whittemore robi takie dalekie plany, to

— Okay. — McCall wchodzi mu w zdanie — Jeśli tylko Stiles, nie będzie niczego przede mną ukrywał... wiesz trochę ciężko przez ocean wywąchać cudze emocje.

— Tak, jakbyś był w tym szczególnie dobry — wtrąca Peter, ze złośliwym uśmiechem zerkając w kierunku Isaaca — Czasami zastanawiam się czy ta zdolność, nie jest w jakiś sposób u ciebie zablokowana, bądź upośledzona...

— Nie teraz, Peter — karci go Lydia

— To, jak Scott? — pyta zły, głodny i wyraźnie sfrustrowany Stiles — Naprawdę nie chcę się z tobą żreć, ale nie jestem już dawnym sobą. Umiem rozpoznać, czy komuś naprawdę na mnie zależy. — Słyszy słabe stęknięcie Dereka. — Cholera — syczy pod nosem.

To naprawdę nie miał być dobrze wymierzony cios w Hale'a. Czysty zbieg okoliczności. Tak naprawdę, tamta rozmowa z Derekiem, nieco oczyściła atmosferę pomiędzy ich dójką. Co prawda, nigdy nie zostaną bliskimi przyjaciółmi, ale z czasem spotkania okolicznościowe powinny stać się znośniejsze.

— Zleży mi na nim i nie potrzebuję teraz, by najlepszy kumpel, sabotował mój pierwszy, dobrze rokujący związek — wie, że zaczyna grać nie fair. Scott zawsze dawał sobą manipulować, gdy zaczynało się mówić cokolwiek o uczuciach. Stiles rzuca przepraszające spojrzenie w kierunku Allison, która uśmiecha się pobłażliwie. Na pewno wytłumaczy później McCallowi, w jaki sposób dał się przerobić.

— Niech wam będzie — zgadza się Scott — Isaac ma trochę racji, jeśli Jackson Whittemore planuje za pół roku być nadal z tą samą osobą... to najprawdopodobniej kroi nam się drugi ślub w stadzie.

— Muszę ci przypominać McCall, że ja już nie należę, do waszego kółka wzajemnej adoracji? — prycha Jackson

— Ale Stiles, wciąż w nim jest — mówi Derek spokojnym głosem

— A jak właśnie się dowiedzieliśmy, całkiem na poważnie bierzesz kwestię adorowania jego, więc...

— Peter milcz na razie — prosi Derek — Stiles jesteś częścią tego stada. Chyba, że kiedyś sam zdecydujesz inaczej. I wiem, że nie odczuwasz tego tak, jak wilkołaki. Chcę, żebyś wiedział, że gdyby nie twój początkowy upór w dążeniu do tego, abyśmy dogadali się ze Scottem, a potem z Peterem to... nie byłoby żadnej watahy Hale. Nawet, jeśli przyznanie tego zajęło mi aż tyle czasu — dodaje z przepraszającym uśmiechem. — I wiem, że my też mamy wiele zaszłości, Jackson, ale... ty też jesteś tu mile widzianym gościem. Ktokolwiek, z twojej nowej watahy, będzie odwiedzał Kalifornie... zdołałem odbudować trochę dawnych znajomości. Pomogę, o ile zdołam — WOW! To chyba jedna z najdłuższych wypowiedzi Dereka, jakie Stiles kiedykolwiek słyszał.

Nie może nie uśmiechnąć się w odpowiedzi. Hale, kiwa mu głową i wraca do rozmowy z Braeden i Lydią o ich ewentualnym spotkaniu sylwestrowym.

Stiles czuje ciężar ramienia Jacksona na swoich ramionach, więc odwraca się w jego stronę, by zapytać czy wszystko w porządku. Jednak Whittemore zaskakuje go krótkim, ale nie tak znowu niewinnym pocałunkiem. Z każdej strony rozlegają się radosne śmiechy i gwizdy. Peter mówi coś o zbyt wielu osobach wchodzących mu w kadr. Dopiero to uświadamia Stilinskiemu, że starszy Hale ma w rękach kamerę. Cudownie. Jest pewien, że kolejnego dnia w każdym możliwym punkcie informacyjnym będzie wisiało ich zdjęcie. Dobrze, że Anglia jest tak daleko od tego szaleńca.

środa, 26 sierpnia 2020

Stackson/Sterek - Recykling cz.20 (ostatnia)

 

Jeśli nawet się pojawię to na pewno nie sam.
 
 
*** 

Stiles ma ochotę wyrzucić swój telefon przez okno albo spłukać go w toalecie. Kto może dzwonić do niego o takiej nieludzkiej godzinie? Ledwie udaje mu się otworzyć jedno oko, by móc przeczytać nazwę. Powinien się domyślić... Scott. W końcu nadal nie udało im się spotkać nawet na chwilę.

— Taaak? — odbiera ziewając

— Obudziłem cię?! — dziwi się McCall — Stiles, jest prawie jedenasta.

— No i co z tego?

— Wpadłeś do domu się wyspać?

— Ojciec dopiero nad ranem wrócił z posterunku — tłumaczy cierpliwie — A ja późno się położyłem — to nie do końca kłamstwo, prawda?

— Okay, niech ci będzie — kapituluje Scott — Mam do ciebie sprawę... Nie widzieliśmy się jeszcze, a nie zanosi się na to żebym dzisiaj miał więcej czasu niż wczoraj. Teraz jestem w pracy u Deatona, a popołudniu mama i All chcą żebym pomógł w gotowaniu.

— Biedny, zaganiany Scottie! — kpi

— Jaki ty jesteś zabawny — czy to był sarkazm? Stiles jest prawie pewien, że tak. To odrobinę szokujące, bo Scott McCall jakiego pamięta za nim nie przepadał. — Pomyślałem, że może wpadniesz na wigilijną kolację do domu Dereka? — Stilinski zamiera. Kolejny raz kompletnie nie wie co zrobić. — Stiles?

— To chyba kiepski pomysł, Scott. — mówi ostrożnie — Nie jestem już częścią tego stada

— CO?! Niby od kiedy?

— Jestem człowiekiem. Nie utrzymywałem z nikim poza tobą większego kontaktu. Czasami wymieniliśmy kilka wiadomości z Isaakiem czy Lydią... to chyba mówi samo za siebie.

— Z tego co wiem, to każdy jest ciekawy co tam u ciebie. Peter zamęcza mnie o to od miesiąca.

— Powiedz wprost, że masz dosyć psychopatycznego wujaszka. Chcesz, żeby znalazł nową ofiarę do dręczenia zbyt osobistymi pytaniami i niewybrednymi komentarzami.

— To też — Stilinski bez trudu może rozpoznać w głosie przyjaciela tę charakterystyczną nutkę skruchy — Będziesz?

— Nie wiem jeszcze

— Stiles, no! — jęczy Scott. — Mam cię prosić? — Stilinski widzi, że Jackson powoli zaczyna się budzić.

— Po pierwsze zapytaj Hale'a czy w ogóle jestem tam mile widziany — wystarczy to jedno zdanie, a Whittemore od razu wydaje się o wiele bardziej przytomny. — A po drugie, jeśli nawet się pojawię to na pewno nie sam.

— Co-o? — jąka się McCall. Stiles może się założyć o sto dolców, że przyjaciel wygląda właśnie jak jelonek złapany w światła reflektorów. Kompletne oszołomienie.

— Pa-pa. Odezwę się później!

— Nie, czekaj! St — tyle zdąża usłyszeć zanim rozłącza się z wrednym uśmieszkiem

 

— Czego chciał Scott? — pyta Jackson zaspanym głosem

— Spotkać się, ale najwyraźniej dorosłość dopadła i jego, bo nie ma czasu.

— A co ma do tego Hale?

— McCall zaprosił mnie na ich wigilijną kolacje — odpowiada niechętnie. Nie ma ochoty na kłótnie. To byłoby niemiłe zakłócenie tak dobrze rozpoczętego dnia. — Słyszałeś moją odpowiedź — dodaje, całując Whittemora w odsłonięty obojczyk. To zmniejszy ryzyko dzikiego wybuchu zazdrości. A przynajmniej na to liczy.

— I co zrobimy, jeśli pan alfa nie zgłosi sprzeciwu? A mam przeczucie, że tego nie zrobi...

— Uwierz, też nie mam za bardzo chęci mierzyć się z nimi wszystkimi na raz — przyznaje z ciężkim westchnięciem. Na samą myśl o tym spotkaniu cierpnie mu skóra. — To dziwne i nieco przykre, bo kiedyś wydawało mi się, że przyjaźnie się z nimi wszystkim, a nie tylko z McCallem...

— Przepraszam

— Nie bardzo masz za co. Jesteś zazdrosny, rozumiem — mówi i naprawdę ma to na myśli — Pamiętaj, że Lydia też tam będzie. A to z kolei twoja była, prawda? Piękna, inteligentna była.

— Żartujesz?! — prycha Whittemore, ale najwyraźniej poważna mina Stilesa jest wystarczającą odpowiedzią — Lydia ma kogoś, a nawet gdyby była sama to nie miałoby żadnego znaczenia. To co było między nami wypaliło się jeszcze zanim wyjechałem z Beacon Hills.

— Wierzę, ale...

— Teraz jestem z tobą — oznajmia twardo i widać, że waha się czy dodać coś jeszcze — Kocham ciebie.

— Ja ciebie też — odpowiada ze śmiechem. Może to tandetne i zalatuje tanim romansidłem, ale ma to gdzieś. Jackson musiał to od niego usłyszeć.

 

***

Jackson przez kilka sekund trwa w bezruchu. Musi zdusić w sobie chęć rzucenia się na Stilesa po raz kolejny. To diabelnie trudne po jego wyznaniu, a Stilinski nie ułatwia mu tego swoimi uśmieszkami i psotnym spojrzeniem. A tym bardziej, lekkim, zmysłowym dotykiem. Zaciśnięciem dłoni na jego ramieniu czy niby przypadkowym trąceniem stopą o jego łydkę...

Powstrzymuje się tylko dla tego, że nie mieli już w nocy siły na kąpiel. A to co zostało na nich po drugiej rundzie oraz poranny oddech, raczej nie pachnie zachęcająco. Chociaż czuje się też usatysfakcjonowany. Stiles jest przesiąknięty jego zapachem tak bardzo, że dla większości wilkołaków będzie oczywiste co ich łączy.

— Seks potem śniadanie czy śniadanie, a później seks? — pyta Stiles

— Opcja pierwsza... tylko zaczniemy od prysznica

— Hm... — mruczy Stilinski. Dotyka swojej klatki piersiowej i brzucha. Po czym krzywi się nieznacznie — Może i racja.

 

***

Ostatecznie idą na tą nieszczęsną kolację. Chociaż obaj wyglądają bardziej jakby szli do dentysty na leczenie kanałowe. Chcieli utrafić tak, aby nie być pierwszymi gośćmi ani ostatnimi. Oczywiście nic, nigdy nie może ułożyć się po ich myśli.

Gdy podjeżdżają pod dom Dereka cały podjazd jest już zastawiony samochodami. Whittemore zerka z krzywym uśmieszkiem na Stilesa.

— Wygląda na to, że będziemy mieć mocne wejście.

— Widzę.

— Zawsze możemy zawrócić — proponuje z nadzieją — Znam kilka lepszych sposobów na spędzenie wieczoru... — urywa sugestywnie

— Później — odpowiada Stilinski ze śmiechem. — Choć, bo jeszcze naczelny psychol Beacon Hills po nas przyjdzie.

— Nadal nie rozumiem po co kupiliśmy to wino... i to aż cztery rodzaje! Przecież to nie tak, że ich upijesz i zwiejemy... — narzeka, sięgając do tyłu po zapakowane w ozdobne pudełka, butelki

— To dla dziewczyn — Jackson tego nie widzi, ale i tak wie, że Stiles wywraca właśnie oczami. — Może też dla mnie... skoro jesteśmy twoim samochodem.

— A nie chcesz prowadzić?

— Innym razem. Tego raczej nie uda mi się przetrwać bez wspomagania. — decyduje Stilinski. W końcu wysiadają i kierują się powoli w stronę ładnie oświetlonego domu. Po drodze Stiles przejmuje od niego dwa pakunki.

Jackson nie zdąża nawet nacisnąć dzwonka, kiedy drzwi otwierają się z rozmachem i pojawia się w nich uśmiechnięty od ucha do ucha Peter Hale. Dupek ma nawet na tyle bezczelności, by ich bezceremonialnie obwąchać.

— Kogo me oczęta widzą! Angielskie papużki nierozłączki!

— Tobie też dobry wieczór, Peter — mówi Stiles, uśmiechając się krzywo. — Wpuścisz nas?

— Oczywiście. — Hale wykonuje teatralny ukłon i schodzi im z drogi — Możesz mi wierzyć lub nie, ale od popołudnia jesteś głównym tematem rozmów w tym domu... Lydia i Allison cały czas zastanawiały się z kim przyjdziesz. Scott i Isaac byli chyba jeszcze gorsi.

— Nieprawda! — protestują zgodnie wszyscy wymienieni

— Zapraszam dalej — Breaden podchodzi do nich z uśmiechem — Co tam dobrego przynieśliście?

— Wino. Dla ciebie — Stiles wręcza jej jedno z opakowań.

— Dziękuję

Zostawiają płaszcze na wieszaku. Stilinski bierze jeszcze dwa głębsze wdechy i wchodzą dalej. Jackson kładzie dłoń na jego ramieniu. W założeniu gest ma być uspokajający, ale jest też chyba w nim odrobina zaborczości. Stiles, jednak zdaje się być pewniejszy siebie, a to najważniejsze.

— Cześć wszystkim? — wita się nieco niepewnie, bo jak tylko przekraczają próg jadalni spojrzenia wszystkich zgromadzonych skupiają się na nich. Rozmowy milkną.

— Jackson? — pyta Lydia. Chyba sama nie jest pewna o co i kogo pyta. Stilesa, czy naprawdę przyszedł z jej byłym chłopakiem czy może jego, co on tu do cholery robi?

— Jackson? — dołącza McCall i to już na pewno skierowane jest do Stilesa — Naprawdę?!

— Tak, Scott. Naprawdę — odpowiada Stilinski z odrobinę nerwowym uśmiechem.

— Stary... — jęczy McCall — Poważnie?

— O co ci chodzi? — wtrąca Whittemore mając powoli dosyć

— Przez was jestem winien Peterowi sto dolców! Byłem przekonany, że wasza dwójka tylko się przyjaźni — tłumaczy

— Cóż... jeśli cię to pocieszy to jeszcze wczoraj wygrałbyś ten zakład.

Stackson/Sterek - Recykiling cz.19

Nie wskoczyłbym ci na kolana gdybym nie był w tobie zakochany.

 

***

Jeśli ktoś czytał coś mojego to wie, że najtrudniej jest mi pisać takie właśnie sceny. Zawsze mam wątpliwości czy da się to czytać...

Dlatego chętnie przygarnę każdą ilość komentarzy. :)

***

Przez dłuższy czas pozostają w takiej samej pozycji. Ich pocałunki są w jednej chwili leniwe i powolne, a kilka sekund później mocne i odrobinę zbyt gwałtowne. W pewnym momencie Whittemore jest przekonany, że zaraz zemdleje z nadmiaru wrażeń, ale Stilinski cofa się o parę centymetrów, rozdzielając tym samym ich usta. Przez sekundę czy dwie patrzy na zdezorientowanego i zdesperowanego Jacksona z psotnym błyskiem w oku.

— Stiles — syczy wilkołak ostrzegawczo

Ten ukrywający się sadysta śmieje się krótko, a potem skupia całą swoją uwagę i... hm, zapał na szyi Whittemora. Liże i przygryza wrażliwą skórę. Dokładnie i powoli, milimetr po milimetrze sunie w kierunku gardła i jabłka Adama. Wilczy instynkt nakazuje Jacksonowi natychmiastową ucieczkę. Zmusza się do pozostania w bezruchu, bo wie, że Stiles nic mu nie zrobi. Poza doprowadzeniem go do szaleństwa. Już wcześniej domyślał się, że język Stilinskiego musi być bardzo zwinny... w końcu chłopak ćwiczył go latami, paplając z szybkością karabinu maszynowego. Jęczy, chociaż właściwie bardziej brzmi to jak skomlenie, kiedy Stilinski ponownie łączy ich usta, a po chwili również języki. Na własną zgubę przekonał go do tego kolczyka...

Jackson wciąż przytrzymuje Stilesa za tyłek, inaczej ten już dawno zsunąłby się na podłogę. Fotel jest zbyt mały, aby siedziało na nim dwie osoby. Nie potrafi jednak zmusić się do zaproponowania zmiany miejsca. Ta odrobina niewygody jest niczym przy całej reszcie odczuć związanej z siedzącym na jego kolanach chłopakiem. Chociaż może to nie jest dokładne określenie tego co robi Stilinski... Jego biodra drgają niespokojnie, wygląda na to, że z całych sił stara się powstrzymać od ocierania się o Jacksona, który wcale nie miałby nic przeciwko. Ręce Stilesa są wszędzie, a przynajmniej tam gdzie pozwala im sięgnąć pozycja w której się znajdują. Jego działania są jednocześnie chaotyczne i diabelnie dokładne. Whittemore do tej pory był przekonany, że tych dwóch rzeczy nie da się połączyć. Powinien pamiętać, że Stiles od zawsze lubił wymykać się schematom.

Czuje jak palce chłopaka zaciskają się na jego włosach, a następnie suną po karku, plecach i ramionach, jakby chciał jak najszybciej i jak najdokładniej poznać całe ciało Jacksona. Whittemore nie ma nic przeciwko, może nawet wspomóc to przedsięwzięcie pozbywając się ubrań. Najlepiej natychmiast. I czy on narzekał kiedykolwiek na ten wspaniały mebel... Zdecydowanie nie. Ten fotel jest idealny, a jeśli będą chcieli więcej miejsca to podłoga wygląda bardzo zachęcająco. Szczególnie, że jako wilkołak może wyczuć ostry, ciężki zapach podniecenia unoszący się wokół nich.

— Sti-es — charczy, bo chcę się dowiedzieć, gdzie jest granica zanim całkowicie straci panowanie nad sobą. — może...

— Shhh — to jedyna odpowiedź jaką dostaje. Wygląda na to, że nie tylko on jest w takim stanie. Jeszcze kilka minut, decyduje. Masuje pośladki Stilesa przez szorstki materiał spodni. Genialne uczucie. Najwyraźniej nie tylko jemu się podoba, bo Stilinski przerywa pocałunek i wierci się na jego kolanach. Jackson zaciska dłonie o wiele mocniej i jednocześnie porusza własnymi biodrami. Może poczuć, że Stiles jest tak samo twardy jak on. Jedyne czego teraz chce to żeby ich ubrania zniknęły. Musi, potrzebuje dotknąć nagiej skóry dłońmi. Skosztować jej ustami i rysować mokre wzory językiem.

 

Oczywiście w ich przypadku nic nie może układać się zbyt pomyślnie. Ledwie zdąża rozpiąć połowę guzików przy koszuli Stilesa, a słyszy charakterystyczny dźwięk auta rodziców na podjeździe. Ma ochotę się rozpłakać. Czy oni nie mogli wrócić godzinę później? Stilinski wygląda na mocno zaskoczonego i rozczarowanego, gdy przerywa rozbieranie go i odsuwa się z przepraszającym uśmiechem.

— Co ty wyprawiasz?

— Moi rodzice właśnie wrócili. Są przy bramie. — Oczy Stilesa robią się komicznie wielkie, przez co wygląda trochę jak postać z kreskówki. Niemal natychmiast zrywa się z jego kolan z taką prędkością, że chyba tylko cudem się nie wywraca. — Spokojnie, nie zjedzą cię. — zapewnia

— Jak możesz być taki...?

— Uwierz, jestem tak samo wkurzony jak ty. Wolałbym żeby zostali na noc tam gdzie byli, ale... — przeczesuje włosy — Mama wie, że... mam do ciebie słabość... a to nie tak, że mają z ojcem jakieś sekrety jeśli chodzi o mnie.

— Nie jestem zły. To w końcu ich dom. Tylko... stresuje się — przyznaje — Okay, więc co mam zrobić?

— Przywitać się i życzyć dobranoc? — proponuje Whittemore

— Tak?! — piszczy Stilinski wskazując ręką na siebie. Cóż... opuchnięte usta, malinki i zmięte ubranie. — Wyglądam jakbym ostatnią godzinę spędził na macaniu się z tobą.

— Hm... może miałem halucynacje, ale czy nie to właśnie robiliśmy? — zakpił

— Och, przestań być dupkiem! — irytuje się Stiles — Poza tym ty wcale nie wyglądasz lepiej.

— Trudno. Rodzice są już w garażu

— To na pewno będzie najbardziej żenująca chwila w moim życiu — mamrocze Stilinski, starając się wygładzić nieco koszulę. W końcu decyduje się ją zdjąć i zawiązać na biodrach. Częściowo zasłaniając krocze. Jackson nie może powstrzymać się od zadowolonego uśmieszku.

Tym razem obaj siadają na kanapie. Whittemore wyłącza nagranie i szuka czegoś znośnego w telewizji. Program jest kiepski, ale ostatecznie decyduje się na kanał z jakimś serialem o Zombie. Nie jego klimaty, ale Stiles lubi produkcje tego typu.

— Znasz?

— A ty nie?! — wygląda na oburzonego

— Jakoś nie przepadam za chodzącymi trupami.

— Jackson — jęczy Stiles i to działa na niego nieco inaczej niż chciałby w obecnej sytuacji. Oddycha kilka razy głęboko. — Jak wrócimy do Anglii, usadzę cię przed laptopem i zmuszę do obejrzenia całego sezonu — grozi albo obiecuje. Wilkołak nigdy nie umie tego odróżnić.

— Jackson?! Synku?! — słyszy swoją mamę w przedpokoju.

— W salonie! — nie mija więcej niż minuta, a do pomieszczenia wchodzi jego ojciec. — Mama prowadziła? — pyta z nadzieją

— Tak — odpowiada ze śmiechem David — Twój samochód jest cały. — zapewnia — Maura kazała przekazać ci dobranoc oraz zapytać czy wszystko w porządku... a tak naprawdę to rozpoznała samochód pana Stilinskiego i nie chciała przeszkadzać.

— Ty nie miałeś takich skrupułów, co? — prycha Jackson

— Od kogoś musiałeś nauczyć się bezczelności i wścibstwa. — to nie była dokładnie odpowiedź na jego pytanie, ale wciąż wystarczająca. — Miłego wieczoru, chłopcy! — dodaje i pospiesznie wycofuje się w kierunku schodów. Wilkołak dopiero wtedy dostrzega w jego rękach kieliszki i kubełek z lodem. Domyśla się co się święci i od razu odrobinę zielenieje na twarzy.

 

— Stiles?

— Hm? — mamrocze wciąż lekko skołowany chłopak. Whittemore nie może się powstrzymać i całuje go krótko. To tylko tak dla upewnienia się, że naprawdę wolno mu to zrobić.

— Możemy jechać do ciebie? — pyta i dopiero po fakcie orientuje się jak można to zinterpretować. Nie żeby miał coś przeciwko, ale to raczej za wcześnie. — Nie mam na myśli, no wiesz... tylko

— Nie? — Stiles brzmi na zawiedzionego — Miałem właśnie zaproponować, że pojadę teraz i... — urywa, czerwieniąc się lekko — A ty zgarniesz kilka rzeczy i może dla pewności zrobisz potrzebne zakupy na stacji

— Jasne — przytakuje ochoczo — Mogę tak zrobić.

— Jesteśmy chętni, hm? — śmieje się Stilinski. Jackson przez chwilę boi się, że został podpuszczony. Jednak Stiles całuje go mocno od razu wsuwając mu język do ust.

— Och, przepraszam! — słyszą gdzieś z okolicy schodów

— Zabij mnie — szepcze Stilinski — W życiu nie pokaże się twoim rodzicom na oczy... — Whittemore muska ustami jego policzek, a potem kącik ust.

— Nie przejmuj się nimi. — prosi cicho — Oni wcale nie są lepsi. Myślisz, że co robią po nocach?

— Jackson! Nie mów mi takich rzeczy! To nie są sprawy o których powinienem cokolwiek wiedzieć.

— Też bardzo chętnie wymazałbym to ze swojej pamięci. Wilkołacze zmysły, pamiętasz?

— Biedny, ty — kpi Stiles — To dlatego chciałeś jechać do mnie? — dopytuje, a jego mina świadczy o rosnącym zażenowaniu.

— Początkowo może i tak — przyznaje — Teraz mam nieco ważniejsze powody.

— Tak?

— Podobasz mi się, fascynujesz mnie i jestem w tobie zakochany od jakiegoś czasu. — mówi na jednym wdechu — To jest moja główna motywacja i chyba powinienem powiedzieć to już dawno.

— Sądzę, że tak jest dobrze. Definitywnie zakończyłem to co łączyło mnie z Derekiem — wzrusza ramionami z niepewnym uśmiechem — I żebyśmy mieli jasność, nie wskoczyłbym ci na kolana, gdybym nie był w tobie zakochany.

— Och — to jedyne co może wykrztusić

— Jackson, słonko - możesz głośniej, bo nie wszystko słyszę?! — pyta jego wścibska mama, gdzieś z przedpokoju. To upokarzające, ale skoro tak chce się bawić to okay. Patrzy na Stilesa z krzywym uśmieszkiem.

— To co mam kupić na tej stacji? — pyta głośno i wyraźnie. Stiles śmieje się kręcąc z niedowierzaniem głową, ale w końcu się opanowuje i odpowiada równie donośnie

— Lubrykant i prezerwatywy.

 

***

Stiles dawno nie czuł się tak zdenerwowany i jednocześnie podniecony. Drogę od Whittemora do własnego domu pamięta jak przez mgłę. Tak samo jak kąpiel, mycie zębów i całą resztę.

Wciąż wydaje mu się to wszystko zbyt nieprawdopodobne. Szczególnie teraz, gdy siedzi przy biurku w samych spodniach od piżamy z wciąż wilgotnymi włosami i czeka aż Jackson Whittemore zapuka do drzwi. Gdyby nie liczne malinki na szyi, mógłby uznać, że nic między nimi się nie wydarzyło, a wszystko to jedynie wytwór jego wyobraźni. Jednak mocno czerwone ślady zdobią jego skórę i nie może się powstrzymać od pocierania ich palcami.

Jackson pojawia się kwadrans po pierwszej w nocy. Stiles zamyka drzwi od domu na wszelkie możliwe zamki i ciągnie rozbawionego Whittemora do swojego pokoju. Pospiesznie zasłania okno, bo ostatnie czego chcę to widownia w postaci pani Greenberg. Odwraca się i wpada na Jacksona, który zdążył już pozbyć się kurtki i bluzki. Nie ma pojęcia, który pierwszy wykonuje ruch, ale już po chwili całują się, stopniowo nawigując w kierunku niezasłanego łóżka. Sunie dłonią po odsłoniętej klatce piersiowej, aż do zamka spodni. Odpina guzik mocnym szarpnięciem i od razu dotyka go przez materiał bokserek. Zaraz, chwila... dlaczego on jest ledwie co podniecony? Skoro penis Stilesa jest tak twardy, że od jakiegoś czasu to odrobinę bolesne.

— Stiles, czemu przestałeś? — syczy Whittemore

— Obciągnąłeś sobie?

— A ty nie? — pyta zdziwiony — Jak twoim zdaniem miałem inaczej wejść na stacje?

— No nie wiem, założyć dłuższą koszulkę? — prycha Stiles, ale wraca do pozbywania się kolejnych części garderoby Jacksona

— Pomoże, jeśli powiem, że cały czas miałem przed oczami ciebie? — pyta wilkołak, niepewnie dotykając miękkiej skóry tuż przy linii jego piżamy.

— Może...

Milkną skupieni na wzajemnym rozbieraniu, a potem podziwianiu i poznawaniu swoich ciał. Niby widzieli już sporo z tego wcześniej, ale tym razem to jest zupełnie inne. Stiles pierwszy opada nagi na materac, od razu układa się wygodnie na poduszkach. Jest może odrobinę niepewny, bo Jackson jak na cholernego wilkołaka przystało, wygląda jakby właśnie zszedł z wybiegu albo z planu filmu dla dorosłych. A on od zawsze jest hiper świadomy swoich niedoskonałości. Mimo to nie próbuje się zasłaniać, tylko uważnie obserwuje twarz Whittemora. Pojawia się na niej wiele różnych emocji i nie każdą z nich Stilinski jest w stanie poprawnie zinterpretować, ale z całą pewnością jest tam podziw i pożądanie. To wystarcza, by przez jego ciało przebiegł przyjemny dreszcz. Nikt, nigdy nie patrzył na niego z taki głodem w oczach... i może to odrobinę dziwaczne, ale kręci go jak diabli to, że Jackson na moment traci kontrole i pokazuje swoje wilcze oczy.

Jackson gasi główne światło, w zamian zapalając lampkę nocną. Tak jest zdecydowanie lepiej i jakby intymniej. Stiles cieszy się, że Whittemore pamięta o tym, że jego ludzkie oczy nie są przystosowane do widzenia w całkowitej ciemności. Z czystej złośliwości, przeciąga się lekko i ugina nogi w kolanach.

— Zabijesz mnie — rzęzi Jackson.

Kiedy w końcu dołącza do Stilesa na łóżku jego każdy ruch jest wyjątkowo ostrożny i wyważony. Troska jest miła i powoduje, że ten rój zmutowanych motyli w jego brzuchu zaczyna fruwać jak szalony. Jednak nie jest tym czego Stilinski potrzebuje teraz najbardziej. Whittemore muska ustami jego żuchwę, kości policzkowe i szyję. To zatrzymuje go na dłużej, mruczy cicho oddychając wprost na rozgrzaną jego skórę. Stiles drży i nie może się powstrzymać od uniesienia bioder. Tak, by zyskać choć trochę tarcia.

— Idealny, piękny i mój — mamrocze Jackosn, gładząc delikatnie jego tatuaż na żebrach. Nutka zaborczości w jego głosie podoba się Stilinskiemu prawdopodobnie o wiele bardziej, niż gotów jest przyznać głośno.

— A ty jesteś mój? — pyta urwanym głosem, bo usta wilkołaka zawędrowały już w okolicę jego bioder, a kciukami pociera coraz bardziej wrażliwe sutki.

— Oczywiście — odpowiada Whittemore, chwytając jego nogi pod kolanami, by móc unieść je do góry. Na przemian delikatnie kąsa i całuje wewnętrzną stronę uda. Coraz wyżej i wyżej. Aż w końcu dotyka językiem główki jego penisa, a następnie liże aż do jąder i z powrotem. Nie spieszy się, bada, eksperymentuje i sprawdza jego reakcje. A Stiles tylko cudem powstrzymuje się przed dojściem tu i teraz.

— Jackson! — piszczy, bo inaczej nie da się określić dźwięku, który opuścił jego usta. Na swoje usprawiedliwienie ma jedynie to, że kompletnie się tego nie spodziewał. To pierwszy raz, gdy czuje język wokół swojego wejścia. Jęczy i wierzga biodrami, bo to cholernie przyjemne i na pewno chce tego jeszcze spróbować, ale może w innym terminie. Na ślepo maca pościel wokół siebie, bo z tego co pamięta to tam Whittemore rzucił lubrykant. Do języka dołącza pierwszy palec i ma ochotę przeklinać jak i chwalić tego durnego wilkołaka. Zaciska dłoń na małej buteleczce i z uśmiechem satysfakcji rzuca nią w Jacksona.

 

Kilka minut później Stiles jest na granicy orgazmu i ma ochotę udusić Jacksona własnymi udami. Ten pieprzony wilkołak za punkt honoru obrał sobie najwyraźniej doprowadzenie go go szaleństwa. Masuje i szturcha jego prostatę dwoma lub trzema palcami, jednocześnie sunąc językiem i ustami po jego sączącym się fiucie. Stilinski nie ma siły już przeklinać, a gardło na pewno da mu się jutro we znaki.

— No dalej — szepcze Jackson, obciągając mu szybkimi ruchami nadgarstka. — Stiles. — dodaje nagląco. Mocno rozszerzając palce wewnątrz niego. Jeszcze jedno dotknięcie prostaty i Stilinski w końcu się poddaje. Orgazm jakiego doświadcza z całą pewnością jest jednym z tych o których łatwo się nie zapomina. To jedynie kilka sekund, ale czuje się całkowicie rozluźniony i wypompowany ze wszystkich sił. Wie, że powinien być oburzony chociażby dla zasady, ale może zostawi to sobie na później, kiedy jego kończyny przestaną być takie ciężkie.

— Jesteś dupkiem — oświadcza, wciąż bardzo zdyszanym głosem

— Tak? — pyta Jackson ze śmiechem — A mógłbym przysiąc, że ci się podobało... — Stiles wywraca oczami i przyciąga zadowolonego z siebie kretyna do głębokiego pocałunku.

— Podobało, ale co z tym? — zaciska dłoń na wciąż twardym penisie Whittemora.

— Poczeka...

— Tak? — kpi Stiles

— Uhm. Najpierw szybki, wspólny prysznic — proponuje Jackson, podnosząc się z łóżka i pomagając wstać wciąż lekko chwiejącemu się Stilesowi — A potem... jestem pewien, że możesz dojść więcej niż raz. W końcu żaden z nas nie ma pięćdziesiątki na karku.

— To wyzwanie?

— Może...

Stackson/Sterek - Recykling cz.18

Sięgam po swoje szczęśliwe zakończenie

***

Od godziny siedzą w salonie oglądając nagrania z różnych uroczystości szkolnych. Okazało się, że jego matka wywlekła pudło z tymi okropieństwami z odmętów piwnicy i ustawiła tuż przy półce z płytami. Ona naprawdę to ogląda? Stiles raz po raz wybucha śmiechem patrząc na ich młodsze wersje. Na ekranie telewizora pojawia się właśnie ośmioletni, szczerbaty Stiles i recytuje jakiś wierszyk na dzień ojca.

— Hm, czy to przypadkiem nie ja wybiłem ci tą jedynkę?

— Nah, to akurat wina mojego ADHD i złośliwości przedmiotów martwych... ty wybiłeś mi dwie dolne. — odpowiada Stilinski. Potem obaj milkną na dłuższą chwilę.

Jackson nie wie jak ma zapytać Stilesa o jego rozmowę z Hale'em. Może powinien odpuścić? Zostawić to w cholerę i cieszyć się tym, że ostatecznie to z nim chłopak spędza kolejny wieczór. Zna siebie jednak na tyle dobrze, by wiedzieć, że ta sprawa będzie go gnębić aż do skutku. Waha się głównie dlatego, że ma wątpliwości co do tego czy ma prawo o to pytać jeśli Stilinski sam nie zaczyna tematu. W końcu jest tylko przyjacielem...

— Jackson?

— Co tam?

— Znowu odpłynąłeś — wytyka mu Stiles — Jeśli jednak przeszkadzam to możesz mi to powiedzieć.

— Nah, cieszę się, że nie siedzę sam. Tylko, myślę nad czymś i... Mogę cię o coś zapytać? Jeśli uznasz, że to nie moja sprawa to nie odpowiadaj... Zrozumiem, a przynajmniej będę udawać, że tak jest.

— Tak — mówi lekko zaskoczony tym chaotycznym wywodem, Stiles

— Derek i ty... na czym to wszystko się skończyło?

— Przecież już ci o tym opowiadałem

— Nie mówię o tym co było kiedyś, tylko dzisiaj. Wasza rozmowa. — kładzie nacisk na dwa ostatnie słowa.

— Chyba nie myślisz, że... to nie była tylko rozmowa?! — syczy Stilinski, podrywając się z kanapy. — Nie odpowiadaj, twoja mina mówi sama za siebie. — prycha — On ma żonę, idioto! A cokolwiek o mnie myślisz

— Stiles! — woła Whittemore, starając się przerwać monolog chłopaka choć na chwilę. Jednak powinien wiedzieć, że to na nic. — Macie swoją historię — dodaje i to wreszcie ucisza Stilinskiego

— Dobrze powiedziane: historię. Przeszłość. — oznajmia, patrząc na Jacksona z wyzwaniem w oczach — Tak na dobrą sprawę to nie wiem co kierowało Derekiem, kiedy dzisiaj do mnie przyszedł. Przeprosił. Nawrzeszczałem na niego trochę. Pogadaliśmy o tym co było i nawet próbowałem uzyskać odpowiedzi na kilka pytań, które nie dawały mi spokoju.

— I?

— Nie wiem czy mam ochotę o tym z tobą gadać. W tej chwili z trudem powstrzymuję się, żeby nie przyłożyć ci w nos.

— Jak za starych dobrych czasów? — pyta Whittemore wskazując w stronę telewizora.

— Dokładnie. Naprawdę myślałeś, że wystarczą przeprosiny i fakt, że zostaniemy sami... I co? Rozłożę nogi i dam się przelecieć? Bo naprawdę tak bardzo tęsknie za tym żeby znowu poczuć się jak szmata — głos Stiles drży nieprzyjemnie przy końcówce zdania. Jackson żałuje, że jednak nie trzymał języka za zębami.

— Przysięgam, że nie miałem żadnej z tych rzeczy na myśli — mówi, podchodząc powoli do szamoczącego się z kurtką Stilesa — Nie powinienem był pytać, przepraszam. — kontynuuje. Stilinski nadal na niego nie patrzy. Zakłada buty i kieruje się w stronę drzwi. Jackson panikuje. Korzystając ze swojej wilkołaczej szybkości, wyprzedza go i blokuje wyjście.

— To nie była złośliwość czy... ukryty przytyk.

— A niby co? — prycha Stiles — Przejaw troski?

— Właściwie to tak. — przyznaje — Posłuchaj przez chwilę, dobra? Byłem tu kilka dni wcześniej od ciebie, a ten cały ślub... do tej pory mnie mdli od tej wszechobecnej sztuczności. Breaden i reszta stada naprawdę są zżyci, a jej zależy na tym kutasie... ale trzeba było widzieć minę Hale'a, gdy wręczyłem mu prezent od ciebie. — śmieje się gorzko — Może być z nią i udawać przykładnego mężusia, ale... Kurwa. — przerywa by znaleźć odpowiednie słowa — Pytał mnie o ciebie, wiesz? O to co jest między nami... ulga, kiedy powiedziałem, że jesteśmy przyjaciółmi była doskonale widoczna na jego twarzy.

— Co z tego? Może po prostu... no nie wiem, nie lubi ciebie?

— Och, to na pewno. Bardziej prawdopodobne, że mnie nienawidzi... Muszę ci to przeliterować, prawda? — pyta Whittemore zrezygnowanym tonem. — On coś do ciebie czuje.

Stiles nie mówi nic przez dłuższą chwilę. Patrzy się tylko na niego z szeroko otwartymi oczami, chyba nawet nie mruga. Po dwóch, może trzech minutach, wzdycha głośno i zamyka oczy. Uśmiecha się samym kącikiem ust. Jackson zaczyna się powoli nienawidzić. Czy choć raz nie mógł trzymać ust zamkniętych? Teraz zostanie znowu zepchnięty na boczny tor. Sam ze swoimi nikomu niepotrzebnymi, głupimi uczuciami. Zaciska dłonie w pięści, a pazury wpijają mu się boleśnie w skórę. Czuje jak krew powoli skapuje na podłogę.

 

***

Stiles wie już, że Tom miał racje przez cały czas. To niedorzeczne, bo ten kretyn nie widział ich nigdy razem, a Jacksona zna tylko z opowiadań. Uśmiecha się lekko, chociaż tak naprawdę ma chęć śmiać się w głos. Obawia się jednak, że jeśli zacznie ciężko będzie mu skończyć. Ma wrażenie, że stał się lekki jak piórko i unosi się co najmniej sto metrów nad ziemią. Otwiera oczy i od razu dostrzega, że Whittemore jest jego całkowitym przeciwieństwem.

Pięści zaciśnięte tak mocno, że aż kaleczy sobie dłonie oraz wilcze oczy, których nie zdąża przed nim ukryć. Całe jego ciało napięte jest jak struna... jakby przygotowywał się na nieunikniony cios. Stilinski ma ochotę palnąć się w łeb, bo zdaje sobie sprawę, że to jego wina. Jackson musi myśleć, że Stiles ucieszył się tak z informacji o Dereku.

Zdejmuje kurtkę i skopuje buty, odsuwa je z przejścia, tak by rodzice Jacksona nie potknęli się na nich wchodząc do domu. Nie wie czy powinien podejść do Whittemorta czy coś powiedzieć. Może to jego kolej na wyjaśnienia? Cofa się z powrotem w głąb salonu, siada na kanapie i przycisza telewizor. Jednak nie wyłącza nagrania, bo w pewien sposób to dodaje mu odwagi. Skoro potrafili zapomnieć o dziecięcych sporach, ciągłej rywalizacji i niezliczonych bójkach i stać się prawdziwymi przyjaciółmi...

— Jackson, odkleisz się w końcu od tych drzwi? Jak widzisz, nie zamierzam stąd dzisiaj wychodzić. — oznajmia nawet nie próbując udawać spokojnego. To bez sensu, skoro wilkołak i tak słyszy jak szybko bije mu serce.

 

***

Whittemore nie wie co myśleć o zapewnieniu Stilesa. Zostaje... ale dlaczego? Jeszcze przez kilka sekund stara się uspokoić na tyle, by móc schować pazury. W końcu poddaje się z westchnieniem. Wlecze się w stronę salonu i opada ciężko na fotel.

— Dlaczego mi o tym powiedziałeś? — pyta Stilinski ciekawie — Przecież go nie cierpisz

— Mało powiedziane. Pomyślałem, że powinieneś wiedzieć, okay? — przyznaje, wzruszając bezradnie ramionami — Myślałem, że ten kretyn sam ci dzisiaj o tym powie, ale skoro tego nie zrobił... to zapewne stchórzył. — milknie na kilka sekund — Nie siedzę w twojej głowie i nie mam stuprocentowej pewności co ty czujesz do niego... coś na pewno. Pomyślałem, że może w końcu sięgnąłeś po to czego chciałeś. Po swoje szczęśliwe zakończenie.

— Hmmm? — mruczy Stilinski pytająco. Kolejny raz tego wieczora podnosi się niespodziewanie z kanapy. Tylko, że zamiast kierować się w stronę wyjścia, Stiles w kilku szybkich krokach pokonuje odległość jaka dzieli go od miejsca w którym siedzi Jackson. Przystaje nad nim i przygląda mu się sekundę z lekkim wahaniem.

— Co robisz?

— Jak to co? — pyta Stilinski z szerokim uśmiechem — Sięgam po swoje szczęśliwe zakończenie — dodaje, siadając okrakiem na kolanach zdezorientowanego Whittemorta. Przez chwilę wierci się nie mogąc znaleźć wygodnej pozycji, bo podłokietnik wbija mu się w udo. Ma też wrażenie, że za chwilę zsunie się na podłogę, a to byłby nowy poziom upokorzenia. Prycha zirytowany i w końcu zmusza Jacksona do współpracy. Wilkołak prostuje się nieco i bardzo niepewnie przytrzymuje go za biodra. Stiles nie potrafi powstrzymać śmiechu — Wyglądasz jak szczeniaczek, który zbyt długo gonił własny ogon — mówi z odrobiną złośliwości.

Gdzieś na skraju świadomości zapala mu się ostrzegawcze światełko, czy to aby na pewno dobry pomysł. Początkowo je ignoruje, ale po chwili zastanowienia dochodzi do wniosku, że jego podświadomość może mieć odrobinę racji. Sunie opuszkami palców po policzku Jacksona, obrysowuje kształt ust i nawet naciska kciukiem na jego dolną wargę. Cały czas patrząc mu w oczy i uważnie obserwując pojawiające się w nich emocje. Mimo to nie zamierza go pocałować pierwszy. Jeśli Whittemore go chcę, to będzie musiał obudzić się z tego dziwacznego letargu w który popadł. Przeczesuje palcami jego włosy, dotyka uszu, brwi i powiek, a rzęsy Jacksona łaskoczą go w palce.

 

***

Co się dzieje?!

To jedyne o czym może myśleć w tej chwili Jackson. Jeszcze kilka minut wcześniej był pewien, że nie ma żadnych szans u Stilesa, bo ten zapewne wróci do Dereka. A teraz?! Stilinski siedzi na jego kolanach i patrzy tak... ciepło?

Przecież obiecał sobie wcześniej, że nie pozwoli tak łatwo Hale'owi odzyskać Stilesa. Kiedy przyszło co do czego to prawie odpuścił... Co prawda dlatego, że chce żeby chłopak był szczęśliwy, ale przecież Derek nie ma do zaoferowania więcej niż on sam. Stilinski ma racje co do jednego, zachowuje się jak szczeniak z podkulonym ogonem.

Gdy długie palce Stilesa ponownie wplątują się w jego włosy, nie może się powstrzymać i zaciska dłonie mocniej na jego biodrach. Czuje niewyraźny zapach podniecenia i to go pokonuje. Z gardłowym jękiem wyrywa się do przodu i wpija się w jego lekko rozchylone usta. To zdecydowanie nie jest idealny pierwszy pocałunek. Zbyt chaotyczny i gwałtowny, ich zęby zahaczają o siebie więcej niż raz. Warczy, gdy czuje na języku smak krwi. Mimo to nie potrafi przestać. Stiles też nie wycofuje się nawet na chwilę. Zaciska palce na jego włosach i odchyla mu głowę nieco do tyłu. Jackson nie ma nic przeciwko oddaniu kontroli nad pocałunkiem. Czuje jak język Stilesa dotyka jego własnego i to nie jest jak z innymi walka o to kto zdominuje. To jak zaproszenie do wspólnej zabawy, droczenie się i flirt. Podoba mu się to. Zaciska ręce na tyłku Stilinskiego i nawet przez dwie warstwy materiału może poczuć, że mu się to podoba. Gdyby nie byli tak ściśnięci, to i tak wyczułby zapach sączącego się preejakulatu. Dźwięk jaki wydostaje się z ust Stilesa, kiedy Whittemore zaczyna masować jego pośladki też jest niemożliwy do przegapienia.

Kończą pocałunek dopiero, gdy ich płuca zaczynają domagać się powietrza. Mimo to nie zmieniają pozycji ani nie odsuwają się od siebie choćby na milimetr.

 

czwartek, 21 maja 2020

Stackson/Sterek - Recykling cz.17

Jeszcze nigdy nie czuł się tak zdeterminowany

 ***
Ciska kolejny mandat na siedzenie pasażera nawet na niego nie patrząc. Odjeżdża przepisowo, bo nie ma ochoty na czwartą grzywnę ani na noc w areszcie. Mama chybaby go wytargała stamtąd za uszy. Zaciska ręce na kierownicy z taką siłą, że ma obawy o to czy nie zostaną na niej wgniecenia. Stara się uspokoić, ale to nadaremne. Parkuje na podjeździe i nie gasząc silnika idzie otworzyć bramę, a potem garaż. Z ulgą zauważa, że nigdzie nie widać samochodów rodziców. Mgliście przypomina sobie, że mieli mieć dzisiaj jakąś kolację ze znajomymi ze studiów. Istnieje szansa, że nie wrócą jeszcze przez wile godzin. Co jest mu bardzo na rękę. Nie ma siły ani ochoty udawać, że nic się nie stało. Jest cholernie wściekły i zraniony, bo nie rozumie dlaczego w ogóle Stiles chciał gadać z tym kutasem sam na sam. Okay, może jest też odrobinę zazdrosny. Jak przypomni sobie Dereka w kuchni Stilinskich od razu ma ochotę coś rozwalić. Najlepiej twarz Hale'a.
Parkuje samochód na swoim stałym miejscu. Ma nadzieję, że w drodze powrotnej będzie prowadzić jego mama, bo gdy ostatnim razem ojciec próbował zaparkować równolegle do jednej ze ścian, to jego kochane porsche straciło lewe lusterko i zostało mocno porysowane. Nawet jako dziecko nie rozumiał kawałów typu "baba za kierownicą". Pamięta za to każdy jeden raz, gdy to ojcu wypadło odwiezienie go do szkoły. Przepisy drogowe były dla niego jedynie sugestiami...
Na szczęście z garażu ma bezpośrednie przejście do domowej siłowni. Zaczyna od bieżni, bo musi się choć trochę i wyciszyć. Oczywiście lepszym wyjściem byłoby wyjście do lasu i kilkukilometrowy bieg przed siebie. Niestety znajduje się na terytorium stada Hale'a. Może nic by się nie stało, ale woli nie ryzykować natknięcia się na innego wilkołaka. Jak nic nie potrafiłby utrzymać języka za zębami i skończyłoby się bójką. Może to jest jakieś wyjście? Na pewno poprawiłby mu się humor, gdyby przyłożył McCallowi. Jeśli dopisałoby mu szczęście to może spotkałby samego Dereka?
Schodzi z bieżni i kieruje się w stronę worka treningowego, kiedy w niego uderza wyobraża sobie, że to twarz Hale'a. Wyprowadza jeszcze kilka kontrolowanych ciosów, a potem pozwala sobie na wyładowanie złości. Nie wie nawet, kiedy wilk przejmuje stery. Z gardła wyrywa mu się żałosny skwot, a w kilka sekund po nim głębokie, gardłowe warknięcie. Nie ma tak dobrze. Jeśli Hale chce odzyskać Stilesa, albo co bardziej prawdopodobne znowu zrobić z niego swoja zabawkę... to tym razem nie pójdzie mu tak łatwo. Będzie musiał zmierzyć się z Jacksonem, a on już upewni się żeby Stilinski dostrzegł komu na nim naprawdę zależy.
Nie chce więcej zachowywać się jak wystraszony szczeniak. Powie Stilinskiemu co do niego czuje. Nawet, jeśli wyznanie tego przeraża go to jak nic innego na świecie. Wie jak bardzo niepewny siebie jest Stiles. Może wydawać mu się, że te ochłapy które oferuje Hale to jedyne na co może liczyć. Musi pokazać mu, że na wyciągnięcie reki ma o wiele więcej. Jeszcze nigdy w życiu nie czuł się ta zdeterminowany.
Kiedy kończy z worka zostają tylko strzępy, a ręce zdarte ma do krwi. Koszulka nieprzyjemnie lepi się od potu, a zapach jaki unosi się wokół niego, mógłby działać niczym gaz łzawiący. Zerka na wielki zegar ścienny. Już prawie ósma wieczorem? Czyli katował się tu aż trzy godziny?!
Dostrzega, że jego smartfon miga, informując go o nieodebranych połączeniach. Przez chwilę waha się co zrobić, ale w końcu decyduje się zacząć od kąpieli. Jeśli oddzwoni dwadzieścia minut później to chyba nie stanie się nic złego?
Od razu po wejściu do swojego pokoju skopuje buty gdzie bądź. Pozbywa się ubrań w ten sam sposób, posprząta później.

***
Próbuje dodzwonić się do Whittemora już od popołudnia, ale ten najwyraźniej nie ma ochoty z nim gadać. Stiles nie wie co zrobić: dobijać się dalej, czy dać mu już spokój? Postanawia spróbować ostatni raz i oczywiście po kilkunastu sygnałach, wita go znienawidzona poczta głosowa. Odkłada telefon na blat i odsuwa się od niego o parę kroków, bo ma ochotę pieprznąć nim o ścianę. Pewnie przyniosłoby mu to chwilową poprawę nastroju, ale nie wie czy warte jest to tych kilkuset dolarów, które musiałby wydać na naprawę lub kupno nowego smartfona.
Ojciec pojechał na posterunek, a on siedzi sam w pustym domu i powoli zaczyna mu odbijać z nerwów. Do głowy przyszły mu już najróżniejsze scenariusze. Łącznie z tym, że Jackson jest już w drodze powrotnej do Anglii. Może czeka ich kilka cichych dni? Przestaną się do siebie odzywać? A może on niepotrzebnie się denerwuje, bo Whittemore oddzwoni jutro i opieprzy go za zapychanie mu skrzynki wiadomościami...
— Koniec tego dobrego — mamrocze pod nosem. Nie będzie się dłużej tak torturował. Pojedzie i wyjaśnią sobie wszystko. Co może się stać najgorszego? Najwyżej Jackson zatrzaśnie mu drzwi przed nosem. Pospiesznie zakłada kurtkę i buty, wrzuca do kieszeni telefon. — Kluczyki, gdzie moje kluczyki?! — Sprawdza kilka najbardziej prawdopodobnych miejsc i już ma się poddać, gdy przypomina sobie, że jego staruszek był na przeglądzie. Idzie do sypialni Johna i tak jak się tego spodziewał, znajduje kluczyki na komodzie, tuż obok zdjęcia przedstawiającego Claudie siedzącą na masce niebieskiego Jeepa.
Wychodzi z domu zanim zdąży się rozmyślić. Siada za kierownicą i odpala. Za pierwszym razem! To musi być jakiś znak. Już po kilkunastu minutach parkuje na podjeździe Whittemortów. Gasi silnik i wysiada, chociaż ma ochotę odjechać stąd jak najszybciej. Nadchodząca rozmowa nie napawa go entuzjazmem. Co jeśli to wszystko jest jedynie w jego wyobraźni? Tom, ględził mu o jego nieistniejącym związku z Jacksonem już od dobrych dwóch miesięcy. Co jeśli Stiles znowu za dużo sobie wyobraża? Nie dość, że wyjdzie na idiotę to jeszcze straci przyjaciela. Powoli, noga za nogą idzie w stronę drzwi wejściowych. Zagryza wargę ze zdenerwowania, niepewny tego jak zostanie przywitany.
Naciska dzwonek. Teraz już nie ma odwrotu, bo nawet gdyby chciał to i tak nie zdąży zwiać. Wilkołacza prędkość od teraz jest na jego liście rzeczy najbardziej znienawidzonych. Tuż obok czułego węchu i super siły. To pierwsze przysporzyło mu mnóstwo kłopotów i jeszcze więcej zażenowania, a drugie było przyczyną niezliczonej ilości siniaków.
— Stiles? — Jackson wygląda na mocno zaskoczonego — Co ty tu robisz?
— Nie odebrałeś żadnego z moich trzydziestu telefonów, więc...
— Byłem zajęty i...
— Wkurzony? — wcina się Stilinski
— To też. — przyznaje Whittemore — Gdybym wiedział, że aż tyle razy się do mnie dobijałeś, oddzwoniłbym wcześniej. Straciłem poczucie czasu na siłowni, a potem musiałem się wykąpać.
— Właśnie widzę — mówi Stilinski, wskazując na włosy Jacksona, które wciąż są wilgotne.
Zaczyna się coraz bardziej stresować, bo wilkołak nadal przypatruje mu się z lekkim oszołomieniem. Nie każe mu spadać ani nie zaprasza do środka. Stiles bardzo nie lubi takich niejasnych sytuacji, bo zazwyczaj robi coś przez co wpada w kłopoty.
— Okay, skoro nic ci nie jest to ja będę się już zbierał — papla z prędkością karabinu maszynowego. — Do kiedyś tam? — jego głos nie mógłby brzmieć żałośniej. Ma ochotę sam siebie wyśmiać. Jackson wygląda jakby ktoś poraził go prądem. Stilinski robi krok do tyłu.
— Zaczekaj! — woła wilkołak
— Hm?
— Wejdziesz?
— Jest już późno... nie będę przeszkadzał twoim rodzicom? — pyta. Wcześniej kompletnie o nich zapomniał.
— Nie ma ich. Pojechali na kolacje ze znajomymi, jeśli będzie tak jak co roku to nie wrócą co najmniej do drugiej w nocy.
— Mój ojciec też świętuje, mają na posterunku spotkanie wigilijne. Funkcjonariusze i ich rodziny oraz pani burmistrz. — śmieje się krótko. Wchodzi do domu i rozgląda się ciekawie. — Wygląda na to, że tylko nasza dwójka nigdzie nie wychodzi. Czy to nie dziwne?
— Raczej nie, przynajmniej dla mnie. Poza Dannym nie miałem tu żadnych bliższych przyjaciół... A on spędza święta z dziadkami na Hawajach. — mówi, lekko wzruszając ramionami. — Za to jestem zdziwiony, że ty nie zostałeś zaproszony przez Scotta?
— Jeszcze się z nim nie widziałem. Dzwonił, ale nawet nie bardzo miał czas gadać. Przygotowują wszystko na jutrzejszą imprezę świąteczną u Dereka.

***
Jackson nie ma pojęcia co to znaczy, że Stiles przyjechał do niego, zamiast spędzać czas ze Scottem i innymi znajomymi ze starej paczki. Czy to dlatego, że tam będzie też Hale, a on nie chce zdradzić swojej tajemnicy? Może ich rozmowa skończyła się wielką awanturą? Jest zły na siebie, że nie posłuchał Cory i nie zakradli się z powrotem w okolicę domu Stilinskich, by podsłuchiwać. Nie wie co Stiles czuje teraz do Dereka.
— Jackson? — głos Stilinskiego brzmi dziwnie, jakby docierał do niego z pod wody — Hej, wszystko w porządku? — Kiwa głową, choć wcale nie czuje się dobrze — Odpłynąłeś gdzieś na chwilę i twoje oczy...

Cholera tego nie przewidział!

— Stiles...
— Jackson, dlaczego one miały taki sam kształt i kolor jak wtedy, gdy byłeś kanimą? Czego mi nie mówisz?!
— Wciąż nią jestem.
— Ale... widziałem jak umierasz. Wtedy w tym magazynie, a kiedy otworzyłeś ponownie oczy były niebieskie i na pewno wilkołacze. Zresztą widziałem cię w beta formie...
— Bo jestem też wilkołakiem... nie potrafię tego wyjaśnić. Samuel ma na to jakąś swoją zakręconą teorię. — przyznaje
— Ale jesteś w pełni świadomy? W sensie...
— Czy nikt mną nie steruje? — pyta
— Tak
— Mam pełną kontrolę. Nie zmieniam się już całkiem, ale... nadal mam ogon i jad.
— Och, okay... to chyba całkiem przydatne.
— Właśnie dlatego nic ci nie mówiłem... nie chciałem żebyś się mnie bał. — siada na kanapie i patrzy na Stilinskiego smutno. — Pamiętam, że ciebie też wtedy zaatakowałem...
— Nie boje się ciebie bardziej niż wcześniej, gdy byłem pewien, że jesteś jedynie wilkołakiem... Boże w jakim świecie ja żyję, że zwrot: "jedynie wilkołakiem" naprawdę ma sens — prycha Stiles
— Cóż, aktualnie jesteśmy w Beacon Hills, a tutaj wszystko jest dziesięć razy bardziej zwariowane.
— Tak... nastoletnie wilkołaki i zmutowane jaszczurki.

poniedziałek, 4 maja 2020

Stackson/Sterek - Recykling cz.16

Nie sądzę żeby powiedział ci: nie...

***
Stiles powinien pamiętać o tym, że Derek Hale jak nikt inny potrafi komplikować mu życie. Nie chodzi nawet o rozmowę, bo ta w jakiś sposób naprawdę pomogła mu zamknąć tamten niezbyt przyjemny rozdział. Problem w tym, że Jackson się na niego najwidoczniej obraził, nie odbiera ani nie odpisuje. Stiles ma ochotę pieprznąć telefonem o ścianę.
Kilka minut po tym, jak wyjaśnili sobie z Derekiem wszystko co było do wyjaśnienia, wraca Cora i patrzy na nich wyczekująco.
— Nie muszę ci się z niczego tłumaczyć. — oznajmia Stiles, cofając się o krok. Wie, że to błąd już sekundę później, bo Cora patrzy na niego z tym charakterystycznym błyskiem w oczach. Teraz tak bardzo przypomina Petera, że to aż przerażające. — Przestań się we mnie wgapiać.
— Wiem, że to nie moja sprawa i obaj jesteście dorośli... ale wy tak na serio? Byłam pewna, że Whittemore mnie wkręca.
Stilinski przez chwilę zastanawia się jak to rozegrać. Dziewczyna nie jest głupia i jeśli w nieskończoność będą odmawiać odpowiedzi, to dojdzie do odpowiednich wniosków. Mógłby zaprzeczyć, gdyby nie miał do czynienia z cholernym wilkołakiem, który słyszy bicie serca i od razu wyłapie każdy fałsz. Jest też trzecia opcja: może po prostu powiedzieć prawdę.
— Tak. Coś, kiedyś było między nami... — przyznaje, a Cora wpatruje się w niego z niedowierzaniem — Nie jesteś pięciolatką, ani zakonnicą. Zdajesz sobie sprawę, że ludzie ze sobą sypiają czasami nawet próbują zbudować na tym coś więcej, ale to nie zawsze się udaje.
— Ale to przeszłość? Teraz wy nic... no wiecie?
— Nie! — odpowiada lekko oburzony. Chociaż może nie powinien, bo przecież okłamywali z Derekiem wszystkich dookoła przez naprawdę długi czas. Cora ma prawo do podejrzliwości... co do rodzaju ich relacji. Dziewczyna przez chwilę przygląda mu się uważnie, aż w końcu kiwa głową i uśmiecha się krzywo. Czyli wszystko między nimi okay.
— To może lepiej żeby któryś upewnił się, że dotarło to do Jacksona, bo wyglądał na nieźle wkurzonego.
— Wiem — wzdycha Stilinski — Pojechał do siebie? — Cora tylko wzrusza ramionami. — Okay, nie ważne... sam sprawdzę.
— Stiles... na pewno nie chcesz żebym była gdzieś w pobliżu? — pytając, dziewczyna wygląda na nieco zakłopotaną — Wiesz tak dla pewności... przypominam, że macie z Jacksonem długą historię znajomości. Nawet jeśli ostatnio dogadujecie się lepiej, to powinieneś pamiętać, że on jest przemienionym wilkołakiem, a teraz jest na ciebie wściekły.
— Dzięki Cora, ale nie trzeba — mówi i uśmiecha się ciepło, bo taka przyjacielska troska zawsze jest przez niego doceniana —Jackson nie zrobi mi krzywdy.
— Jesteś pewny? — wtrąca Derek i Stiles przez chwilę jest zaskoczony, że on nadal jest w jego domu. Spodziewał się, że Hale ulotni się jak tylko upewni się, że wszystko sobie wyjaśnili. I nie może pozbyć się nagłego wrażenia, że to pytanie ma też jakieś drugie dno.
— Tak, jestem.

***
Jeszcze przed obiadem żegna oboje Hale'ów. To pewna ulga, że Cora zdecydowała się jednak jechać z bratem. Nie żeby miał coś przeciwko samej dziewczynie, ale wrócił tylko na kilka dni i chciałby poświęcić kilka chwil swojemu staruszkowi. Teraz dodatkowo musi wymyślić jak poradzić sobie z obrażonym Whitemorem. Nie wie jak ludzie to robią - sprawiają, że ich związki działają. Przecież wszyscy się kłócą, o pierdoły i o te naprawdę ważne sprawy. On tak na dobrą sprawę nigdy nie był w żadnym i wracają do niego stare wątpliwości, co do tego czy w ogóle nadaje się do tego typu relacji...
Zanim zdąża wymyślić coś sensownego, jego ojciec wraca z posterunku. Nie spodziewa się miażdżącego żebra uścisku, ale wygląda na to, że nie tylko on tęsknił. Zaczyna odczuwać znajome wyrzuty sumienia, bo może nie powinien go zostawiać...
— Znam tą minę, synu — mówi z pobłażliwym uśmiechem. — Wszystko u mnie w porządku i ani się waż myśleć o powrocie! — dodaje.
— Chcesz żeby dzielił nas ocean, bo wtedy nie mam jak pilnować twojej diety. — prycha, patrząc wymownie w stronę lodówki, która świeci pustkami. — Nie zdążyłem zrobić zakupów... miałem małe komplikacje po powrocie.
— Czy te komplikacje mają coś wspólnego z tym, że Whittemore dostał dzisiaj trzy mandaty?
— Um, może?
— Stiles... wiesz, że nie przepadałem za tym chłopakiem — szeryf siada na jednym z kuchennych krzeseł i gestem pokazuje mu aby zrobił to samo. — To co wyprawialiście w szkole... do tej pory gabinet dyrektora to mój najczęstszy koszmar. Teraz jak o tym pomyśle to wydaję mi się komiczne, ale wtedy takie nie było... Jednak ostatnio rozmawiałem parę razy z matką Jacksona i wiesz co mi powiedziała? — Stiles kręci przecząco głową, bo zna tą kobietę jedynie z widzenia i opowieści Jacksona. — Powiedziała, że Jackson był bardzo zamknięty w sobie i przez pierwsze miesiące po adopcji prawie wcale się nie odzywał. Do czasu aż spotkał w przedszkolu chłopca, który usiadł obok niego w ławce i bez przerwy paplał.
— Przypominam, że kazał mi być cicho i zniszczył mój rysunek.
— Taaak, a ty rozbiłeś mu nos piórnikiem
— Cóż... nasze początki zawierają dużą dawkę przemocy, jak na pięciolatków...
— A jak to wygląda teraz? — pyta John i Stiles ma ochotę schować się pod stołem. Wie, że to dziecinne, ale nie może pozbyć się wrażenia, że ojciec dostrzeże wszystko, nawet to co Stiles wolałby zostawić dla siebie. — Może i jestem stary, ale nie głupi.
— To skomplikowane. Przyjaźnimy się, a przynajmniej tak było do dzisiejszego poranka... wydaje mi się, że go uraziłem i to cholernie mocno.
— Czy wy...?
— Nie — piszczy Stiles, bo nie spodziewał się, że ojciec będzie chciał wiedzieć takie rzeczy. — Zanim wyjechałem na studia, można powiedzieć, że się z kimś spotykałem i ten ktoś nie był wobec mnie fair. — Stara się mówić na tyle ogólnikowo żeby staruszek nie połapał się, że chodzi o Dereka. To nikomu nie przyniosłoby niczego dobrego — Przyjęli mnie na Oxford. Spakowałem się i zniknąłem z Beacon Hills, zostawiając to w cholerę. Byłem zbyt wściekły i zraniony żeby wyjaśnić to wcześniej, a dzisiaj on tak po prostu pojawił się przed naszymi drzwiami i poprosił o rozmowę... Jackson nie był zadowolony, że się zgodziłem.
— Domyślam się, że mówisz mi niezbędne minimum.
— Tato!
— Dobra już dobra, nie będę drążył — obiecuje John — Sprawa wygląda tak: jeśli zależy ci na Jacksonie to mu to powiedz. Nie sądzę, żeby powiedział ci nie, skoro ugania się za tobą od przedszkola.

piątek, 1 maja 2020

Stackson/Sterek - Recykling cz.15

Zostawić za sobą...

***
To w pewien sposób jest nawet zabawne. Może nie w taki typowy sposób, który rozśmiesza cię do łez, ale coś w stylu złośliwego chichotu losu. Oto siedzą we czwórkę - Stiles, Jackson do którego coś czuje, Derek jego były... kochanek? Oraz Cora, siostra tego ostatniego. Cóż za świetnie dobrane towarzystwo, prawda? Nic tylko urżnąć się w trupa albo palnąć z rozbiegu w najbliższą ścianę. Starają się cokolwiek zjeść, ale prawda jest taka, że chyba każde z nich tylko rozgrzebuje jajecznice po talerzu. Derek poddaje się pierwszy, odkłada widelec i ogranicza się do sączenia swojej czarnej kawy. Jednak wciąż uparcie tkwi przy stole. Cora udaje, że wcale nie dostrzega skruszonej miny brata, ze złośliwym uśmieszkiem przegląda coś na smartfonie. Jackson z kolei dźga swoją porcję z taką zawziętością, że Stilinski z łatwością odgaduje jego nastawienie do całej tej sprawy. Nie żeby szczególnie go winił, bo jeszcze kilka dni temu zapierał się rękami i nogami przed zobaczeniem Hale'a, a teraz zaprosił go do domu. Tylko co innego mógł zrobić? Zostawić go na wycieraczce? To wilkołak, cholerny alfa! Zresztą chyba przyszła pora, aby wyjaśnić kilka spraw z przeszłości.
Stilinski stara się złapać spojrzenie Whittemora, ale ten jest tak skupiony na mordowaniu swojej porcji śniadania, że nawet tego nie zauważa. Wzdycha więc ciężko, co słychać wyjątkowo głośno w wypełnionym ciszą pomieszczeniu. I nagle trzy pary oczu wgapiają się w niego jak ciele w malowane wrota. Stiles parska krótkim śmiechem.
— Może zaczniecie gadać? — pyta ponaglająco — W końcu i tak żadne z nas już nie je... Cora? Ty i Derek macie do odbycia poważną rozmowę...
— Nie mam mu nic do powiedzenia! — syczy Cora przez zęby — Jedyne co przychodzi mi do głowy to, żeby spadał. — dodaje, ostentacyjnie omijając skrępowanego Dereka wzrokiem.
— Coraz... daj spokój, co? — mówi Hale błagalnym głosem — Jesteś zła i uhm... Stiles powiedział dlaczego. Miałaś prawo się wkurzyć... i przepraszam? — Na ich nieszczęście ośli upór jest dominującą cechą każdego Hale'a. Po samym zagniewanym spojrzeniu dziewczyny Stiles wie, że ta rozmowa może zająć dłuższą chwilę.
— Wy tutaj sobie wszystko wyjaśniajcie, a my zajmiemy się swoimi sprawami. — mówi ostrożnie zerkając od Dereka do Jacksona. I o ile ten pierwszy ma raczej nietęgą minę, tak Whittemore uśmiecha się kpiąco. Najwidoczniej spodobały mu się te ich "wspólne sprawy". Stiles tylko wywraca oczami. On tak na serio? Najwyraźniej Beacon Hills powoduje, że Jackson powraca do swojej pozy zarozumiałego dupka. A może to raczej obecność Hale'a tak na niego działa?
— Niech będzie — mamrocze Cora — Choć starszy, głupszy bracie — Prowadzi go na taras z tyłu domu, za co Stilinski jest jej wdzięczny, bo nie ma najmniejszej ochoty słuchać o ich rodzinnych problemach. Wystarczy, że sam musi poprosić Jacksona żeby ulotnił się na jakiś czas wraz z Corą... to na pewno go nie ucieszy. Następnie odbyć długą, nieprzyjemną i cholernie krępującą rozmowę z Hale'em.

***
— Czyś ty zgłupiał do reszty? — warczy Whittemore, w sekundę po tym jak Stiles mówi mu, że musi sobie wyjaśnić co nieco z Derekiem. A gdy dodaje, że najlepiej byłoby, gdyby ta rozmowa odbyła się w cztery oczy i co najważniejsze cztery uszy... Jackson o mało nie wychodzi z siebie, a jego pełna zdegustowania mina jest niczym policzek dla Stilinskiego. — Co ty chcesz wyjaśniać?! Może zapytasz go dlaczego traktował cię jak podręczny zestaw antystresowy?! A może po prostu znowu chcesz się tym stać? — Stiles nie wytrzymuje i wali z całej siły w tą zarozumiałą, niewyparzoną gębę. Tłucze sobie rękę i jest niemal stu procentowo pewien, że ją uszkodził. Zaciska zęby tak by żaden jęk bólu nie uciekł. Humor odrobinę poprawia mu fakt, że nos Jacksona krwawi.
— Wracamy do tego co było kiedyś, naprawdę Jackson? — pyta i patrzy na niego bezradnie. Domyśla się co przyjaciel sobie teraz o nim myśli i to jest cholernie niesprawiedliwe.
— Co tu się do cholery dzieje?! — wrzeszczy Cora gdzieś z okolic kuchennych drzwi
— Nic. — syczy Stiles — Nic, co by was dotyczyło.
— Akurat — prycha cicho Jackson — Muszę stąd wyjść. Teraz... Cora choć ze mną, jeśli po raz kolejny nie chcesz dowiedzieć się o bracie więcej niż byś chciała.
— Co?
— Coraz... — Derek wygląda na bardzo zmęczonego i może odrobinę pokonanego. — To naprawdę cię nie dotyczy. To sprawa między mną, a Stilesem... Osobista. Jeszcze sprzed jego wyjazdu na studia.
— Czekaj.... ty chyba nie chcesz mi powiedzieć, że wy...?
— Idziesz? — pyta zniecierpliwiony Whittemore. Wytarł krew z twarzy rękawem swetra, ale wciąż wygląda na nieziemsko wściekłego. Dziewczyna waha się przez kilka sekund zerkając od Stilesa do Dereka i z powrotem. Następnie kręci głową z niedowierzaniem i wychodzi, a kilka sekund później podąża za nią Jackson.

***
Cisza jest do bani. Wkurzająca i sprawia, że czas niemiłosiernie się wlecze. Stiles nie spodziewa się po Dereku kwiecistego przemówienia, ale coś jednak mógłby z siebie wydusić. W końcu to on chciał o tym porozmawiać! A teraz milczy jakby ktoś mu odciął język. Wzdycha pokonany. Jak zwykle: wszystko na jego głowie.
— Kręci cię w ogóle seks z drugim facetem czy to było dla ciebie po prostu wygodne? — pyta, bo to nurtowało go odkąd ten ich pseudo związek rozpadł się po raz pierwszy. Derek wpatruje się w niego szeroko otwartymi oczami. A to wkurza Stilesa jeszcze bardziej — Nie, no serio Hale! Krępuje cię to? Pieprzyliśmy się więcej razy niż jestem w stanie pamiętać: w moim pokoju, twoim mieszkaniu, obu samochodach, a o numerkach w plenerze wolę nie myśleć...
— Stiles — rzęzi Derek, a wygląda przy tym jakby za chwilę miał mieć zawał. Czy wilkołaki mogą mieć zawał? Stilinski nie jest pewien i teraz tego bardzo żałuje. — Kurwa. Musisz to robić?
— Niby co?
— Mówić o tym w ten sposób... Jakby...
— Jakby to nie miało znaczenia? — pyta, a jego brwi są tak wysoko uniesione, że musi wyglądać dziwacznie. — A miało? Pytam poważnie, Derek. To jak się zachowywałeś na to nie wskazywało.
— Wiem, ja... pytałeś czy interesują mnie mężczyźni. I to jest jeden z powodów dla których zachowywałem się jak skurwiel... Przed tobą to były jedynie chwilowe zauroczenia. Jeszcze sprzed pożaru. Nigdy z żadnym do niczego nie doszło.
— Chcesz powiedzieć, że jestem jedynym chłopakiem z którym... uprawiałeś seks? — Stiles w ostatniej chwili powstrzymuje się żeby nie powiedzieć: "spałeś". Oni nigdy nie spali obok siebie. Po wszystkim, każdy szedł w swoją stronę.
— Uhm.
— Dlaczego?
— Nie rozumiem? Jak to dlaczego?
— To proste Hale: z twoim wyglądem... wystarczyłoby, że pojawiłbyś się w klubie i nawet nie musiałbyś wysilać się na uśmiech żeby wokół ciebie zrobił się tłok. — mówi, nerwowo bawiąc się rękawami swojej starej koszulki. — Nie chciałeś poeksperymentować, albo chociażby sprawdzić jak to jest z kimś innym?
— A ty tak zrobiłeś?
— Nie rozmawiamy o mnie Derek. Tylko o tym dlaczego zachowywałeś się jak skończony dupek.
— Mimo wszystko... odpowiedz? — Stilinski klnie pod nosem. Ta rozmowa wcale nie idzie, szybko i bezproblemowo.
— Tak. Zdarzało się, że czasem gdzieś wychodziłem — przyznaje, lekko wzruszając ramionami — Sypiałem z różnymi chłopakami, odkrywałem co lubię, bawiłem się. — milknie na kilka sekund żeby zebrać myśli — Dosyć szybko zorientowałem się, że jestem gejem i nie mam z tym problemu. Taki już jestem: wygadany, zbyt impulsywny, może odrobinę nadużywam sarkazmu i sypiam z mężczyznami. Oto Stiles Stilinski... to co chcę powiedzieć to to, że nie próbuję oszukiwać samego siebie.
— I myślisz, że ja to robię?
— Nie wiem. Tak na dobrą sprawę to nie znam cię zbyt dobrze. Bardziej chodzi mi o to czy ty znasz te odpowiedzi. Mnie już nic do tego, Derek.
— Nieprawda. Ty mi powiedziałeś, chociaż przecież wcale nie musiałeś
— Jak chcesz. — mamrocze Stiles, zrezygnowanym tonem — Tylko, że Breaden wydaje się być naprawdę fajna i... nie zrób jej podobnego Rollercoastera emocji jak mi, okay? Jednego dnia wszystko wydaje się iść w dobrą stronę, a kolejnego poznajesz jakąś Jennifer i już po sprawie...
— Stiles, przepraszam... ja...
— Wiem, wiem — śmieje się, ale nie ma w tym nawet krzty humoru. — Zabrało mi dużo czasu, żeby się po tobie pozbierać. Zresztą już na pierwszy rzut oka widać, że się zmieniłem. Tak długo byłem na ciebie wściekły i myślałem, że kiedy dojdzie do tej rozmowy będę na ciebie wrzeszczał tak, że usłyszy mnie całe Beacon Hills.
— Stiles
— Nie, czekaj. Daj mi powiedzieć. — przerywa mu ostro — Wiesz, że byłem w tobie zakochany?
— Bardzo starałem się tego nie dostrzegać, ale... tak wiem.
— Dobrze. Teraz najważniejsza informacja Hale - ten nasz niby związek, bardzo namieszał mi w życiu. — bierze oddech — I zawsze będę miał do ciebie niewielką słabość... Ale bardzo chcę to zostawić już za sobą.

środa, 22 kwietnia 2020

Stackson/Sterek - Recykling cz.14

Doczekał się w końcu przeprosin


***

Stiles podskakuje nerwowo, gdy poranną ciszę przerywa ostry dźwięk dzwonka. Przeklina pod nosem, bo jest niemal pewien, że za drzwiami znajduje się ktoś z watahy Hale'a. Czy oni nie mogliby dać mu choć kilku godzin na złapanie oddechu? Najwyraźniej każde z nich wciąż jest tak w gorącej wodzie kąpane jak dawniej. A kto wie - może nawet bardziej?

Z ponurą miną odblokowuje zamek, szarpie za klamkę i zamiera w bezruchu. Na wycieraczce stoi SAM Derek Hale i Stiles przez chwilę zastanawia się nawet nad strategicznym odwrotem i zatrzaśnięciem mu drzwi przed nosem. Niestety, co się odwlecze to nie uciecze... czy jakoś tak. Wciąż jednak nie wykonuje żadnego gestu, żeby zaprosić gościa do środka. Nie wie czego mężczyzna tutaj szuka i w zasadzie chyba nawet nie jest tego ciekaw. Czy on nie mógł po prostu zignorować jego skromnej osoby? Przez całą ich znajomość wychodziło mu to świetnie, więc dlaczego nie teraz do diabła?!

- Coś ci się przypala - mówi cicho Hale i to najwyraźniej ma zastąpić przywitanie.

- Szlag! - syczy Stilinski i niemal biegnie do stojącej na kuchence patelni. Świadomie zostawiając otwarte drzwi. Liczy na to, że takie zaproszenie wystarczy. Przychodząc tutaj Derek powinien wiedzieć, że nie ma co liczyć na czerwony dywan i uściski. Prędzej na tojad wciśnięty do gardła i kilka niezbyt miłych słów.

Kiedy odrywa swój wzrok od tego co miało być omletem, zauważa Dereka niepewnie czającego się na progu kuchni. Wzdycha ciężko. To będzie cholernie ciężki poranek i jakaś jego część ma ochotę wykrzyczeć wszystkie gorzkie słowa, jakie kiedykolwiek przemknęły mu przez głowę. Szczególnie, gdy ma świadomość, że Cora usłyszałaby każde z nich. Stilinski domyśla się, że siostra Dereka nie ma pojęcia co łączyło go z jej bratem. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że dziewczyna odsunęłaby się przez to od Dereka. Mogli nie widzieć się kilkanaście miesięcy, ale najwyraźniej Cora nadal go lubi. Możliwe, że ma to coś wspólnego z tym, że uratował jej życie.

Zemsta potrafi kusić, jak nic innego na świecie. Wie, że to dziecinne i drobiazgowe, ale jednocześnie z całą pewnością byłaby w tym odrobina satysfakcji. Cóż poradzić? Jest tylko człowiekiem... Przez kilka sekund pozwala sobie na obserwowanie Dereka, który zachowuje się dziwacznie. Trochę jak dzikie zwierze uwięzione w klatce. A przecież wilkołak dobrowolnie wlazł do jego domu i z całą pewnością nikt nie zatrzymuje go tutaj siłą!

- Chodzi o Corę? - pyta o pierwsze co przychodzi mu na myśl. - Twoje siostra jeszcze śpi. Chyba. Nie wiem, nie sprawdzałem. - wzrusza ramionami i przez chwilę liczy na to, że Hale wreszcie coś z siebie wykrztusi. Przez całą tą cholerną niezręczność i napięcie między nimi zaczyna się denerwować.

- Słyszę. - mamrocze Derek - Cora i szeryf jeszcze śpią.

- Mój ojciec wciąż jest prawdopodobnie w pracy. - oznajmia i właściwie sam nie wie dlaczego. Dereka i tak pewnie to nie obchodzi - Nie ma samochodu na podjeździe...

- Aha. - i nie dodaje nic więcej. Przez kolejną minutę cisza staje się nieznośna i Stiles w końcu daje za wygraną. Ma dosyć tej zabawy. Był miły i kulturalny, ale to nie zdało się na nic.

- Czego chcesz Derek? - pyta ostro

- Ja...

- Tak, ty do cholery! - warczy - Całkiem nieźle wychodziło nam trzymanie się od siebie z daleka... i przyznaje, że może naruszyłem tą niepisaną umowę zgadzając się na to żeby Cora tutaj nocowała. To nie tak, że to był mój pomysł. - uściśla

- Domyśliłem się - mamrocze wilkołak - Nie chodzi o Corę, albo może nie tylko o nią. - Milczy przez kilka sekund. - Bardziej o to co było wcześniej. Przed twoim wyjazdem na studia...

- Naprawdę teraz chcesz o tym gadać? - kpi - Nie wydaje mi się, żeby to był dobry pomysł. - dodaje już całkiem poważnie

- Dlaczego?

- Po pierwsze zapominasz, że nie jesteśmy sami. - syczy cicho - Naprawdę chcesz żeby twoja siostra się dowiedziała? - Derek nagle wydaje się jakby mniejszy i tak cholernie zmieszany, że aż przykro na to patrzeć. - Zresztą... po co chcesz do tego wracać? - pyta niepewnie - Jest sporo powodów dla których lepiej byłoby zostawić to tak jak jest. Minęło jakieś półtora roku.

- Uwierz mi, że o tym wiem. Chciałbym jednak przeprosić. - Hale mówi tak cicho, że Stiles ma trudności ze zrozumieniem wypowiedzi, ale kiedy wreszcie mu się to udaje czuje ogromną wściekłość. On tak na serio?!

- Przeprosić, powiedział! - warczy przez zaciśnięte zęby. Stara się jak tylko może powstrzymać od walnięcia wilkołaka. Tylko potłukłby sobie rękę. - Wiesz chociaż za co?

- Ja... chyba - urywa - Tak. - "Chyba", to on sobie kurwa żartuje?! Stilinsi nawet nie komentuje tego na głos. Chociaż aż go skręca, ale tak jak powiedział wcześniej, Cora może słyszeć każde ich słowo. - Za Jennifer i to co było później. To nie powinno się zdarzyć Stiles.

- Tak? - prycha

- Stiles ja...

- Zamknij się na chwilę. - przerywa mu - Chyba jednak nie obędzie się bez tej rozmowy. - przyznaje niechętnie - A nie da się jej prowadzić w ten sposób. Omijając tego różowego słonia, który jest w pokoju. - Cała jego złość gdzieś wyparowuje, jak powietrze z przebitego koła. To pozostawia go całkowicie zdezorientowanym, bo przecież powinien czuć o wiele więcej, kiedy doczekał się w końcu przeprosin...

- Chyba nie...

- Zrobimy tak: zawołam swoich gości na śniadanie. - informuje mężczyznę - Ty usiądziesz grzecznie na krześle i nalejesz sobie kawy. Kiedy Cora zacznie sztyletować cię wzrokiem, przybierzesz najbardziej skruszoną minę jaką potrafisz i przeprosisz za to, że o niej zapominałeś.

- Co?

- Ona też jest wilkołakiem, Derek. - mówi do niego jak do kretyna i to tak bardzo przypomina mu o tym co było kiedyś, że ma wrażenie jakby cofnął się w czasie - Ma super słuch, węch i cholera wie co jeszcze... Pomyśl o części swoich nocnych zajęć odkąd Braeaden się do ciebie wprowadziła. - radzi mu z pobłażliwym uśmieszkiem. Myślał, że to będzie nieznośnie bolesne - rozmawianie z byłym, który zostawił po sobie takie spustoszenie w jego osobowości. Stilinski już od dawna nie próbuje się oszukiwać co do tego, że ta dziwna relacja jaka łączyła go z Hale'em nie miała wpływu na to jaki jest teraz. Miała i to dosyć kluczowy.