środa, 22 listopada 2017

Ziall - I save light in my heart for us cz.6

Zayn:

Czas płynie szybciej, kiedy skupiam się na cotygodniowych rozmowach z Niallem bardziej niż na reszcie tygodnia. Nie mam pojęcia, kiedy minęły kolejne dwa tygodnie, co oznacza, że Horan wychodzi z ośrodka za mniej niż miesiąc. Znowu czuję się cholernie rozdarty, bo tęsknie za nim i chciałbym rozmawiać z nim częściej, może nawet się spotkać, ale jednocześnie przeraża mnie to jak nic innego. Myśl, że miałbym usiąść naprzeciwko niego i ponownie spojrzeć na chłopaka, który jest całym moi światem, kiedy wciąż pamiętam doskonale to co czułem wtedy, gdy pod wpływem prochów zmusił mnie do seksu.

W nocy budzę się z koszmarów, w których główną rolę gra moja naćpana, agresywna matka wrzeszcząca, że wszystko co złe w jej życiu wydarzyło się przeze mnie. Równie często widzę Nialla z pustymi oczami i złością wymalowaną na twarzy, wciąż od nowa przeżywając to, co się wtedy stało. Słyszę zaborczość i zazdrość w jego głosie, a następnie czuję ją w każdym pospiesznym, stanowczym dotyku. Nie rozumiem ludzi, którzy myślą, że jeśli się kogoś kocha, to łatwiej wybacza się i zapomina o takich rzeczach.

Horan jest najważniejszą osobą w moim życiu i nie sądzę, żeby to się zmieniło, ale to nie znaczy, że już jest wszystko dobrze i możemy dalej żyć w tęczowej bajce. Ja kocham jego i wiem, że on to odwzajemnia… niestety jak na ten moment to za mało. Brakuje pewnego istotnego elementu: zaufania.

- Zayn? - słyszę jak niepewnie Louis się odzywa, tak jakby chciał mnie o coś zapytać, jednocześnie wcale nie chcąc tego robić.

- Co jest? - Podnoszę wzrok znad swojego kubka herbaty i napotykam jego ciekawskie, ale też zmartwione, spojrzenie.

- Odleciałeś na chwilę… - mamrocze - Wiesz, bo tak się zastanawiałem nad tym wszystkim…

- I?

- Wiesz, że z każdym dniem coraz bliżej do wyjścia Nialla z kliniki? - chcę odpowiedzieć, ale Lou ma inne plany, bo nadal kontynuuje swoją wypowiedź - Oczywiście nadal będzie miał spotkania z Harrym tutaj na miejscu, bo ten gówniarz ma tu drugi gabinet, a klinika to taki dodatkowy projekt. Z tego co udało mi się wydusić ze Stylesa, zaczną od dwóch, trzech spotkań w tygodniu, a później będą zmniejszać częstotliwość.

- Tommo, oddychaj. - mówię, bo on chyba wziął sobie za cel wyrzucenie tych wszystkich informacji na jednym wdechu. - Tak wiem, że to tylko jeszcze jakieś dwadzieścia dni.

- Może chciałbyś się z nim spotkać dopóki tam jest? - pyta bardzo cicho, nawet na mnie nie patrząc, bo nagle tak bardzo zafascynowały go rysy na stole. Kopię go w kostkę i dopiero wtedy z jękiem bólu na mnie zerka.

- Masz glany, idioto! - syczy, podkulając nogi na krzesło. - Tak właściwie to dlaczego masz na sobie te groźne dla otoczenia, a szczególnie dla mojego pięknego, szarego dywanu buciory?!

- Za dwadzieścia minut wychodzę na spotkanie z panią psycholog. - Nicola może jest i cholernie dobrym terapeutą, ale odrobinę mnie przeraża. To jak czyta z każdego mojego gestu, zająknięcia czy zmiany tonu, barwy głosu… Okay, zdaję sobie sprawę, że większość tego to wpływ studiów i kilku lat praktyki w zawodzie, ale jednak czasami zastanawiam się, czy ona na pewno jest człowiekiem? Brzmię jak wariat, ale ona zna moje odpowiedzi wcześniej ode mnie…

- A no tak…

- Pamiętasz, że mnie zawozisz?

- Cóż… teraz już tak.

- Looou!

- Nie no żart, brat - śmieje się ze złośliwymi ognikami w oczach. Przewracam oczami, a ten idiota małpuję mój gest. - Wracając: Niall, klinika, spotkanie. Co ty na to?

- Będziesz tam?

- Jasne… ja i Styles pewne też, bo nie przepuści okazji, żeby zanalizować blondasa, kiedy jest razem z tobą. Chyba jego doktorat będzie o waszej dwójce, jak tak dalej pójdzie.

- Mam nadzieję, że z tym doktoratem to żart… - Tommo tylko wzrusza ramionami, jakby sam nie był do końca pewien. Wcale mnie to nie pociesza. - Jednak to chyba lepiej, że przy pierwszym spotkaniu będzie więcej osób.

- Jeśli to za wcześnie, możemy przełożyć to na inny termin, Zayn. - rzuca pospiesznie. - Nie zmuszaj się do niczego.

- Chyba cały czas będzie mi się wydawało, że to jeszcze nie ten czas… A jeśli kiedykolwiek chcę go odzyskać, muszę zacząć coś robić w tym kierunku. On walczy z nałogiem, poczuciem winy, atakami paniki, depresją i chuj wie czym jeszcze - oddycham głęboko dwa razy. - Teraz kolej na mnie. Chcę przestać się bać tego spotkania, bo później będzie tylko łatwiej. Wiem, że sam jego widok sprawi, że będę cofał się myślami do złych i dobrych wspomnień. - Kolejny oddech na uspokojenie. - Szczerze, nie mam pojęcia w którą stronę to pójdzie… mogę równie dobrze wybuchnąć płaczem, zemdleć albo strzelić go w twarz, albo przytulić i nie chcieć puścić.

- Uhm… Jak coś, to zawsze możesz zrobić wszystko po kolei. - mówi - Jeśli to tylko sprawi, że ruszysz do przodu i spokojnie prześpisz chociaż kilka godzin.

- Wiesz, że nie śpię? - dziwię się, bo myślałem, że tak świetnie się z tym kryje…

- Proszę cię, w tym mieszkaniu nie ma aż takiej przestrzeni, żeby mógł umknąć mi fakt, że ktoś drepta w nocy po kuchni, a później siedzi i pali na balkonie, albo zaszywa się w swoim pokoju i rysuje.

- Skąd wiesz, że akurat to?

- Może stąd, że rano całe ręce masz grafitowe? Czasami też smugi na twarzy… już nie wspomnę o twojej pościeli…

- Uh… wygląda na to, że nie jestem tak sprytny, jak mi się wydawało. - puszcza mi oczko i zerka na wyświetlacz telefonu.

- Sądzę, że musimy się zbierać, bo twoja ulubiona terapeutka nie może przecież znowu na nas czekać.

- Czasami cię nienawidzę - mamroczę pod nosem, ale on oczywiście słyszy i uderza mnie lekko w ramię niczym obrażona, urażona księżniczka.

- Nie kłam. - prycha - Kochasz mnie.

- Braterskich uczuć i rodzinnych więzów nie da się od tak wyhodować w kilka tygodni, ale myślę, że jesteśmy na dobrej drodze. - To tak jakby prawda powiedziana żartem i on chyba też to wie, bo cała gra nagle znika, a on szczerzy  się tak bardzo, że to chyba aż bolesne, a drobne zmarszczki pojawiają się w kącikach jego oczu.


***


Chwilę później jesteśmy już zapakowani do samochodu Louisa, który jest jednocześnie jego obsesją, pasją i chyba największą życiową miłością. Zresztą, co się dziwić, to czarny mustang GT2,  błyszczący tak, jakby Tomlinson całkiem dużo czasu poświęcał na polerowanie go i podziwianie, co właściwie za bardzo nie mija się z prawdą. Jednak skoro jesteśmy rodziną to jasne jest, że on musi mieć jakieś swoje drobne dziwactwa. Ja każdą powierzchnie uznaję za potencjalne miejsce na graffitti, a on obdarzył uczuciem własny samochód…

Przysięgam, że Lou wzdycha, gdy odpala auto, a silnik wydaje charakterystyczny dźwięk, gdy noga szatyna mocniej naciska na gaz, a ten chichocze sam do siebie.

Może zapytam Nicoli, czy to też można leczyć?




Louis:


Docieramy na miejsce jak zwykle z kilkuminutowym opóźnieniem, ale to nie moja wina do cholery. Kto mógł przypuszczać, że w piątkowe popołudnie będą aż takie korki?! No kto?!

- Moi ulubieni bracia. - mówi cierpko blondynka w średnim wieku. Daję słowo, ona odlicza dni, kiedy pozbędzie się nas z listy swoich pacjentów. Niby lekarz nie jest zobowiązany do lubienia wszystkich, ale jednak z psychoterapeutą to powinno wyglądać nieco inaczej.

- Dzień dobry - mówi Malik i od razu pakuje się do gabinetu. - Lou zapomniał, że dzisiaj piątek i wjechał w jedną z najbardziej zakorkowanych ulic zamiast znaleźć objazd.

- Hej młody, nie wysypuj mnie tak na starcie.- uśmiecham się niczym niewiniątko do Nicoli, a ta tylko wzdycha pokonana.

- Pewnie będę tego żałować, ale chciałabym, żebyście dzisiaj weszli obaj. Oczywiście, jeśli Zayn nie ma nic przeciwko. - Mulat wzrusza ramionami, więc dreptam posłusznie do niewielkiego pokoju. Siadamy naprzeciwko terapeutki, a chwilę później ona unosi wzrok znad swoich notatek.

- Zaczniemy od tego, co zmieniło się od ostatniego spotkania?

- Nie za wiele… koszmary nadal są. Nie bardzo radzę sobie na zewnątrz, najchętniej nie wychodziłbym z mieszkania, ale staram się jakoś do tego zmuszać. Mam pracę i jak na razie mój przyjaciel sam wszystko robi. Jednak wiem, że nie mogę zostawić tego na tak długo… dlatego próbuję jakoś stopniowo wychodzić, najpierw krótki spacer czy wycieczka do kiosku po fajki, a wczoraj udało mi się nawet iść z Louisem na dłuższe zakupy.

- To dobrze, nieźle sobie radzisz. Fobia społeczna jest częsta po traumatycznych zdarzeniach. To lęk przed innymi ludźmi, przed kontaktami z nimi. Czasami niektórzy nie są w stanie nawet wymienić kilku zdań, bo lęk ich paraliżuje. W niektórych sytuacjach odczuwa się go mocniej, wystarczy poczuć zapach czy usłyszeć coś, co kojarzy nam się ze stanem zagrożenie, by mieć ochotę odwrócić się na pięcie i uciec z powrotem do domu.

- Tak, to całkiem nieźle opisuje to jak się czułem, a gdyby nie było ze mną Tommo, to raczej nie dałbym rady.

- Co zaobserwowałeś? - To pytanie kieruje do mnie.

- Uhm… gorzej reaguje na mężczyzn. Kobiety, jeśli nie przekraczają jego przestrzeni osobistej, nie wywołują nerwowych reakcji.

- Uhm - kobieta zapisuje krótka notatkę. - Coś jeszcze? Jak zachowuje się tylko przy tobie?

- Tylko czasami, gdy go zaskoczę, widzę, że panikuje przez kilka sekund. Gdy orientuje się kim jestem, od razu się rozluźnia.

- Zayn, co pojawia się w snach? To samo, co zwykle?

- Tak: moja matka, Niall na prochach.

- Myślałeś o drobnym wsparciu farmakologicznym? Nic mocnego. Jednak zaburzenia snu mogą być długotrwałe, a bezsenność jest męczącą przypadłością. Na dłuższą metę nie da się tak funkcjonować.

- Na początku nie chciałem, bo i tak przymusowo biorę jakieś tabletki rano, a drugie mam w razie nagłych stanów lękowych.

- Te drugie brałeś kiedykolwiek?

- Nie… - Kobieta wraca do biurka i podaje mi wizytówkę. Dalsza część terapii jest dosyć ciężka, bo pracujemy nad kolejnym uczuciem, które Zayn wymienił podczas pierwszej sesji.


Rozgoryczenie.

- Co rozumiesz przez to słowo? Co się pod nim ukrywa, Zayn?

- Nie rozumiem…

- Rozgoryczenie jest połączeniem kilku emocji: gniewu oraz smutku. Często również rozczarowania…

- Uhm… To znaczy, ja… - Malik milknie i chyba nie zamierza ponownie się odezwać.

- Opisz to co czułeś, gdy czekałeś aż twój partner zaśnie, żeby się wymknąć.

- Po tym wszystkim… czułem za dużo: byłem załamany, przerażony tym, co się stało z moim życiem w ciągu kilkudziesięciu minut. Zraniony, smutny, bo ufałem mu jak nikomu innemu. Zawsze ratował mnie i to po prostu Niall słoneczko Horan. Chyba nie docierało do mnie to, co się stało. - Zamykam oczy, bo już to słyszałem, tyle że w wersji Nialla, która była mocno zniekształcona przez dragi.

- Kiedy przyszło rozgoryczenie?

- Zmywałem z siebie krew i miałem takie cholerne przeczucie, że tym razem nie dam rady. To tak bardzo przypominało mi o tych upokorzeniach i bólu, jakie otrzymałem od matki. Poczułem, że życie znowu mi dokopało. Byłem zrezygnowany i nie miałem pojęcia co zrobić. Kompletnie nie miałem siły, żeby radzić sobie z tym, co ze mnie zostało. Chciałem mieć tylko spokój…

- A teraz? Nadal tak czasami się czujesz?

- Tylko po tych koszmarach… ale nie tak silnie jak wtedy. Chcę spróbować jakoś poskładać siebie z powrotem w jeden kawałek.

- Dobrze Zayn, Louis. Na następnej sesji omówimy wasze pokrewieństwo, plus kolejną emocję z listy, a może nawet dwie, o których dzisiaj wspomniałeś: zranienie i smutek.

- Okay - mruczy pod nosem Malik i wiem, że jest wykończony.

- Do widzenia. - wołam i wychodzimy z westchnieniem ulgi z budynku. Prosto na kwietniowe, ciepłe popołudnie.




Niall:

Znowu idę po tych samych schodach na piętro do gabinetu Harry’ego. Zostało mi już tylko dwa tygodnie w klinice i powoli opanowuje mnie lęk przed opuszczeniem bezpiecznych murów placówki. Tutaj z daleka od całego tego młynu i kołowrotka miejskiego życia, znowu zacząłem przejawiać pewne symptomy optymizmu. Chociaż są mocno tłumione przez wyrzuty sumienia czy wstyd. Jednak najgorsza z tego wszystkiego jest pustaka.

Pukam do drzwi i jak zawsze nawet nie czekam na to: proszę wejdź.

Błąd.

Styles nie jest sam, a z jakimś brunetem. Na pierwszy rzut oka kilka lat starszym od pana terapeuty i zdecydowanie bardzo mu bliskim, zwarzywszy na to, że zastaję ich w jednoznacznym momencie. Harry siedzi w swoim fotelu, a mężczyzna na jego kolanach. Przez chwile patrzą na mnie bardzo przerażonym wzrokiem i żaden nawet nie drgnie.

- Mam przyjść później? - pytam po uprzednim odchrząknięciu.

- Nie, Niall! Stój! - woła za mną Styles. - Przepraszam to nie powinno się zdarzyć, ale nie miałem dzisiaj terapii z takim chłopakiem, który wypisał się na żądanie wczoraj. Nick przyniósł nam obiad i się zasiedzieliśmy… - Rumieniec na twarzy i szyi psychoterapeuty jest najzabawniejszą rzeczą, jaką widziałem od kilku tygodni, a to jego zakłopotanie i zawstydzenie oraz niema prośba w oczach jedynie dopełniają obrazek. Nie wytrzymuję i wybucham śmiechem.

- Więc to jest pan narzeczony? - przeskakuję wzrokiem od jednego do drugiego. Dostaję podwójne skinienie głową. - Słyszałem już  co nieco, jak gadałeś z Louisem… przestań się tak bać, Styles. To nie tak, że już lecę do dyrekcji naskarżyć, prawda?

- Uhm… to ja już może będę spadać. - stwierdza brunet uśmiechając się najpierw do swojego faceta, a później do mnie. - Miło dopasować twarz do osoby, o której mój narzeczony nie potrafi ostatnio przestać gadać.

- Hej! A co z tajemnica lekarską?!

- To nic z terapii… takie moje luźne uwagi…

- Powiedzmy, że ci wierzę, Styles.

- Na razie, skarbie - woła rozbawiony Nick. - Mam nadzieję, że do zobaczenia poza murami ośrodka, kolego! - Kurwa, kojarzę skądś głos tego gościa.


***

Dziesięć minut później Harry nadal wydaje się być myślami daleko od mojej sesji. Nie bardzo mi się to podoba…

- Nic z tego nie będzie. - wzdycham, pocierając lekko czoło. - Słyszałeś cokolwiek z tego, co od pięciu minut gadam?

- Uhm… przepraszam, jeśli wydaję się być rozproszony. Nadal mi głupio, bo nie pomyślałem. Ty nadal nie za bardzo gadasz z Zaynem, a ja prawie na twoich oczach całowałem się z chłopakiem.

- A nie narzeczonym?

- Yeah, racja.

- Czyżby lekki stresik przed zaobrączkowaniem?

- Nie, nie - odpowiada szybko. O wiele za szybo i zbyt entuzjastycznie, żeby móc uznać to za wiarygodną odpowiedź.

- Słuchaj Harry, może i jestem twoim pacjentem, ale przyznasz, że odrobinę nietypowym… Naprawdę nie zamierzam tego nigdzie zgłaszać. To było nawet trochę zabawne. Cudze szczęście mi nie przeszkadza przez to, że sam teraz mam pod górkę w życiu.

- Dzięki. - wzdycha i teraz ulga jest bardzo widoczna w rozluźnieniu ramion i lekkim przyjaznym uśmiechu. - Wracając do ciebie… Louis do mnie dzwonił.

- Tak? Coś się stało?

- Nie… znaczy się, zastanawiają się nad odwiedzinami. Co ty o tym myślisz? Dasz radę?

- Zayn chce tu przyjechać? Do mnie?

- No przecież, że nie do mnie… - To ma być terapeuta? Ździebko zbyt sarkastyczny.

- Kiedy? I o co ty się pytasz?! Jasne, że chcę. Tylko czy dla niego to nie za dużo? Wiem, że ma swoją terapię i mało wychodzi? Czy spotkanie ze mną tego nie pogorszy?

- Nie powinno. Zobaczy znowu ciebie, bez prochów i tego całego gniewu… to może pomóc mu rozróżniać te twoje wcielenia i przez to łatwiej będzie mu na powrót zaufać. - Harry robi chwilę przerwę na zebranie myśli, pionowa kreska pojawia się pomiędzy jego brwiami. - Ja dostrzegam ogromną różnice między tym zrezygnowałem gościem, który przyjechał tutaj z Tomlinsonem, a chłopakiem, którego mam teraz przed sobą. To dwie, całkiem inne osoby…

- Ale ja nadal czasami się tak czuję. Wszystko wraca: Zniekształcone przez narkotyk uczucia i myśli. Ciągle w głowie mam to, co wtedy wbiło mi się w mózg. On jest mój, nie pozwolę mu odejść. Budzę się i niemal słyszę jego prośby o to, żebym przestał i czuję zapach zaschniętej krwi. Zraniłem go, zawiodłem, zniszczyłem… dlaczego on wciąż miałby chcieć kogoś, kto jest potworem?

- Może on kocha tego chłopaka, którym naprawdę jesteś i wierzy, że jeśli nie weźmiesz więcej prochów, to ten potwór nie wróci? - Słyszę tak dobrze mi znany, cichy głos. Odwracam się i zamieram. W drzwiach gabinetu stoi Zayn, a zza niego wychyla się Tomlinson.

piątek, 17 listopada 2017

Sterek- Zużyty...

***
Studia są dla Stilesa ucieczką od Beacon Hills i wszystkich kłopotów tego miasteczka. Najważniejsze jednak, że może odseparować się od swojego uzależnienia: Dereka Hale'a. Cała ich relacja była chora i teraz doskonale to widzi, ale wciąż coś do niego czuję. 
Kosztuję go dużo samozaparcia i kontroli by nie sięgnąć po telefon, choć codziennie ma na to ochotę. Paląca potrzeba usłyszenia tego zimnego i mrukliwego głosu towarzyszy mu niemal o każdej porze dnia i nocy. W najgorszych momentach ucieka z akademika do biblioteki, lub na uniwersytecki basen. Teoretycznie nie powinno go tam być, ale odkąd jest w drużynie pływackiej ma pewne układy ze stróżem i sprzątaczką. Znają go i nie robią żadnych problemów, jeśli przychodzi chociażby o północy czy nad ranem.
Nigdy nie widział w sobie niczego wartościowego, a już na pewno nie miał siebie za typ sportowca. Jednak bieganie za stadem przerośniętych kundlów na coś się w końcu przydaję. Ma formę jakiej nikt po nim się nie spodziewa. Nie umie obiektywnie się ocenić, bo zawsze widzi więcej wad niż zalet, ale pewną wskazówką jest ilość niby ukradkowych spojrzeń jakie posyłają mu inni studenci.

***
Kończy pierwszy rok socjologi i w zasadzie mógłby jechać na wakacje do domu. Problem w tym, że się boi. Anglia daję mu odpowiedni dystans by utrzymać swoje nastoletnie, niespełnione uczucia w ryzach, a przebywanie zbyt blisko Dereka mogłoby zaprzepaścić rok abstynencji. Wcale nie ma na myśli zwykłego, prostego seksu. To nie tak, że przez rok nie było nikogo. Studenckie życie daje dużo możliwości i sposobności na szybki numerek. Czasami nawet nie zna ich imion i jakoś nie potrzebuję tej wiedzy do szczęścia.
Nie. On nie chce znowu zachowywać się jak narkoman błagający o kolejną, niewielką działkę. Dlatego przeprasza swojego ojca i mówi mu, że znalazł pracę na lato i nie może wrócić. Szeryf prawdopodobnie mu nie wierzy, ale wie wystarczająco dużo o swoim synu by nie drążyć tematu. Informuję, że w takim razie on wpadnie na kilkutygodniowy urlop.


Kolejnym zaskoczeniem jest dla Stilinskiego pewien znany mu blond dupek. Wpada na niego w najmniej oczekiwanym momencie.
Ciepły (jak na najbardziej deszczowe miasto Europy) wieczór i szybki wypad ze znajomymi do klubu. Kilka drinków i wygłupiania się na parkiecie, aż w końcu idzie z jakimś nieco starszym od siebie chłopakiem do toalet, ale gdy tam docierają Stiles o mało nie traci wzroku przez scenę jakiej jest świadkiem.
- Whittemore?!
- Stilinski.- Jackson zachowuję się nadzwyczaj spokojnie, jak na kogoś kto został przyłapany na gorącym uczynku. Czyli na ssaniu innemu kolesiowi.
- Znacie się? - pyta pan: "chwile przyjemności dla Stilesa". Tak... znowu nie zapytał nawet o imię.
- Yhm - wzdycha lekko rozbawiony, kiedy towarzysz Jacksona w pośpiechu poprawia spodnie i wychodzi z łazienki, a zawiedziona mina blondyna zdecydowanie jest warta tego by uwiecznić ją na dłużej.
- Całkiem nieźle... - mamrocze dawny znajomy i nawet sili się na niewielki uśmiech. Wygląda na to, że chłopak z którym Stilinski zamierzał miło spędzić noc błędnie interpretuję sytuację, bo kilka sekund później zostaję po nim tylko słaby zapach perfum. - Chyba nam uciekli.
- No co ty nie powiesz?
- Sarkastyczny, mały sukinsyn. - Jackson uśmiecha się krzywo - Nic się nie zmieniłeś.
- Dupek do kwadratu - odcina się - U ciebie też nie ma jakiejś metamorfozy. - Stiles uświadamia sobie, że właściwie cieszy się, że go widzi, a to powinno go już przerażać.

Zawsze skakali sobie z Whittemorem do oczu i nie mogli zbyt długo przebywać w tym samym pomieszczeniu, nawet jeszcze za czasów przedszkola, bo inaczej lała się krew. Dosłownie. On rozbił mu nos, a blondyn wbił mu kiedyś cyrkiel w nogę.
- To co tutaj robisz? - pyta wilkołak
- Bawię się... a raczej bawiłem... - wzdycha zrezygnowany.
- Chodzi mi o to, co robisz w Londynie?
- Studiuję socjologię na Oxfordzie, a w Londyne szukam pracy na wakacje. - Nie wie dlaczego mówi prawdę, ale tak czy inaczej robi to.
- Ładnie... zawsze myślałem, że jesteś za mądry jak na Beacon Hills. - Stilinski o mało nie pada trupem po tym wyznaniu.
- Przepraszam, ty co?! Nienawidziłeś mnie jak pies, pcheł!
- Cóż, to niekoniecznie prawda. - Jackson po raz pierwszy tego wieczoru wygląda na zakłopotanego, czy nawet zawstydzonego.

***
Później to staję się normą. Stiles Stilinski i Jackson Whittemore wychodzą razem wieczorami i spotykają się na oglądanie meczy, chociaż żadnego z nich jakoś specjalnie nie pasjonuję piłka nożna. Jednak są w Anglii i to do czegoś zobowiązuję. Można powiedzieć, stali się dobrymi przyjaciółmi i to czasami wciąż zaskakuję Stilinskiego

Pod koniec sierpnia, gdy mija dokładnie miesiąc odkąd Stiles zaczął pracę jako barman w jednym z popularnych klubów, idą uczcić pierwsza wypłatę do salonu tatuażu. Jackson nie przepada za igłami, a Stiles pamięta swoją kompromitację gdy Scott zdecydował się na 'to coś' na swoim przedramieniu. Nie chce pierwszego lepszego wzoru tylko jakiś znaczący...

Przeglądają katalogi jeden po drugim, aż w końcu Whittemore niepewnie podsuwa mu pod nos szkic przedstawiający: Ikara. Spadającego Ikara. To jest to. Czasami sam czuje się jakby leciał głową w dół bez spadochronu... pasuję jak ulał.
- Będzie dobrze wyglądać na żebrach. - sugeruję tatuażystka - To dosyć szczegółowy wzór... potrzebne sporo miejsca i na pewno nie zrobię go na raz. Trzy sesję po kilka godzin. Trzysta pięćdziesiąt funtów. Działamy?
- Tak - Stiles wie, że to jest dokładnie to czego szukał. Choćby miał mdleć za każdym razem to i tak będzie miał ten tatuaż.

***
Rozpoczyna się kolejny rok akademicki i za oknem na powrót jest szaro i deszczowo. Stiles czuję się nieco gorzej, bo Jackson ma swoje uczelniane problemy, a na dodatek wataha której blondyn jest częścią walczy z sąsiednią o terytorium. Nie widują się zbyt często. Przez to wszystko szatyn znowu ma zbyt dużo czasu na myślenie.
Nie pomógł mu tez fakt, że ojciec mimochodem wspomniał o tym, że Hale się żeni. Stilinski może to zobaczyć: Derek w dobrze skrojonym garniturze wygląda jak jakiś pieprzony amant filmowy, czy milioner na urlopie... A ona? Piękna, w białej, eleganckiej sukience. Prosto z klasą, ale wciąż robi wrażenie.
Widzi jak bardzo on nie pasował do bruneta i to boli tak samo jak wcześniej. Upływ czasu nic mu nie dał. Derek przychodził do niego tylko jak potrzebował szybkiego seksu. Stiles był czymś, co zapewniało mu relaks i rozrywkę. Świadomość tego powoduję, że zbiera mu się na wymioty, a czasami nadal nie może patrzeć na siebie w lustrze. Czuję się taki... taki zużyty? Brudny i jakby nie nadawał się do niczego innego niż pieprzenie. W zasadzie to nigdy nie był w żadnym związku, więc może tak jest? 
Anonimowy seks, zero zobowiązań i bez zbędnych sentymentalnych bzdur...

Kiedyś marzył o tych wszystkich pierdołach: śniadaniach, zapachu i cieple drugiej osoby obok niego, kolacjach, wypadach do kina, czy na wspólne wakacje.
- Kto by cię chciał? - mówi, cichym, pozbawionym jakichkolwiek emocji głosem wpatrując się w swoje odbicie.

czwartek, 9 listopada 2017

Sterek - W użyciu...

Witam kochani!
Oto pierwsza część serii "Rollercoaster uczuć".

***

To ogólnie dostępna wiedza, że Derek ma fatalny gust co do kobiet, z którymi się spotyka. Wiedzą, ale nikt nie mówi o tym głośno. Jednak nie da się przeskoczyć faktu, że złą passę rozpoczęła Kate. To ciągnie się za starszym niczym tren za panną młodą. Stiles nie jest wilkołakiem, ale i tak bolą go wnętrzności od patrzenia na zabijającego się poczuciem winy Hale'a.

Po Kanimie COŚ zaczęli... i Stilinski nie potrafił za nic w świecie ogarnąć czym to coś jest. Derek nie staje się dla niego jakoś specjalnie miły. Może nie grozi mu już rozszarpaniem gardła i nie rzuca nim o twarde powierzchnie, zamiast tego woli wciskać go w materac, ale wciąż nie określili na jakiej płaszczyźnie teraz się znajdują. Staje się to boleśnie oczywiste, kiedy pojawia się Jeniffer i chociaż Hale zna ją kilka dni, całkowicie przepada. Młodszy widzi jak te strzępy bruneta, które miał dla siebie zostają mu wydarte i na srebrnej tacy podane jej. Każdy krzywy uśmiech, wzruszenie ramionami, kubek kawy czy wspomnienie o rodzinie teraz dostaje ona.

Później wszystko pieprzy się jeszcze bardziej, bo ojciec Stilesa zostaje porwany i wtedy jego złamane serce schodzi na dalszy plan. Całą swoja nadpobudliwą małą osobę skupia na odnalezieniu staruszka. Ojciec jest jedyna rodziną jaką ma i nie wybaczy sobie jeśli przez całe to nadnaturalne gówno coś mu się stanie.


Razem ze Scottem rozwikłują zagadkę. Wiedzą kim jest darach. Jennifer. To takie typowe, że psychiczna, mściwa laska owinęła sobie Dreka wokół palca. Stiles powinien czuć cokolwiek w związku z tym, ale poza strachem o to, że alfa im nie uwierzy, nie docierają do niego żadne inne emocję. McCall, niech go niebiosa sławią, nie pyta o nic. Szatyn wie, że przyjaciel zna go zbyt dobrze, żeby umknęło mu jego ostatnie przygnębienie i wycofanie.

***

Cokolwiek Derek dostrzega na ich twarzach, bądź wyczuwa w zapachu to nie wystarcza, żeby zwrócił się przeciwko niej. Mimo to staje się neutralny... stoi pomiędzy stronami i dopiero, gdy popiół z jarzębiny uderza Jennifer wyrywając z jej gardła nieludzki wrzask i ukazując prawdziwą twarz, Hale jest z nimi.


Stiles chce tylko odnaleźć ojca, a tracą jeszcze kobietę, która jest dla niego jak matka. Scott wariuje i też znika, a szatyn zostaję sam z kompletnie rozwalanymi Hale'ami. Cora jest chyba w najgorszym stanie, sądząc po tym, że dwa razy musiał jej robić sztuczne oddychanie. Peter w zasadzie jest tylko fizycznie wykończony i zwykły kilkugodzinny sen powinien pomóc mu się zregenerować. Nigdzie jednak nie widzi Dereka i to zmusza go do rozsypania okręgu z jarzębiu wokół karetki z bezbronnymi wilkołakami ( to powinien być oksymoron, myśli) coś, co w naturze nie występuję obok siebie bezbronny i wilkołak...

Wraca do szpitala i na przemian nawołuje Scotta i Dereka, bo jeśli jest jakiś limit nieszczęść to ten na dzisiejszy dzień już dawno go wyczerpał. W końcu dostrzega kogoś leżącego w windzie i chyba w życiu tak szybko nie biegł. Wilkołak ma zamknięte oczy i bardzo płytki oddech. Stiles liczy do trzech i modli się do wszystkich bóstw jakie zna, żeby Derek nie zabił go za to co zamierza zrobić. Uderza go, ale Hale wciąż jeszcze nie wykazał oznak, że kontaktuje z rzeczywistością. Dopiero po drugim ciosie starszy otwiera oczy i gwałtownie wciąga powietrze. Szatyn taszczy wciąż trochę zamroczonego alfę do ambulansu i wciąga go na siedzenie pasażera.

Łapie za kluczyki i odjeżdża. Kurwa, właśnie ukradł karetkę... czy ktoś jest chętny, żeby odwiedzać go w kryminale, albo chociaż od czasu do czasu wysłać mu skromną paczkę?

Nikt nic nie mówi, ale coś wisi w powietrzu.

- Jak Cora? - pyta charczącego gdzieś z tyłu Petera.

- Będzie żyć... przynajmniej taką mam nadzieję. - Stiles kiwa głową.

- A ty?

- Ja? - najstarszy z nich wydaje się być autentycznie zaskoczony  jego pytaniem.

- Nie, sierotka Marysia... Tak Ty. - Stilinski stara się nie skupiać na niczym innym jak na chwili obecnej i bezpiecznym odtransportowaniu ich czwórki do domu Dereka.

- Poskładam się z powrotem... - mówi wolno Peter, gapiąc w tył jego głowy, jakby chciał dostać się do jego myśli.


***

Sprawa ze stadem alf i darachem zostaje przeszłością. Derek wraca do niego z podkulonym ogonem albo Stiles lubi o tym myśleć w ten sposób. To on jest tym głupim chłopcem, którego można użyć na pocieszenie. Hale przychodzi, bo wie, że nie zostanie odrzucony. Obaj o tym wiedzą i Stilinski zaczyna podejrzewać, że nie tylko, bo Peter zachowuje się dziwnie... okay, dziwniej niż zazwyczaj.

Młodszy nie ma już siły dłużej oszukiwać samego siebie i w końcu to przyznaje - zakochał się w tym gburowatym wilkołaku. Gdy przestaje się bić z własnymi myślami wszystko staję się łatwiejsze. Chociaż nie mniej bolesne, kiedy słyszy plotki o tym Hale'u i kolejnej długonogiej blondynce. Zastanawia się, dlaczego w takim razie Derek nie zostawi go w spokoju? Może wtedy w końcu Stiles umiałby o nim zapomnieć? Raz, a porządnie złamane serce i tak będzie boleć mniej, niż nasączanie go nadzieją niczym benzyną, by kilka godzin później spalić je w pierwszych promieniach słońca.


Derek mało mówi, bo w końcu nie po to przychodzi i Stiles chciałby wrócić do tego, co było przed Jennifer. Oni rozmawiali, nawet parę razy wywołał na twarzy starszego uśmiech. Wtedy nie byli czymś określonym, a tym razem są, nawet jeśli żaden z nich nie mówi tego głośno. Dziewiętnastolatek jest dla starszego rzeczą. Szmatą, której może użyć, by zapomnieć na chwilę o otaczającym świecie. Stiles chciałby umieć powiedzieć: NIE. Jednak wie, że będzie to trwać tak długo, aż Derek znowu nie odejdzie.


To dzieje się prędzej niż później. Pojawia się Braeden, więc Stilinski idzie w odstawkę i ma taki mętlik w głowie, że czuje się, jakby spędził tydzień na rollercoasterze. To powinno być niedopuszczane, żeby CZUĆ aż tyle na raz. Jest zraniony i zdradzony... znowu, ale te dwie emocje zna tak dobrze, że wita je niemal z ulgą.

Widzi ich czasami na jakichś spotkaniach watahy i to za dużo, bo jest zazdrosny i zrezygnowany. Kocha go, ale widzi, że tym razem to fajna babka, a nie psychopatyczna morderczyni. Chciałby potrafić życzyć im szczęścia, ale nie lubi kłamać. Nie mówi nic.

Zapomina jak to jest czuć jego ręce na sobie i tęskni, ale jednocześnie czuje się szczęśliwszy i tak WOLNY.



Dostaje list z uczelni i już następnego dnia rezerwuje samolot do Anglii.

poniedziałek, 30 października 2017

I save light in my heart for us - ZIALL cz.5

Niall:

Jedyne, o czym mogę myśleć to, że Zayn naprawdę chciał ze mną rozmawiać. Chociaż nie trwało to długo i wymieniliśmy tylko kilka zdań to ja czuję się jakbym mógł wreszcie oddychać pełna piersią. Teraz stoję jak idiota z telefonem w ręce i uśmiecham się do ściany. Co mnie obchodzi Styles czy Tomlinson skoro Zayn nadal we mnie wierzy… Po tym wszystkim on myśli, że jestem coś wart.

- Jesteś silniejszy niż jakieś prochy, lepszy niż ci się wydaję Niall - to zaskakujące, że jedno zdanie może aż tak zdeterminować człowieka. Naprawdę chce dać radę. Udowodnić sobie, że mogę się od tego uwolnić.
- Do usłyszenia… - takie zakończenie rozmowy daje mi niejasne przesłanie, że to nie było pożegnanie. Chociaż w taki sposób będę miał z nim kontakt, a to i tak więcej niż myślałem, że otrzymam.
- Niall? - głos Harry’ego wyrywa mnie z zamyślenia. - Wszystko dobrze?
- Tak. - odpowiadam z lekkim uśmiechem. - Nawet lepiej… myślę, że pierwszy raz tak naprawdę pomyślałem właśnie, że dam radę.
- Cieszę się. - Styles czasami jest jak chodząca dziecięca radość… naprawdę tak niewiele mu potrzeba żeby rozsiewać entuzjazm i uśmiech wszystkim dookoła niezależnie od tego czy akurat ten ktoś sobie tego życzy czy nie.

Na samym początku terapii to mnie strasznie wkurwiało, bo nie miałem żadnych powodów do radości a ten był jak pieprzone słońce. Po każdej naszej rozmowie znajdował jakieś pozytywy czy kazał mi przywoływać te lepsze momenty z życia. Oczywiście głównie pracowaliśmy nad tym rokiem gdzie byłem szykanowany przez profesora i resztę stażystów, oraz omawialiśmy zmiany, jakie to wywoływało w moich relacjach z partnerem. Jednak pod koniec sesji zawsze znajdował kilka minut na taką luźniejszą rozmowę…. Bardziej jak między przyjaciółmi niż terapeutą a pacjentem.
- Mamy pierwszy sukces Niallu Horanie! - kontynuuję z szerokim uśmiechem. - Najważniejsze jest to żebyś ty uwierzył w to, że dasz radę. To jest podstawa, bo nadal będziesz mieć gorsze i lepsze dni… ale musisz nawet w tych kiepskich momentach pamiętać to uczucie i pewność, jaką czujesz teraz.
- Uhm, a ile czasu mam spędzić w ośrodku?
- A spieszy ci się gdzieś?
- Właśnie nie bardzo… tutaj mi łatwiej, ale jak zostanę sam to trochę boję się, że nie poradzę sobie z codziennością. - powiedziałem starając się unikać spojrzenia Louisa.
- Masz jeszcze półtorej miesiąca Niall, a to jest całkiem dużo czasu na pokonanie twoich lęków i na przystosowanie się do życia bez narkotyków.
- Dokładanie Horan - dodał Tomlinson- musisz pamiętać, że nigdy nie zostaniesz sam… Na razie ograniczymy twój kontakt z Zaynem do telefonów raz w tygodniu, a potem się zobaczy. On od przyszłego tygodnia zaczyna swoją terapię i dużo zależy od tego jak będzie się czuł po tych spotkaniach.
- W szpitalu? Kto jest jego psychoterapeutą?
- Nie w szpitalu… chociaż przysłali jakiegoś starszego, siwego gościa do niego, ale jakoś nie przekonał mnie do siebie. To mały gabinet w ogóle niezwiązany z placówką, w której pracowałeś. - Odetchnąłem z ulgą, bo może nie wszyscy byli tam źli, ale mimo wszystko nadal istniało ryzyko, że trafi do jakiegoś gościa, którego bardziej obchodzi comiesięczna wypłata niż terapia, którą ma prowadzić.
- Kogo? Może znam? - wtrącił Styles.
- Na pewno skoro korzystałem z listy osób, którą mi poleciłeś .- Tomlinson wydawał się rozbawiony nieogarnięciem młodszego.
- Och ta… sorki, ale tamta rozmowa jakoś wyleciała mi z głowy. - co dziwniejsze Harry się zarumienił
- Może raczej ktoś pomógł ci o niej zapomnieć, co? - teraz to już szatyn podśmiewał się pod nosem.
- Tommo! Przestań… Mimo wszystko jesteśmy w miejscu mojej pracy, więc się zamknij.
- Oi, ale no weź… Dawno u was nie byłem. Jak tam Nick? Twoja rodzina nadal próbuję cię nawrócić?
- Poddali się jakiś czas temu… Tylko Gemma czasami wpada na weekend. Reszta nadal milczy, chociaż moja wredna siostra twierdzi, że mama powoli się łamie. Kto wie może na następne urodziny dotrze? To byłoby miłe…
- Tak… za mamą tęskni się zawsze. Nie ważne jak bardzo jest się wściekłym czy jak wiele żalu o coś masz…- Louis przyjaźnie dotyka ramie wyższego - A jak nie to stała lista gości na pewno się pojawi. Jakoś zawsze dawaliśmy radę zjeść i wypić wszystko, co było przygotowane…
- Louis! - upomina go kolejny raz Harry.
- Przestań mnie ganić jak jakiegoś gówniarza… przypominam ci, że mimo wszystko to ja jestem tym starszym.
- Tak? A jakoś tego nie widać ani nie słychać Tommo… - Rzuca młodszy z lekką kpiną w głosie.
- Cios poniżej pasa panie psychologu. - starszy parska śmiechem - A te lepiej zostaw dla narzeczonego
- Słowo daję, że ty i Nick czasami jesteście tak podobni z charakteru, że zastanawiam się czy przypadkiem nie jesteście jakoś spokrewnieni… Może masz kolejnego brata Lou?
- Halo?!- wołam, bo chyba o mnie całkiem zapomnieli. - Ja tu nadal jestem.
- Ups? - Styles chyba naprawdę zapomniał o mojej skromnej osobie siedzącej cicho jak mysz pod miotłą w wygodnym fotelu.
- Narzeczony? - to chyba najbardziej mnie zaskoczyło, bo on jest młodszy ode mnie, ale z drugiej strony znacznie bardziej poukładany.
- Tak, ale to świeża sprawa. Jeszcze miesiąc temu nie wiedziałem, że Grimshaw coś takiego planuje.
- Cóż gratuluję. - mówię szczerze, ale jednak dosyć smutnym głosem, bo mogliśmy być to: ja i Zayn gdyby wszystko się tak nie zjebało. Wiem, że nie powinienem, ale nadal mam nadzieję, że mamy jakąkolwiek szansę. Chociaż to bardziej jak abstrakcja czy marzenie niż realna przyszłość.
- Dzięki Niall. - odpowiada
- Ty też kiedyś dotrzesz do takiego momentu Niall… tylko musisz jakoś zostawić to swoje gówno za sobą. A nie toczyć je cały czas jak jakiś żuczek - Tomlinson podszedł bliżej i chwilę gapi się na mnie chyba nie wiedząc, co zrobić. W końcu burzy moją grzywkę, która i tak jest tutaj w opłakanym stanie, a ciemniejsze odrosty są coraz bardziej widoczne.
- Offf! - ze śmiechem odganiam jego rękę, ale ten idiota jest wytrwały i próbuję drugą sięgnąć do moich włosów - Spieprzaj.
- Okay… widzimy się za dwa tygodnie Niall. Chcesz żeby coś ci przywieść?
- Może jeszcze jedną parę dresów i kilka koszulek. Jakąś książkę… Mogę ci dać klucze. Mam w pokoju.
- Nie ma sprawy. Leć, a ja podręczę jeszcze trochę twojego terapeutę. - Tomlinson zdecydowanie ma coś z chochlika.

***
Przez ten tydzień od wizyty Louisa mój nastrój nadal pozostawał całkiem niezły. Starałem się tylko nie zastanawiać nad tym, co łączy go z Zaynem, bo to dosyć drażliwy temat nawet na dyskusję z samym sobą. Raz nie udało mi się wytrwać w tym postanowieniu i czekając pod gabinetem Stylesa na swoją terapię odpłynąłem myślami.
Z jednaj strony wiem, że ja na niego nie zasługuję. Jedyne, co robiłem przez kilka ostatnich tygodni naszego związku to ranienie go. Nie powinienem nawet mieć nadziei, że po czymś takim on nadal ze mną będzie… jasne, że nie urwie kontaktu, bo zawsze za bardzo troszczył się o innych. Jednak nie potrafię tak całkiem odpuścić i przestać o nim myśleć. Jeśli chce być szczery sam ze sobą to jak na razie nie potrafię wyobrazić go sobie z kimś innym. Nawet z Louisem… Nie dałbym chyba rady stać z boku i przyglądać się jak układa sobie życie. To łamałoby mi serce zawsze, gdy bym ich widział, ale może właśnie na to zasłużyłem? Za roztrzaskanie Zanowi życia w drobny mak, za to, ze znowu boi się ludzi, za stracone zaufanie. Może to właśnie moja kara za wyrzucenie własnego, darowanego szczęścia na wysypisko?
Każdego dnia mam ze sztucznym uśmiechem widywać go z kimś innym u boku. Los lubi ze mnie drwić, więc to całkiem prawdopodobny scenariusz. Chciałbym, chociaż być w stanie życzyć im wszystkiego dobrego, ale jestem tylko sobą: egoistycznym sukinsynem, który chce swoje szczęście z powrotem, chociaż wcale na niego nie zasługuję.

Tego dnia terapia jest okropna, bo wszystko odczytuję opacznie, a słowa Harry’ego o tym, że musze ruszyć do przodu wywołują u mnie atak paniki. Serce przyspiesza i mam wrażenie jakby biło z nienaturalnie dużą siłą, bo wręcz obija mi się o żebra… następnie czuje ucisk i ciężko jest mi nabrać powietrza. Siadam na podłodze, zamykam oczy i liczę z nadzieją, że to pomoże.

- Niall? - Harry nachyla się nade mną ze szklanką wody, ale zamiast ją wypić wylewam ją sobie na włosy. - Co się dzieję?
- Panika… - charczę z trudem przez ściśnięte gardło. Chyba kiwa głową, ale już ze z falą mdłości. Mój żołądek zaciska się nieprzyjemnie i robi mi się o wiele za gorąco. Jak podczas pierwszego tygodnia po odstawieniu prochów. Mimo tego staram się głęboko oddychać przez nos, bo ostatnie, co chcę to zarzyganie gabinetu swojego terapeuty. Dreszcze przebiegają mi po kręgosłupie, a ręce trzęsą się jak u starego alkoholika.
- Hej Niall?! - zmartwiona twarz Harry’ego to ostatnie, co do mnie dociera zanim nie odpływam.

Kiedy otwieram oczy jestem w innej części kliniki. Leże na szpitalnym łóżku podpięty do kroplówki a blady Styles obgryza paznokcie siedząc na plastikowym krzesełku.
- Zły nawyk panie terapeuto. - mamrocze wskazując na jego dłoń. Automatycznie przestaję i uśmiecha się z lekkim zakłopotaniem.
- Jesteś pierwszym pacjentem, który zasłabł mi na terapii Horan… Nie żartuj teraz ze mnie, bo mamy większe zmartwienia. Wiem, czym są ataki paniki, ale nie mam pojęcia, czym ten twój mógł być spowodowany. Cały tydzień świetnie sobie radziłeś, a tu dzisiaj taka niespodzianka.
- Miałem je, jako dziecko… - wzruszam ramionami.
- Dlaczego?
- Z różnych powodów… Bałem się, że skoro dostałem niższą ocenę to rodzice nie będą zadowoleni, albo jak zacząłem nosić aparat na zębach panikowałem, gdy miałem poznać kogoś nowego. Potem jakoś udawało mi się to maskować humorem i uśmiechem. To pierwszy tak silny atak od jakichś dziesięciu lat.
- A wiesz, co go spowodowało?
- Uhm…
- A może zechcesz się tym ze mną podzielić? To jakoś to rozpracujemy, bo kolejne takie atrakcje nam obu raczej nie są potrzebne.
- Przyszłość.
- Coś może konkretniej?
- Przyszłość bez Zayna. To jak będę musiał nauczyć się żyć bez niego, a może nawet widywać go z kimś innym… Nie widzę siebie bez niego, a wiem, że jemu z kolei będzie lepiej beze mnie.
- Nie wybiegaj aż tak daleko w przyszłość Niall. Na razie skup się na najbliższym miesiącu w ośrodku i waszych cotygodniowych niedzielnych rozmowach. I moja rada: nie próbuj decydować za niego. Cokolwiek będzie dalej…


Zayn:

Od tamtej rozmowy z Niallem coś się zmieniło. Mam pewność, że on tam gdzieś jest i walczy z nałogiem, więc jest jeszcze jakaś szansa dla niego, dla mnie, dla nas. Niby wcześniej też to wiedziałem od Louisa, ale to chyba było za mało. Dopiero usłyszenie jego załamanego głosu i wyobrażenie sobie jak bardzo to wszystko na niego oddziałuję uświadomiło mi, że naprawdę nie chcę go stracić.
Pomimo całego tego bólu, strachu i upokorzenia ja nadal za nim tęsknie.

Spotkania z terapeutką mam dwa razy w tygodniu i jak na razie nie widzę specjalnej poprawy, ale to dopiero start i jeszcze długa droga przede mną. Nic nie przychodzi od tak z dnia na dzień w takich przypadkach, a przynajmniej ona tak twierdzi. Dzień po dniu i tydzień po tygodniu będę się zbierał do kupy, a i tak zostaną pewne ślady tego, co się stało.
Podała w wątpliwość moją decyzję pozostania w kontakcie z Niallem, ale szybko uświadomiłem jej, że dyskusja na ten temat jest bezcelowa, bo to akurat jedna z niewielu rzeczy, jakich jestem teraz pewien. Cała reszta to jak malowanie na wodzie… Wszystko przybiera inny kształt niż rzeczywiście chciałbym, aby miało.

***
Siedzę przy stole i czekam aż starszy braciszek popisze się zdolnościami kulinarnymi. Minęły dopiero trzy dni odkąd z nim zamieszkałem, a już zdążyłem się przyzwyczaić do jego rytmu dnia. To odrobinę zaskakujące, bo Louis jest na pozór najbardziej chaotyczną osobą, jaką znam, ale jednocześnie zawsze doskonale wie gdzie, co ma.
Cieszę się, że nie jest jakimś nadętym dupkiem w graniaku tylko lekko zwariowanym, spontanicznym i bardzo energicznym właścicielem baru. Twierdzi, że przygotowanie dobrych drinków to też pewnego rodzaju sztuka i chyba nie mogę się z nim w tym temacie nie zgodzić, kiedy na studiach wypiłem swoje.
Tylko siłą woli powstrzymuję się od wyciągnięcia szatynowi telefonu z kieszeni i zadzwonienia do Stylesa, bo wiem, że terapia Nialla zaczęła się jakieś pięć minut temu. Tak bardzo chce znowu go usłyszeć, że aż mnie podrzuca na tym pierdolonym, niewygodnym krześle.

- Zayn. Przestań zerkać, co minutę na zegarek… - wzdycha Louis i przewraca oczami tak bardzo, że aż dziwne, że go to nie boli. - Wytrzymałeś cały tydzień to wytrzymasz jeszcze kilkadziesiąt minut.
- Dobrze już dobrze! - unoszę ręce w obronnym geście. - Ale może dałbyś wreszcie coś do jedzenia, bo tak czuję jak mój żołądek powoli przyrasta do krzyża… - na dowód akurat w tej sekundzie burczy mi w brzuchu i to dosyć głośno.
- Słyszę - śmieję się i stawia na blacie dwa talerze z jakąś zupą- Brokułowa.
- Dużo tego zielonego…
- Przyzwyczajaj się, bo ja mięso jem bardzo rzadko. Zawsze możesz sam coś zrobić, wpisz na listę, która wisi na lodówce i na najbliższych zakupach uzupełnię braki, bo aktualnie to chyba jedynie mam jakąś rybę w zamrażalniku.
- Okay… też nie muszę codziennie, ale czasami lubię zjeść jakiegoś kurczaka.
- Zapamiętam. - reszta obiadu mija nam na zwykłej codziennej paplaninie. Opowiadamy o tym jak żyliśmy wcześniej. Nie wyciągamy żadnych przykrych wspomnień tylko wszystko to, co przyjemniejsze. Z Tomlinsonem wszystko wydaję się prostsze… sama świadomość, że mam brata, kogoś, kto się przejmuję i o mnie myśli jest bardzo budująca. Jak na razie jest jedyną osobą, przy której czuję się swobodnie i nie pilnuję się tak jak przy innych. Nie podskakuję, gdy powie coś głośniej, albo jak przeklina, gdy coś mu się wyślizgnie z rąk. Tylko, gdy stoję do niego plecami, a on dotknie mojego ramienia albo pleców nadal się wzdrygam.

Później Tommo wrzuca naczynia do zlewu, a ja wyciągam kubki na kawę i wstawiam wodę. Sypię właśnie cukier do swojego ulubionego napoju, kiedy słyszę znajome dźwięki: Hold back the River. Na chwilę mnie paraliżuje.
- Hej Niall.- wypowiedziane przez Louisa mnie budzi. Pokazuje gestem żeby oddał mi telefon, ale nie słucha. - Tak, tak jest tutaj. Tak na pewno chce z tobą gadać. Jeszcze chwilę i mnie zamorduję wzrokiem, że nie oddałem mu jeszcze komórki… - wreszcie udaję mi się wydostać jakoś smartfona z jego zaciśniętych palców.
- Jestem. - mówię zamiast przywitania


Niall:

- Jestem - mam ochotę zapiszczeć, gdy zamiast wesołego świergotu Tomlinsona słyszę cichy i pełen napięcia głos Zayna.- Niall?
- Tak wszystko w porządku… na sekundę się zawiesiłem sorki. - odpowiadam nerwowo ciągnąc za końcówki włosów i dreptając po gabinecie Harry’ego, a ten obserwuję mnie uważnie notując coś sobie w swoim wielkim czarnym kajeciku. Nie do wiary, że ten gówniarz jest moim psychoterapeutą.
- Coś się stało? - brzmi na nieco zaniepokojonego.
- Nie. Jest lepiej niż było… to już trzeci tydzień i już mi łatwiej. Przynajmniej fizycznie… nawet przytyłem jakiś kilogram.
- Naprawdę cieszę się, że z tym walczysz Ni… wiem, że ci się uda. - na chwilę milknie, a ja boję się odezwać. - Wiem od Louisa, że to były głównie pochodne heroiny i czasem ekstazy wymieszane z alkoholem. Na pewno teraz jest ci ciężko i twój nastrój jest bardzo podły wręcz depresyjny.
- Miałem atak paniki wczoraj…
- Co? Ale przecież nie zdarzały ci się już od kilku lat.
- Tak wiem… ten był naprawdę silny. Odleciałem i Styles umieścił mnie na kilka godzin w części szpitalnej ośrodka. Pod kroplówką i zrobili mi podstawowe badania.
- Coś jest nie tak?
- Nie. Słabsze wyniki krwi i parametry nerkowe oraz wątrobowe, ale to nic, czego nie można było się spodziewać.
- Chciałbym przyjechać… - moje serce przyspiesza.- Ale wiem, że na razie nie dam rady Niall. Wciąż jedyną osobą, której się nie boję jest Tommo i nawet Liam musiał stać, co najmniej dwa metry ode mnie żebym nie trząsł się jak galareta…
- To wszystko przeze mnie… powinieneś zapomnieć i żyć swoim życiem Zayn..
- Nie potrafiłbym idioto. - słyszę po głosie, że się zirytował. - Więcej w tym winy prochów i tej twojej bezsensownej zazdrości. Kiedy poczuję się pewniej to wpadnę, ale mam jeszcze dużo do przepracowania. O ile wcześniej nie uduszę mojej terapeutki, ale to twarda sztuka i chyba nie pójdzie mi zbyt łatwo.
- Aż tak źle? - pytam szeptem i zastanawiam się, na kogo on kurwa trafił?
- Nie… może źle powiedziałem. Wiem, że muszę to z siebie wszystko wyrzucić i zostawić trochę tego emocjonalnego bagażu za sobą. Ona zmusza mnie do przepracowania i nazwania każdej jednej emocji i to wyczerpujące. Czasami mam ochotę wyjść, albo wyrzucić jej ładne kwiatki rzez okno. Słychać mnie prawdopodobnie w całym budynku, a kiedy stamtąd wychodzę to czuje się jakbym przebiegł pieprzony maraton.
- Pomaga, chociaż?
- W ślimaczym tempie idę do przodu, więc chyba pomaga.
- Cieszę się Zi… Styles mówi, że czas kończyć. - nie mam pojęcia jak wytrzymam kolejny tydzień bez jakiejkolwiek wiadomości od niego.
- Och już? Musisz pamiętać, że chce żeby ci się udało. Zadzwonię za tydzień…
- Będę czekać… - już mam oddawać telefon Harry’emu
- A i Niall? Jesteś?
- Uhm
- Tęsknie za tobą… - nie mam szans odpowiedzieć mu tym samym, bo słychać już sygnał zakończonego połączenia.

Wiem, że to ostatnie zdanie będzie mnie trzymać przy życiu do następnego tygodnia.

niedziela, 13 sierpnia 2017

I save light in my heart for us-ZIALL cz.4

To opowiadanie jest najtrudniejsze z wszystkich jakie pisałam, a ograniczona ilość czasu sprawia, że rozdziały są tak rzadko :(



***


Zayn:

Bezczynność doprowadza mnie do szału. Kompletnie nic nie mogę zrobić, bo nadal jestem w szpitalu, zamknięty w białej, pojedynczej sali i oprócz Louisa widuję jedynie personel szpitala. Z jednej strony to dobrze, bo już wyobrażam sobie minę Liama, gdybym odskoczył jak oparzony od jego dotyku. Jak nic domyśliłby się, co się stało i potem zaplanował i zrealizował pobicie Nialla. Jednak teraz, gdy Tommo pojechał do tego ośrodka odwykowego, w którym jest mój chłopak, to przydałoby mi się towarzystwo, by móc na chwilę oderwać się od swoich ponurych myśli.

Wiem jak ciężkie jest uzależnienie i jak bardzo niszczące dla osoby, która sięga po narkotyk. Mogłem się tylko domyślać, co pchnęło blondyna do sięgnięcia po używki. Od zawsze Niall chciał być lekarzem i mówił o tym z taką fascynacją i radością, gdyż lubił to uczucie, gdy zdołał komuś pomóc. Nawet jeśli chodziło o założenie prostego opatrunku, czy kilku szwów. A gdy dostał się na ten staż to o mało nie zaczął fruwać. Skakał po całym mieszkaniu i się śmiał. Przepełniała go czysta, niczym niezmącona radość, która aż udzielała się innym osobom w jego otoczeniu. Później stopniowo zaczęło to przygasać...

- Jak ja się mogłem wcześniej nie zorientować, że chodzi o coś więcej. - Mamrotam cicho do siebie, bo przed oczami widzę Horana z kilku ostatnich dni. Zmęczony, wręcz załamany chłopak, z sińcami pod oczami i martwym spojrzeniem. Nie mogę sobie przypomnieć, kiedy powiedziałem mu, że go kocham? Dawno... prawdopodobnie wtedy, gdy był chory i został kilka dni w domu. Później coraz bardziej uciekał ode mnie i zamykał się w swoim świecie, a ja odreagowywałem malując.

Może gdybym próbował bardziej do niego dotrzeć, albo wprost zapytał, co się dzieje, to nie doszłoby do tego wszystkiego? Niestety teraz już się tego nie dowiem, a takie gdybanie i rozpamiętywanie nie ma najmniejszego sensu, bo to nigdy nie przynosi nic oprócz żalu do samego siebie, a kolejnego dołującego uczucia nie potrzeba mi do kupletu. Teraz, gdy z nas obu zostały praktycznie same wraki dawnych osób. Związek jakby utknął w zawieszeniu, bo nie mam pojęcia czy kiedykolwiek będę w stanie jeszcze zaufać mu na tyle, by z nim być, nie czując podświadomie lęku, albo nie przywoływując w pamięci tego, co się stało. Płaczu, krwi i bólu. Wiem, że nawet jeśli ja dam radę, to czy on ponownie będzie mógł patrzeć na mnie bez kłującego go poczucia winy? Czy my mamy jeszcze w ogóle jakąkolwiek szanse na wspólną przyszłość?
- Cześć Zayn. - Świergocze Eleanor, pielęgniarka, która ma chrapkę na mojego starszego brata.
Jak to dziwnie brzmi: Mój brat... To chyba jedyne, co dobrego zawdzięczam matce - to, że zdradziła męża z ojcem Louisa i teraz nie zostałem całkiem sam. 

Na początku mu nie wierzyłem, ale pokazał mi dokumenty, z których jasno i wyraźnie wynika, że jestem synem Marka Tomlinsona, ale on zrzeka się całkowicie praw rodzicielskich. Później tylko leżałem i wpatrywałem się w ścianę, próbując to sobie jakoś poukładać w głowie, a Tommo siedział na tym cholernym, zielonym fotelu i opowiadał o tym jak on się dowiedział. Nikt przy zdrowych zmysłach nie uznałby nas za braci, bo ja mam brązowe oczy on niebieskie, a moja ciemniejsza karnacja jedynie podkreśla każdą różnicę. Jednak krew mówi sama za siebie... mamy tego samego ojca, który jest dupkiem i sukinsynem... 

Kręcę głową i wracam do teraźniejszości. Patrzę na uśmiechniętą brunetkę i staram się odwzajemnić jej gest.
-Hej... Co tym razem masz dla mnie? - Wskazuję głową na tabletki i kubek z wodą, które trzyma w rękach.
- Stały zestaw... antydepresanty, antybiotyk i trochę witamin. - A tak, zapomniałem, że po mojej efektownej próbie samobójczej jestem wspomagany farmakologicznie, by znowu nie targnąć się na swoje życie. Chcieli mnie nawet przymusowo zamknąć, ale Louis podpisał kilka papierków i zapisał mnie na terapię do jakiejś niezwiązanej z tym szpitalem psycholog.
- Okay, dawaj. - Mruczę pod nosem z bardzo niezadowoloną miną, a ona tylko chichocze cicho na moje dąsy. Potem sprawdza jeszcze temperaturę ciała i mierzy ciśnienie. Uzupełnia kartę i przysiada na chwilę w Louisowym fotelu.
- To nic pewnego, ale chyba w środę powinni wypuścić Cię do domu. Jesteś stabilny i nie masz żadnych niepokojących objawów typowych dla chwilowego niedotlenienia mózgu.
- Chyba się cieszę, bo zaczynam mieć dosyć patrzenia na tą ścianę, jakkolwiek nie jest ona fascynująca i niezwykła, to po ośmiu dniach znam każdą jej rysę...
- Wrócisz do siebie?
- Kpisz? - prycham - Louis już przeniósł trochę moich podstawowych rzeczy do siebie i tylko mnie poinformował, że na razie mieszkam z nim. Czuję się jakbym w wieku dwudziestu czterech lat właśnie doczekał się troskliwej, nadopiekuńczej mamusi...




Louis:

Parkuję pod kliniką, w której jest Niall i przez minutę nie wychodzę z samochodu, zastanawiając się czy faktycznie dobrze zrobiłem przyjeżdżając tutaj? Jak on na mnie zareaguję i co mam mu powiedzieć, kiedy będzie pytał o Zayna? Z jednej strony nie chcę go okłamać, ale z drugiej, co jeśli go bardziej zdołuję prawdą?
Słyszę dźwięk wiadomości i po przeczytaniu uśmiech automatycznie wypływa na moją twarz..
Od Zayn: El była zawiedziona, że Cię nie zastała... Umów się z nią, bo inaczej sam dam jej twój numer.
Faktycznie dziewczyna jest urocza i wyraźnie mną zainteresowana, ale teraz większość uwagi muszę poświęcić bratu. Może kiedyś jak już wszystko poukładamy w naszym życiu to spróbuję...
Wychodzę w końcu z auta i kieruję się w stronę kliniki. Zaraz po wejściu wita mnie uśmiech starszej recepcjonistki, a im dalej się kieruję, tym mija mnie coraz więcej personelu. Wyłapuję kilka znajomych twarzy, a wśród nich Stylesa, który cieszy się jak dziecko, kiedy tylko mnie dostrzega.

- Tommo! Cześć! Spotkanie z Niallem mamy za mniej więcej pół godzinki, ale jak chcesz to możemy usiąść już teraz?
- Jasne... tylko najpierw chciałbym dowiedzieć się od ciebie jak sobie radzi?
- Louis... niestety, ale nie mogę udzielić Ci zbyt szczegółowych odpowiedzi. Nie ty jesteś wpisany jako osoba upoważniona, tylko Zayn.
- Wiem, ale on na razie sam jest w szpitalu. - Mówię cicho, kiedy przekraczamy próg gabinetu młodszego i od razu kieruję się do szafki, na której ma ekspres do kawy. Krzywię się delikatnie, bo przez to wszystko coraz częściej piję to paskudztwo zamiast mojej ulubionej herbaty.
- Myślisz, że kiedyś da radę odwiedzić Horana? - Pyta Harry niepewnie. - Wiem, że musi mu być ciężko, bo Niall powiedział mi wszystko, a przynajmniej większość... Jednak wydaję mi się, że to wiele by pomogło, bo Zayn jest dla tego chłopaka swojego rodzaju kotwicą. Kimś, kto trzyma go po tej stronie i nie pozwala mu się poddać. Niall trzyma się nadziei, że jeszcze kiedyś będzie mógł z nim porozmawiać, czy go przeprosić. Nie mówi tego, wprost, ale bez twojego brata nie wyobraża sobie dalszego życia. - Już otwieram usta, żeby coś wtrącić, ale Styles nawija jak katarynka nie dając mi takiej możliwości. - Zdaję sobie sprawę, że Malik już do niego nie wróci, ale Horan chciałby nadal być obecny w jego życiu.
- Nie jestem tego taki pewny...

- Czego? - Pyta zdławionym głosem Niall gdzieś za naszymi plecami.
- Kurwa - Sapię i patrzę groźnie na Harry'ego, bo na to kompletnie się nie pisałem. Nie wiem czy taka informacja zmotywuję Horana czy bardziej go zdołuję.
- Tego, że Zayn nie będzie cię chciał w swoim życiu... sam mnie tu wysłał, bo nadal jest uziemiony w szpitalu.
- Obudził się? - Szepcze blondyn z niedowierzaniem, a kilka łez wydostaję się z jego oczu.
- Tak. Kila dni temu. Przepraszam, że nie dałem Ci znać, ale nie zadzwoniłeś i...
- Zgubiłem numer w tym cały zamieszaniu. - Przyznaje Irlandczyk patrząc się na swoje palce. Wygląda jak smutne, skarcone dziecko.
- Styles, ty idioto! - Kręcę głową na niedomyślność pana psychologa.
- Co? - Pyta lokowany ze zdziwieniem.
- Nie mam pojęcia, jakim cudem my jesteśmy przyjaciółmi... wiesz, że masz mój numer i dzwonię do ciebie co najmniej raz dziennie, żeby zapytać jak się ma Horan, a ty nie domyśliłeś się, że może on też chciałby się jakoś skontaktować ze mną?
- Uhm...
- Louis. Stop - Mówi cicho blondyn. - Najpierw powiedz mi, co z Zaynem, a potem możesz wrócić do obrażania mojego terapeuty.



Niall:

Dzień odwiedzin jest zupełnie inny w ośrodku, bo czuć nerwową atmosferę oczekiwana, szczęście i tęsknotę za bliskimi. Ciężko mi patrzeć na uśmiechnięte twarze, bo dla nich na te kilka godzin zmartwienia i walka z uzależnieniem schodzi na dalszy plan. Jednak ja, jako jeden z nielicznych, siedzę sam i coraz bardziej zapadam się w swoich myślach, bo oprócz terapii indywidualnej ze Stylesem nie czeka mnie dzisiaj nic więcej. Równie dobrze mogę przespacerować się pod jego drzwi już wcześniej, to przynajmniej uniknę tych wszystkich odwiedzających i nie załamię się po raz kolejny patrząc na witające się rodziny czy pary. Zostałem sam ze swoim demonem, który wrósł się we mnie tak mocno, że ciężko nas rozróżnić. Sam do końca nie wiem już, które części są naprawdę moje, a co spowodowane jest narkotykami i ich wyraźnie odczuwalnym brakiem. 

Idę schodami na pierwsze piętro, gdzie znajdują się gabinety i siadam pod tymi z niewielką, metalową tabliczką: Harry Styles. Dziwne, bo zazwyczaj przede mną nie miał z nikim zajęć, a teraz słyszę wyraźnie dwa głosy. Kiedy w końcu dostaję olśnienia i rozpoznaję głos, jako należący do Tomlinsona, bez zastanowienia, niczym jak na autopilocie rzucam się do drzwi i wślizguję się do środka prawie bezszelestnie.

 Wyłapuję imię mojego partnera, a potem uderzają we mnie wyraźnie słowa Louisa:
- Nie jestem tego taki pewny...
- Czego? - Pytam, zanim mogę się powstrzymać.
- Tego, że Zayn nie będzie Cię chciał w swoim życiu... - Reszta wypowiedzi zagłuszona jest przez szum w uszach. Mam wrażenie, że zaraz zemdleję. Czy to znaczy, że on...
- Obudził się?
- Tak... kilka dni temu. - To najważniejsze. Później Louis pyta jeszcze, czemu nie zadzwoniłem, więc niechętnie przyznaję, że gdzieś zapodziałem tą cholerną karteczkę z numerem. Tomlinson wykłóca się o to z Harrym, ale ja nadal jestem zbyt odurzony informacją o Zaynie, żeby zwracać na nich większą uwagę.

Czy mnie nienawidzi i nie może znieść myśli o mnie? Jak bardzo załamany jest i czy kiedykolwiek jeszcze będę mógł się z nim zobaczyć, żeby chociaż go przeprosić? Tak bardzo brakuje mi wszystkiego, co jest z nim związane: poplamionych farbami koszulek, zapachu mielonej kawy i kłębków dymu papierosowego, cichego, spokojnego głosu, podśpiewywana czy śmiechu. Uświadamiam sobie, że przez ostatnie miesiące nie zwracałem uwagi jak wiele mam i jak bardzo sama jego obecność wpływa na moje życie.

Dlaczego, do kurwy nędzy, uciekałem przed nim w narkotyki?! Nie mogę pojąć, od czego to się zaczęło? Nic ani nikt inny nie zapewni mi takiego spokoju, komfortu czy poczucia bezpieczeństwa jak on. Wiem to. Teraz już do końca życia, jakkolwiek długie by ono nie było, będę męczył się ze świadomością, że mając wszystko zniszczyłem to, a nawet więcej, bo brak Zayna w mojej egzystencji oznacza powolną autodestrukcję. Bez niego mogę żyć pracą i tylko tym, a który szpital zatrudni lekarza narkomana? Tak wiem, że jest kilku takich i po terapii jakoś sobie radzą, ale bliski kontakt z niektórymi lekami to zawsze będzie kuszenie losu. Oni może są na tyle silni... pewnie mają rodziny czy przyjaciół, albo może nawet psa czy kota, dla których chcą żyć. 

Całe moje życie byłem niewystarczająco dobry dla moich bliskich i tylko Zayn dostrzegł we mnie coś wartego uwagi. Wcześniej snobistyczna rodzinka na każdym kroku wytykała mi moje wady i potknięcia. Czułem się przy nich jak nic nie warty śmieć. Chociaż miałem najwyższą średnią w klasie, czy wygrywałem olimpiady to jednak ojciec był rozczarowany, bo wolałem brzdąkanie na gitarze od gry w piłkę, a matka cały czas patrzyła na mnie z takim żalem, jakbym odebrał jej całe życie. Może faktycznie tak było? Chciała córkę, a urodziłem się ja, doszło do komplikacji i nie mogła więcej zajść w ciążę. Mimo wszystko zawsze starałem się szukać chociaż najmniejszych pozytywów, bo bez nich wylądowałbym w psychiatryku lub na cmentarzu jeszcze przed maturą.

Codziennie się uśmiechałem i próbowałem rozweselać innych. Tak poznałem Zayna - chłopaka, który nigdy się nie uśmiechał, a ja bardzo chciałem to zmienić.



Zayn:

Próbuję skupić się na czymś innym, niż moje rozbiegane, chaotyczne myśli, bo powoli moje ciało zaczyna wypełniać panika. Bazgram w szkicowniku, ale nic sensownego nie powstaje, bo w głowie mam tylko Nialla i wszystkie jego twarze. Roześmiany nastolatek z gitarą przerzuconą przez ramię, jego nieco niepewny, nieśmiały uśmiech, gdy pytał mnie o wspólne zamieszkanie, zasmucony i zraniony wyraz twarzy po pierwszej poważnej kłótni. Tak wiele razem przeszliśmy i wiem, że nie poddam się, chociaż na razie myśl o spotkaniu z nim twarzą w twarz powoduje u mnie paraliż i momentalnie przypominam sobie kilka najgorszych tygodni. Teraz wiem, że jego zachowanie spowodowane było wyniszczeniem psychicznym i działaniem narkotyków.
Wiem, że to nie moja wina. To nie ja pchnąłem go w tym kierunku i nie wolno czuć mi się za to odpowiedzialnym, bo zrujnuje w ten sposób resztkę swojego poczucia wartości i zdrowia psychicznego. 
 Teraz osiągnąłem pewien stabilny poziom, gdzie nie wzdragam się już na dotyk Louisa i El. Jednak reszta personelu medycznego nadal powoduję u mnie ciarki i natychmiastowy przypływ negatywnych emocji. Skąd mogę wiedzieć, którzy z nich skrzywdzili mojego partnera? Na wszystkich patrzę dosyć nieufnie i zachowuję dystans. Chociaż Louis spędził sporo czasu na grożeniu dyrekcji kolejnym pozwem, jeśli któreś z tych stażystów uniknie konsekwencji... jednak to nie znaczy, że reszta jest niewinna. Widzieli i wiedzieli, co się dzieje, ale nikt nic nie zrobił. Odwracali głowy i zajmowali się swoimi sprawami, a to czyni ich współodpowiedzialnymi za to, co się stało.

Brakuje mi go na każdym kroku... tego dawnego Nialla, chłopaka z najpiękniejszym uśmiechem na świecie. Pomimo trudnego dzieciństwa i braku jakichkolwiek uczuć ze strony wymagających rodziców był takim pozytywnym człowiekiem. Podziwiałem jego siłę, bo sam nie umiałem dostrzegać tyle radości w każdym dniu. Tęsknie za tym głośnym, nieokiełznanym śmiechem, za wspólnymi wieczorami i delikatnym dotykiem. Staram się sobie przypomnieć zapach jego skóry i to sprawia, że prawie mogę poczuć ciepłe ramiona wokół mnie. To tylko złudzenie, ale wystarcza by obudzić we mnie determinację: wyjdę z tego kolejny raz i nie zrezygnuję z niego. 

Spoglądam na szkic i dostrzegam, że narysowałem Nialla ze zmierzwionymi włosami, szerokim uśmiechem i tym charakterystycznym błyskiem w oczach. Moim największym marzeniem jest, by zobaczyć jeszcze kiedyś tak szczęśliwego chłopaka, a nie tą pustą powłokę, która z niego została.
Niecierpliwie czekam na jakiekolwiek wieści od Louisa. Podskakuję na dźwięk telefonu.

- Tak, Lou?
- Jestem nadal w ośrodku i Niall siedzi obok mnie... wiem, że to nagle, ale może chciałbyś zamienić z nim kilka słów - Zawieszam się na chwilę, bo to dosyć nieoczekiwane. Dam radę nie rozkleić się po usłyszeniu jego głosu? Zerkam na rysunek i zaciskam mocniej palce na komórce. – Jeśli nie, to będzie okay Zaynie, ale pomyślałem, że to może by wam obu dobrze zrobiło? Chyba jednak nie... przepraszam.
- Nie! Czekaj - Wołam, zanim zdąży się rozłączyć. - Daj go. - Głos lekko mi się trzęsie, ale nie poddam się. Słyszę kilka szmerów i nerwowy oddech i już wiem, że to Niall.
- Zayn? - Zamykam oczy i wyobrażam go sobie, jak siedzi z telefonem Louisa przyciśniętym do ucha. - Jestem beznadziejny... tak bardzo zjebałem wszystko.
- Horan zjebałeś, ale... nie jesteś beznadziejny. Nie dla mnie. - Urywam, by zaczerpnąć powietrza i zebrać się na odwagę. - Musisz dać radę się od tego uwolnić.
-Przepraszam... wiem, że twoja matka i... teraz ja to wszystko odgrzebałem. Wykopałem stare lęki i to pewnie za dużo... Zayn, ja nawet nie wiem jak to wszystko mogło zajść tak daleko. Chociaż po tym wszystkim pewnie ciężko będzie ci uwierzyć... to ja cię kocham
- Wiem. Jesteś silniejszy niż jakieś prochy, lepszy niż ci się wydaje Niall. - Odpowiadam, a łzy wypływają z moich oczu. - Do usłyszenia. - Szepczę i się rozłączam, a potem obejmuję kolana rękami i nerwowo kiwam się w przód i w tył. Przestaję się kontrolować i zanoszę się płaczem.
- Też cię kocham. - Łkam, żałując, że nie miałem odwagi mu tego powiedzieć. To tylko trzy słowa, które kiedyś wypowiadałem codziennie. Słowa, które są dla mnie najważniejszą życiową prawdą. Nikt nigdy mnie nie kochał tak jak on, i ja nie czułem czegoś takiego do kogokolwiek innego.

sobota, 5 sierpnia 2017

Gorszy dzień-STETER cz. 2

***
 
Hale przez chwilę przetwarza słowa nastolatka w swojej głowie, a kiedy dociera do niego, że młodszy miał na myśli jego uszkodzone przedramię, uśmiecha się jeszcze szerzej. Uświadamia sobie, że minęło sporo czasu odkąd ktoś faktycznie przejmował się jego samopoczuciem. Zdecydowanie więcej było takich osób, które chciały zadać mu trochę bólu niż go oszczędzić. Starszy ostrożnie przekłada rękę przez talię Stilinskiego i widzi, ze bandaż nieznacznie przesiąkł krwią i wie, że jest dosyć osłabiony i powinien zaczaić się jakiś czas w bezpiecznym miejscu do czasu, aż wataha Ducaliona przeniesie się dalej. Mają prawdopodobnie trochę czasu, aż zregenerują siły po tym, co dzisiaj zrobił… Rozmawiał z bliźniakami i podsycił w nich trochę niechęci do ich przywódcy, a wysadzenie tego alfy z rosyjskim imieniem, było bardzo dobrym ruchem strategicznym, bo na chwilę ich to osłabiło. Da to czas Derekowi na przygotowanie jakiegoś planu. Ma tylko nadzieję, że jego siostrzeniec nie jest na tyle głupi, żeby zdecydować się na otwartą walkę. Proponowałby raczej coś w stylu atakuj i spierdalaj. Wykończyłby ich pojedynczo, jeden po drugim.
Teraz jednak istotniejszą kwestią dla niego jest wyleczenie ran. Wie już, dlaczego wilk zmusił go do przyjścia tutaj. Zapach konwalii oznacza dla niego dom i bezpieczeństwo, a Peter nie mógł się w tej kwestii kłócić ze swoim drugim ja.
Dlatego przymyka oczy i chowa nos we włosach osiemnastolatka. Wie, że gdyby ktoś ich tak zobaczył byłoby to dosyć jednoznacznie i nie daliby im nawet powiedzieć słowa wyjaśniania. Oczywiście to Stiles oberwałby rykoszetem, bo Scott byłby tak rozczarowany przyjacielem i Peter może nawet sobie wyobrazić te szczenięce oczęta pełne obrzydzenia czy zawodu. Powinien zostawić chłopaka tak szybko jak jego rany się zagoją, a obraz przed oczami przestanie mu się rozmazywać. Prawdopodobnie jego zapach i tak zostanie na młodszym, ale to można by wytłumaczyć opatrywaniem jego ran. Derek prawdopodobnie będzie chciał się dowiedzieć, dlaczego jak na autopilocie pognał do Stilinskiego zamiast do niego jakby nie patrzeć swojego alfy, u którego bety powinny szukać ochrony w razie zagrożenia.
Jednak, gdy poczuł znajomy zapach w okolicach kloniki weterynaryjnej Deatona nie mógł zrobić nic innego jak iść za instynktem. Pomimo nadal unoszącego się w powietrzu cierpkiego posmaku żalu bólu poczucia winy tęsknoty zmęczenia samotności przytłoczenia i zniechęcenia wilkołak mógł stwierdzić, że stan Stilesa uległ poprawie odkąd mógł zająć czymś myśli i ręce… może to było warte rozwalonej ręki i sporego ubytku krwi.
Myśli, że mógłby zabić każdego, kto zraniłby w jakikolwiek tego chłopaka… przeraża go to, że Stiles jest tak kruchy. Jak każdy człowiek ma swoje ograniczenia, szybciej dopada go zmęczenie czy łatwiej u niego o zranienie czy nawet poważne złamanie, które nie zagoi się po kilku godzinach tak jak w przypadku wilkołaków. Chociażby pilnował go dwadzieścia cztery godziny na dobę to i tak nie upilnowałby wszystkiego, bo oprócz urazów i ran zostają jeszcze choroby, których ludzie mają pod dostatkiem. Nawet bardzo błaha z pozoru grypa, jeśli nie jest odpowiednio leczona może skończyć się nawet powikłaniami albo śmiercią. Najlepszą opcją byłoby przemienienie go, ale ten uparciuch odmówił mu, gdy był alfą, a już wtedy Hale był nim w znacznym stopniu zafascynowany.
Inteligencja i szybkość ripost, jakimi sypał na zaczepki innych wywołuję u wilkołaka pewien podziw, bo przyzwyczaił się do tego, że prędzej czy później każdy ma dosyć jego specyficznego poczucia humoru. Jednak ten pyskaty gówniarz potrafi dotrzymać mu kroku, a czasem nawet przegadać. W takich momentach Peter nie wie czy ma się czuć zażenowany, że pokonał go ktoś tak młody czy szczęśliwy, że jednak istnieję istota godna jego rozmowy.


***
Peter zasypia wykończony bólem i ubytkiem krwi oraz całym tym strachem, który towarzyszy mu nadal tylko jest odrobinę przytłumiony. Jednak jego wilk nadal czuwa, świadomy zagrożenia czyhającego na nich gdzieś w Beacon Hills.

Podczas snu też nie zaznaję odpoczynku, umysł wypełnia się obrazami jego roześmianej rodziny sprzed pożaru:

Jego piękna, delikatna żona… tak naprawdę nigdy nie czuł do niej nic poza przyjaźnią i ona doskonale o tym wiedziała jednak, gdy mijały kolejne lata a oni nadal pozostawali samotni bądź kończyli kolejne związki. Zdecydowali się spróbować ze sobą oszczędzając w ten sposób sobie kolejnych dawek bólu i rozczarowania. Dzieci były kolejnym naturalnym krokiem, bo oboje chcieli ich równie mocno. W ten sposób w wieku dwudziestu sześciu lat miał już dwoję dzieci. Talia nigdy nie akceptowała do końca Lilly, bo ta nie pochodziła z rodziny wilkołaków tylko była samotną omegą przemienioną przez oszalałą podczas pełni alfę. Nie ufała jej, ale za to postanowiła dogadać się z Argentami i każdy widział w tym plusy. Nawet on był świadomy, że zawarcie paktu byłoby korzystne dla wszystkich. Strach o życie dzieci towarzyszył mu każdego dnia. Nie był jedna tak ufny jak siostra i próbował ją ostrzec przed Gerardem i uświadomić, że starsza o cztery lata łowczyni sypia z szesnastoletnim wtedy Derekiem. Niestety Talia nie słuchała jak zwykle zresztą, a na konsekwencję lekceważenia starego Argenta nie trzeba było czekać. Stracili wszystko, a on chciał umrzeć razem ze swoimi dziećmi, ale nawet tego mu odmówiono.

Przez cztery lata tkwił w śpiączce, w pełni świadomy tego, co dookoła się dzieję, ale nie zdolny do wykonania choćby najmniejszego gestu. Jednak, gdy zaczął się piąty rok tej wegetacji do miasta wróciła Laura, a jego wilk przebudził się czując alfę. On nadal był zamroczony i nie kontrolował swojego ciała, a bestia uśpiona przez tyle lat domagała się krwi za śmierć stada. Instynkt całkowicie przejął nad nim kontrolę. Był obecny, ale obserwował wszystko z drugiego planu. Jego pazury i żeby zabiły jedną z ostatnich osób, jakie pozostały z rodziny Hale, a on mógł tylko patrzeć i krzyczeć w swojej własnej głowie.

Dopiero po powrocie do szpitala i pierwszym od wielu lat prawdziwym śnie, gdzie cały jego umysł spowiła całkowita ciemność i cisza, obudził się w pełni panując nad własnym ciałem. Jednak to było przekleństwo, bo cały czas widział krew siostrzenicy na rękach. Poczucie winy i obrzydzenie do samego siebie powoli go wykańczało. Nie wiedział, co miał ze sobą zrobić, a kolejna pełnia zaskoczyła go jak niedoświadczonego gówniarza. Znowu utrata kontroli i zanim się zorientował już gnał na czterech nogach po lesie, pech chciał, że natknął się na McCalla. Alfa jest niczym bez stada, a on zdecydowanie potrzebował takiego, bo skoro nie umarł to postanowił wytropić i zabić każdego, kto był zamieszany w podpalenie jego domu.
Zrealizował plan niemal w stu procentach nie przewidział tylko, że po drodze zabiję go Derek, ale rozumiał to. Śmierć Laury zdruzgotała tego chłopaka do reszty. On nadal był szesnastolatkiem zamkniętym w ciele dorosłego faceta. Szesnastolatkiem, który przez romans z łowczynią przyczynił się do śmierci całej rodziny. Kate została pogrzebana, więc Peter miał nadzieję, że Derek poradzi sobie z przeszłością i założy stado w miejsce utraconej rodziny i ruszy do przodu, a może nawet kiedyś wybaczy sobie i jemu wszystkie błędy.

To życzenie nadal się nie spełniło… może gdyby on pozostał martwy. Jednak nie mógł tak po prostu odejść, kiedy w końcu spotkał kogoś, kto przyciągał go niczym ogień ćmę.
Wrócił z drobną pomocą panny Martin i pozostawał ciągle gdzieś w pobliżu. Pomimo tego, że czuł niechęć z każdej strony, a nawet wstręt i nienawiść bijącą od siostrzeńca. Skończył, jako osłabiona beta, której nie ufa jej własny alfa i to nie była zbyt optymistyczna prognoza dal niego. Derek miał dużo z matki, bo kurwa nie potrafił słuchać dobrych rad. To już nawet ten pieprzony Scott z kompleksem błędnego rycerza czasami dostrzegał logikę i sens w tym, co inni mu sugerowali. Inni czytaj najczęściej Stiles.

Właśnie przez upór siostrzeńca skończył w ten sposób: z poharataną ręką i bardzo osłabiony. Znowu.


***
Hale budzi się przez delikatny nacisk na zranioną rękę. Otwiera oczy i widzi Stilesa, który ze skupieniem przemywa mu czymś wciąż niezagojone rany. Kurwa.
- Co jest?- Rzęzi gorzej niż stuletni staruszek.
- Gorączkowałeś. Mocno… i ja spanikowałem trochę?- Mówi zawstydzony nastolatek
- Hm?
- Zadzwoniłem po Dereka… Przyniósł ze sobą to śmierdzące paskudztwo, zaparzył i gotował w naszej kuchni przez godzinę i jestem całkowicie pewien, że mój ojciec padnie jak tylko przekroczy próg domu. Śmierdzi tam jakbym rozbił tuzin zgniłych jajek!
- Stiles.- Wzdycha, bo nie jest na tyle przytomny by nadążyć za tym słowotokiem.- Gdzie mój uroczy siostrzeniec?
- Tutaj.- Słyszy gdzieś z kąta pokoju i po odwróceniu głowy dostrzega alfę przysypiającą na fotelu.- Dlaczego do cholery jesteś tutaj?
- Było bliżej niż do twojej przytulnej nory?- Derek po prostu na niego warczy. I to nie jest nic nowego. Naprawdę.- Uciekałem. Byłem poraniony, a w moim organizmie wciąż krążyło trochę tojadu. W okolicy kliniki Deatona złapałem znajomy zapach. Koniec historii.- Wzrusza ramionami i to zdecydowanie jest błąd, bo ból rozlewa się po jego przedramieniu. Krzywi się i syczy. Alfa nawet nie rusza się z miejsca by sprawdzić, co się dzieję i wilk w starszym skwoczy żałośnie. Stilinski marszczy brwi patrząc uważnie pomiędzy nimi i nagle wygląda jakby doskonale wiedział, o co chodzi. Prawdopodobnie naprawdę tak jest, bo cóż to cholernie bystry gówniarz. Chociaż w tej chwili nie konieczne ta inteligencja jest na rękę Peterowi, bo czuję się jak żałosny staruszek.
- Deucalion?- Pyta sucho Hale
- Nie… Ivan, ale on już nie jest zmartwieniem.- Krzywy uśmieszek pojawia się na twarzy starszego, a Derek z opóźnieniem łapię, o co mu chodzi. Kiwa głową, aby wuj mówił dalej.- Ethan i Aidien to dzieciaki i nie są zbyt związani jeszcze ze stadem. Najnowszy nabytek są specyficzni i tak naprawdę nie ufają nikomu poza sobą nawzajem. Pogadałem trochę z nimi przedstawiając kilka brutalniejszych faktów z przeszłości ich przywódcy. Nie będą już tak lojalni.
- Dobrze.- Derek odpływa myślami gdzieś daleko.- Jednak nadal są za silni…
- Nie walcz z żadnym otwarcie. Nie masz szans z Kali, a ona ma pewną urazę do ciebie. Urządzi sobie polowanie.
- Niby dlaczego mam Ci ufać? Kto wie może nawet się z nimi dogadałeś…
- Rób co chcesz młody.- Wzdycha zrezygnowany. Młodsza, męska wersja Tali patrzy na niego spod zmrużonych powiek, a potem kiwa głową im obu i jakby nigdy nic wyskakuję przez okno.

Peter bezskutecznie próbuję udawać, że wszystko jest w jak najlepszym porządku: jest zimnym sukinsynem którego kompletnie nic nie rusza. Egoistycznym, manipulacyjnym dupkiem. Z tym, że niekoniecznie mu się to udaję… albo inaczej trafił na osobę znającą wszystkie te sztuczki ukrywana własnych uczuć. Osobę z maską sarkastycznego, gadatliwego i beztroskiego głupka.
- Cóż, jeśli Cię to pocieszy to twój siostrzeniec kolejny raz wylądował w łóżko totalnego potwora… Prawdziwa twarz tej jego panny przypomina Frankensteina, albo rozkładające się zwłoki.- Hale patrzy na niego w czystym szoku, a chwilę później śmieję się na głos i nawet, jeśli jest to nieco histeryczny, szaleńczy chichot to nikt nie powinien się dziwić, bo jego ręka nadal boli i czuję jakby mięśnie i kości powoli roztapiały się zmieniając w bezwładną galaretowatą masę. Wilk w nim czuję się całkowicie opuszczony przez stado, a to najprostsza definicja omegi.
- Tak? To było do przewidzenia, bo Derek nigdy nie miał gustu do kobiet…
- To Darach.- Dodaje młodszy i Peter kolejny raz kręci głową z niedowierzaniem.- Była emisariuszką Kali, ale kiedy połączyli stada Deucalion kazał im zabić wszystkich doradców.
- Sukinsyn- wyrwało się wilkołakowi- Miałem wielu przyjaciół wśród nich… dawniej.- Dodaję dla wyjaśnienia.
- W pewien sposób można by to wykorzystać… Jak myślisz?
- Mamy wspólnego wroga… to może pomóc. Pytanie tylko czy urażona duma alfy pozwoli nam na takie zagranie.
- A czy musi o wszystkim wiedzieć?
- Zapominasz, że ona wybrała jego… Darach chce mocy, zemsty i władzy… ale kobieta która nadal w nim żyję chce Dereka.- Sapnął, bo ponownie zaczęło mu kręcić się w głowie. Zamknął oczy i próbował jakoś pozostać przytomnym.
- Pij.- Słyszy gdzieś blisko i czuję intensywny zapach szałwii gdzieś w pobliżu swojego nosa.- Oczyszcza i jest antyseptyczna, a na dodatek twój gburowaty, wiecznie warczący siostrzeniec wcisnął mi pęczek tego zielska od razu po przekroczeniu mojego parapetu. Masz wypić tego dwa litry na dobę.
- Nie… Jezu!
- Dobry Peter, grzeczny Peter… Pij!- Absolutnie nienawidził smaku tego cholerstwa, ale wiedział, że nie ma innego wyjścia, jeśli chce w miarę szybko dojść do siebie. Otwiera niechętnie oczy i patrzy na podstawiony pod nos kubek w absurdalnie jaskrawych kolorach. Przejmuję naczynie i upija kilka sporych łyków. Wzdryga się i chce odstawić resztę na szafkę, ale Stiles jest teraz od niego niestety szybszy.
- Do dana, a za półtorej godziny obudzę cię na dolewkę.- Nuci szatyn, a Hale patrzy na niego z wyrzutem, ale naprawdę nie ma na tyle siły, żeby się z nim kłócić. Powstrzymuję się przed zwróceniem wszystkiego i patrząc ze złością na młodszego oddaję mu pusty kubek.
- Jak Derek zareagował na twój telefon?- Pyta, bo dopiero teraz dociera do niego, że skoro wie alfa to pewnie reszta stada też. Stilinski wzrusza ramionami i sięga po wciąż parującą zieloną paćkę i płaski patyczek do jej nakładania i wskazuję na rękę wilkołaka.- Co to?- Hale węszy i ma ochotę zrzygać się od tego odoru.- I dlaczego to tak kurwa śmierdzi?!
- Twój siostrzeniec zasmrodził mi tym czymś cały dom… to jakaś mieszanka gojąca rany zadane przez inne alfy i coś zabijającego bakterię, bo podobno, kiedy jesteście osłabieni to stajecie się bardziej podobni do ludzi.
- Och… tak. Sam powinienem wiedzieć, co to jest, bo ja nauczyłem go tego wszystkiego. Wybacz, nie jestem w najlepszej formie umysłowej ani fizycznej. Chyba nawet nie powinno mnie tu być… nie mam pojęcia, dlaczego Derek po prostu nie zabrał mnie ze sobą.- Tak naprawdę to domyśla się, że alfa po prostu nie chciał się nim zajmować, a i jego stado miało go za zbędny element. Łatwiej było go zostawić tu gdzie jest i liczyć na to, że Stiles się nad nim zlituję.
- To powinno pomóc…- Potrząsa miseczką i uśmiecha nieznacznie do półprzytomnego Petera. Potem przez kilka minut żaden z nich się nie odzywa. Stilinski w ciszy rozsmarowuję zieloną paćkę na otwartych ranach, z których sączy się ropa. Hale warczy, bo to naprawdę boli, kiedy wciąż gorąca maź styka się z jego poszarpaną skórą.- Przepraszam…- Hale widzi, że Stiles stara się to zrobić jak najszybciej i najdelikatniej. W chwili, kiedy połowa przedramienia jest pokryta już lekarstwem zawija je ostrożnie w szeroki bandaż, a na wszystko nasuwa jeszcze ucięty rękaw swojej bluzki. Tak, żeby wszystko było stabilne i nie obluzowało się podczas ruchu.

- Dzięki.- Mruczy już praktycznie zasypiając na siedząco, ale zszokowany wyraz twarzy młodszego szybko go cuci. Rozgląda się na boki w poszukiwaniu zagrożenia, ale kiedy nic nie dostrzega wraca spojrzeniem z powrotem na twarz nastolatka.- Co jest?
- Świat się kończy: Peter Hale mi podziękował!- Woła chłopak przesadnie dramatycznym głosem. Wilkołak naprawdę chcę go teraz ugryźć.
- Och zamknij się.- Warczy, ale nie ma tam wystarczająco dużo jadu by ktokolwiek mógł wierzyć, że jest naprawdę zły. Gdyby ktokolwiek inny z niego kpił najpewniej wydrapałby temu śmiałkowi ślepia bądź naciągną uszy na dupę, ale to Stiles i starszy tylko wzdycha zrezygnowany. Tak… zdecydowanie ma problem. Całkiem ładny ozdobiony dziesiątkami pieprzyków problem.
- Śpij panie wilku, bo muszę zrobić jakiś obiad dla ojca i spróbować czymś zamaskować ten odór w kuchni.- Peterowi nie trzeba tego dwa razy powtarzać. Osunął się ciężko na poduszce i zakopał się głębiej pod ciepłą kołdrą. Całe łóżko pachniało mocno Stilesem i chyba to nie było nic niezwykłego skoro leży właśnie w jego pościeli. Krzywi się nadal będąc narażonym na wdychanie odoru lekarstwa, którym jest wysmarowany. Jest to trochę stłumione przez rękaw osłaniający opatrunek. Na nim też czuć słodką woń konwalii coś bardzo charakterystycznego dla Stilinskiego. Odetchnął kilka razy głębiej nos wtykając w poszewkę, ale nie wyczuł tu zapachów innych osób. Tylko osiemnastolatka. Uśmiechnął się zadowolony, bo nie wie jak zareagowałby jego wilk gdyby wyczuł zapach jeszcze kogoś. Prawdopodobnie szalałby z zazdrości i chęci oznaczenia chłopaka tak by nikt inny nawet nie pomyślał o zbliżeniu się do niego. Peter musiałby jakoś powściągnąć swoje wilcze ja i zmusić do posłuszeństwa, jeśli nie chciał mieć do czynienia z wściekłym szeryfem… zdecydowanie nie potrzebował też przerazić śmiertelnie jedynej osoby, która pomimo wszystkiego rozmawiała z nim jak z człowiekiem.
Naciągnął przykrycie na głowę i zamruczał szczęśliwy, a w zamian za to usłyszał rozbawione parsknięcie i jakieś szelesty.
- Zasłoniłem okno.- To ostatnie, co słyszy zanim przyjemna mgła spowija jego umysł. Czuję się jakby dryfował, albo latał bezwładnie w przestrzeni… taki lekki i całkowicie pozbawiony jakichkolwiek zmartwień.


***
Stiles dłuższą chwilę patrzy na pogrążonego w spokojnym śnie wilkołaka, a raczej na miejsce, w którym leży, bo spod kołdry wyswatają jedynie końcówki włosów starszego. Po załamaniu z poprzedniego dnia nadal czuję nieprzyjemny ucisk i zastanawia się czy tylko obecność rannego i konieczność opieki nad nim trzyma go z dale od pogrążenia się w identycznym odrętwieniu. Na szczęście musi iść naszykować ojcu posiłek, a przy okazji sam też coś przekąsi. Zaczyna od wyszorowania rondelka, ale poddaję się i wynosi go do składziku, bo kto wie czy jeszcze nie będzie sporządzał takiej gojącej mikstury dla wilkołaków? Nie zamierza poświęcać kolejnych swoich naczyń. Dzięki Derekowi i tak właśnie pozbył się jednego.

Potem szoruję zawzięcie stół i wszystkie blaty, oraz kuchenkę, na której są kropki na wpół zaschniętej zielonej brei i och Boże jak to jebie! Krzywi się i stara się oddychać przez usta, ale nie wiele to pomaga. Myśli, że skoro dla niego jest to tak przykry zapach to Peter ze swoim wyczulonym węchem musi przeżywać właśnie katusze.
Wyrzuca śmieci i zabiera się za gotowanie obiadu. Obiera i kroi ziemniaki w równą kostkę, to samo z marchewką i pietruszką, odrobina selera. Wrzuca to do bulgoczącego wrzątku, dosypuję soli i kilka kropel przyprawy. Ostry dźwięk alarmu informuję go, że John powinien być za jakieś pół godzinki w domu. Roztapia odrobinę margaryny w rondelku i wrzuca tam pokrojoną w drobniutką kostkę małą cebulę… czeka kilka minut odpływając myślami daleko od tego, co robi. Skupia się na obrazie matki robiącej dokładnie to samo, co on teraz. Kolejny raz tępy ból rozszerza się po jego klatce piersiowej i myśli, że to musi coś znaczyć. W porę się wybudza by dodać zawartość rondelka do zupy.

Minutę później wysypuję trochę makaronu, a następnie koncentrat pomidorowy i podprawa. To była jedna z ulubionych zup Claudii… dużo warzyw i prosty przepis. Jeszcze jej matki zawsze żartowała, że nie będzie miała, kogo nauczyć gotować i mały ambitny Stiles udowodnił, że się myliła.
Gdy szeryf wraca do domu, Stiles jest obrazem jak najbardziej przykładnego syna, który absolutnie nie ukrywa w swojej sypialni starszego o dwanaście lat, rannego wilkołaka. Dodajmy lekko psychopatycznego i nieobliczalnego uzależnionego od sarkazmu… och i na dodatek martwego od kilku miesięcy Petera Hale’a.

-Jak się dzisiaj czujesz?- Starszy Stilinski jest zmartwiony.
- Lepiej tato… to tylko zatrucie? Tak myślę… nic, czym musimy się przejmować. Gorszy dzień.
- Uhm… na pewno, bo jeśli coś się dzieję to mogę zostać dzisiaj w domu?
- Masz kolejną zmianę?
- Nie… ja…- Milknie i szatyn wpatruję się w ojca wyczekująco.- Co byś powiedział gdyby… dajmy na to w moim życiu był ktoś jeszcze?
- Masz dziewczynę?!- Piszczy Stiles i uśmiecha się tylko trochę jak szaleniec.
- Nie mam dziewczyny Stiles
- Chłopaka?!- Teraz na pewno wygląda jakby uciekł z zakładu dla obłąkanych.
- Na Boga Stiles! Nie mam też chłopaka… to dopiero druga randka i bardzo chciałbym znać twoje zdanie, bo szczerze przez tak długo byliśmy tylko my dwaj…
- Oczywiście, że nie tato… Będę mieć pewność, że ktoś będzie miał na ciebie oko, kiedy wyjadę na studia.
- To jeszcze rok tylko… Kiedy to zleciało?
- Pomiędzy jedną, a dziesiątą uwagą od Harrisa. Wrzaskami trenera i moimi wypadami ze Scottem?- Śmieję się z nieco zdezorientowanej miny staruszka.- Wracając do ciebie tato: kim jest ta szczęśliwa wybranka?
- Uhm… to Abigail.
- Ta Abigail? Pani Green? Zastępca szeryfa, czyli twój zastępca znaczy zastępczyni? Pierwsza Superwomen w Beacon Hills?
- Tak…
- Jestem totalnie: trzy razy tak!
- Nie spodziewałem się tak entuzjastycznej reakcji?- Brwi szeryfa wędrują na czoło, a nastolatek uśmiecha się niewinnie, bo nie zamierza sprzedawać swojej sojuszniczki w walce o zdrowe odżywianie szeryfa.
- Znam ją i lubię… fajnie się z nią gada i nawet nadąża za moim ADHD.
- Okay synu, ale żebyśmy mieli jasność… nadal ci nie wierze.- Szeryf kręci głową i idzie w stronę własnej sypialni, ale wraca z bardzo zamyślonym i zakłopotanym wyrazem twarzy.
- Kiedy powiedziałem, że nie dziewczyna ty od razu założyłeś, że spotykam się z innym mężczyzną… chce wiedzieć dlaczego?
- Uhm…
- To znaczy, że istnieje ewentualność, że zamiast synowej doczekam się zięcia?
- Jeśli odpowiedź będzie twierdząca to się wkurzysz?
- Nie, ale masz przyprowadzić go na kolację…
- Nie ma na razie ani jej, ani jego. Jestem singlem i w najbliższym czasie raczej nic nie ulegnie zmianie.

***
Peter siedzi oparty o obie poduszki i zastanawia się czy da radę dotrzeć do łazienki nie przewracając się po drodze z osłabienia. Wątpi, aby ten wyczyn mu się udał, dlatego woli zaczekać, aż ojciec nastolatka wybędzie w końcu z domu na swoją randkę. Pan szeryf ma całkiem niezły gust do kobiet… Mało pamięta panią Stilinską, ale była wesołą i pełną energii szatynką. To po niej Stiles odziedziczył większość cech, a szeryf zaszczepił w nim miłość do zagadek kryminalnych i szybkość łączenia faktów.

Uśmiecha się przypominając sobie ich rozmowę z wcześniej i właśnie tak zastaję go osiemnastolatek: szczerzącego się i wpatrującego pustym wzrokiem w ścianę.
- Czy wszystko jest okay?- Pyta szeptem
- Powiedzmy… twój ojciec zamierza jeszcze długo się szykować?
- Prawdopodobnie nie… a co?
- Czuję pilną potrzebę skorzystania z cywilizacyjnego dobrodziejstwa, jakim jest toaleta i to w trybie natychmiastowym. Niestety nadal jestem osłabiony i z całą pewnością nie dam rady zachowywać się bezszelestnie tak jak zazwyczaj. A w najgorszym razie potknę się o własne stopy i zaryję nosem w lakierowaną podłogę powodując niemały huk, który z kolei zwabi tutaj twojego nieświadomego mojego cudownego zmartwychwstania ojca.- Robi przerwę na złapanie oddechu.- Jako szeryf z całą pewnością połączy to z jakąś mafią albo innym gównem i ja oraz reszta stada będziemy mieć nieźle przejebane… chociaż pewnie po prosto by mnie zostawili na pastwę twojego staruszka…
- Skończyłeś już dramatyzować?- Stilinski jest nieporuszony jego wywodem, a w najlepszym razie odrobinę rozbawiony. To nie jest efekt, który Hale życzył sobie uzyskać tą przemową.- Hop! Do góry wilczku… wyprowadzimy cię na siku!- Stiles szczerzy zęby w bardzo, ale to bardzo rozbawionym i co najważniejsze w stu procentach szczerym uśmiechu. Peter warczy, a szatyn chichocze cicho.

***
Hale stwierdza, że to upokarzające. Stiles nadal uśmiechając się szeroko prowadzi go tych kilka metrów do łazienki, ale gdy tylko wilkołak dopada klamki zbiera resztę sił i mówi:
- Ty zostajesz tutaj.
- W porządku panie wilku…. Tylko tam nie zemdlej.- Starszy przewraca oczami i zatrzaskuję za sobą drzwi. Załatwia sprawę i przytrzymując się umywalki patrzy w lustro. Nie podoba mu się to, co widzi: jest wycieńczony z widocznymi workami pod oczami i bladą cerą. Włosy wyglądają jakby uderzył w niego piorun, dostrzega nawet w nich odrobinę zaschniętej krwi i sprasowanego, zasuszonego żuczka… co do kurwy? Bardzo potrzebuję prysznica, ale wątpi czy wytrzyma choćby minutę stojąc na własnych nogach.
- Peter!?- Słyszy przy drzwiach- żyjesz tam?
- Tak.- Odpowiada- możesz wejść… oceniam szkody tylko.
- Och nie mów, że tam też cię poharatali.- Poczucie humoru młodszego sprawia, że nawet ranne wilkołaki odrobinę się uśmiechają. Stilinski zagląda do pomieszczenia i gapi się na niego.- Więc?
- Wszystko tam jest całe i bezpieczne.- Odpowiada- Jednak potrzebuję się umyć…
- Uh… ja nie wiem czy to dobry pomysł. Wybacz stary, ale nie wyglądasz całkiem stabilnie.- Nagle jego twarz wykrzywia się w czymś podobnym do uśmiechu.- Chyba, że usiądziesz na stołku…
- Cokolwiek bylebym mógł wypłukać jakoś te leśne żyjątka z moich włosów.
- Fuj.- Jęczy chłopak krzywiąc się.- Ojciec przed chwilą odjechał. Przyniosę ci coś na zmianę- Oznajmia i znika, a Hale krzywiąc się zdejmuję z siebie podziurawione spodnie.

Minutę później Stilinski wraca z niewielkim białym taboretem i jakimiś ubraniami.
- Dziękuję- Tym razem Stiles nie rzuca kwaśnych uwag tylko uśmiecha się pogodnie i kiwa mu głową.
- Będę w pokoju… wołaj gdybyś miał zemdleć.- Woła zamykając drzwi.

Kiedy w końcu gorący strumień wody dotyka jego skóry Peter ma ochotę płakać ze szczęścia i nawet, kiedy zielona maź zostaję spłukana z ran to nie powoduje już takiego rwącego bólu tylko słabe jego echo i Hale uważnie przygląda się swojej skórze. Widzi, że powoli zaczyna się goić, a co najważniejsze po ropie nie został nawet ślad.
Ostatecznie wychodzi spod prysznica dwadzieścia minut później i słyszy, że chłopak nerwowo drepcze po pokoju.
- Nadal nie umarłem!- Rzuca w przestrzeń.
- Cieszy mnie to!- Odpowiedź zacina go z nóg, bo chociaż jest wypowiedziana żartem to jest całkowicie prawdziwa. Stiles naprawdę chce żeby on był żywy. Przytrzymuję się kabiny i udaję mu się zachować równowagę. Wyciera się powoli jedną ręką, co jest raczej powolne i mało dokładne, ale na chwilę obecną musi mu wystarczyć. Potem, gdy jest pewny, że nogi nie odmówią mu posłuszeństwa idzie do niewielkiej półeczki gdzie młodszy zostawił coś do ubrania. Widzi bokserki z flagą na tyłku i parska śmiechem. Odrywa metkę i nadal się śmieje.
- Nie widziałem, że jesteś takim patriotą!- Naprawdę nie mógł sobie tego odpuścić.
- Tak wyszło.- Pada szybka odpowiedź. Następnie Hale zakłada lekko przymałe granatowe dresy, które z całą pewnością nie należą do osiemnastolatka i takiego samego koloru podkoszulek. Zerka w lustro.
- Od razu lepiej.- Szepcze do siebie. Wychodzi i pierwsze, co wyczuwa to zapach, Stilesa, a dopiero potem jedzenie.- Papu?- Chłopak wybucha śmiechem.
- Tak, tak papu dla wilkołaka… ale dzisiaj nie ma w menu żadnych żywych króliczków.- Gdyby Peter był w lepszej kondycji odparłby, że widzi jednego, na którego ma całkiem sporą ochotę. Niestety nadal potrzebuję sporo czasu by wyzdrowieć… szczególnie bez pomocy alfy.

Młodszy podaję mu talerz, a w połowie posiłku, kiedy Hale zaczyna lekko dygotać z zimna zarzuca mu koc na plecy. I może właściwie Peter nie potrzebuję Dereka żeby wyzdrowieć?