środa, 10 stycznia 2018

ZIALL- I save light in my heart cz.7

Niall:

Zamieram na kilka długich sekund. Wpatruję się w niego bez mrugania oczami i boję się choćby drgnąć w obawie, że odwróci się na pięcie i ucieknie. Przez te kilka tygodni cały czas marzyłem o tym, żeby móc jeszcze raz go spotkać, a teraz nie mam pojęcia, od czego mógłbym zacząć... Od przeprosin? To wydaje się być odpowiednie, ale czy on tego właśnie oczekuje? Pustych słów, które tylko przypomną mu jeden z najgorszych momentów w jego życiu.
– Zayn – udaje mi się jakoś sapnąć przez zaciśnięte gardło. Podchodzi kilka kroków bliżej, ale nie na tyle, by być w zasięgu mojego dotyku. Louis kiwa mi głową na przywitanie, ale większość jego uwagi skupiona jest na Maliku. Nie da się przeoczyć tego, w jaki sposób stara się być w pobliżu.
– Pomyślałem... że może poczujesz się lepiej, kiedy mnie zobaczysz? – Cały Zayn: zamiast zająć się sobą, to on stara się zrobić wszystko, żeby ze mną było jak najlepiej. Mimowolnie mały uśmiech wypływa na moją twarz.
– Dziękuję. – Wiem, że on zrozumie, co chcę przez to powiedzieć. Ponowne zobaczenie go w jego niezniszczalnych glanach i powycieranych spodniach, to wszystko o czym mogłem ostatnio marzyć. Daje mi to nadzieję, że nie zniszczyłem go doszczętnie. Gdzieś pod tą całą warstwą smutku, zmęczenia i strachu znajduję się dawny Zayn. Może jeśli obu nam wystarczy sił, to kiedyś wróci w całości.

– Cóż... to nie było tylko dla ciebie, Niall – odpowiada cicho. – Może ja też potrzebowałem tego równie mocno, co ty? Upewnić się, że wciąż gdzieś jesteś w pobliżu... próbujesz odciąć się od prochów i naprawdę tego wszystkiego chcesz... samo poczucie winy, to za mało.
– Wiem. – Dziwnie się czuję ze świadomością, że jeszcze dwie inne osoby przysłuchują się naszej wymianie zdań. Louis ma chociaż na tyle taktu, by udawać kompletnie niezainteresowanego. Cały czas wpatruje się w swój telefon i tylko od czasu do czasu zerka na gabinet. Za to Styles wypala mi spojrzeniem dziurę w czaszce. Jeśli się nie mylę, to pan terapeuta sporządza nawet notatki. – To nie tylko dlatego... dużo się wydarzyło i mam świadomość, że nic nie będzie takie jak kiedyś. – Staram się ostrożnie dobierać słowa. – Tak naprawdę to dopiero po wyjściu z ośrodka okaże się czy jestem wystarczająco silny, żeby sobie z tym poradzić...
– Jesteś. – Nie mam pojęcia, jakim cudem on wciąż we mnie wierzy. – Dużo się zmieniło między nami, ale... Niall, nie zostałeś sam. – Kiedy jest tak blisko nie mam problemu, żeby w to uwierzyć. Schody zaczną się, gdy on już wróci do domu z Louisem, a ja wciąż będę tutaj. – Masz przyjaciół, mnie, i nie możesz o tym zapominać.
– Wiem, że dla ciebie byłoby lepiej, gdybyś zajął się swoim życiem, Z. – Nie chcę tego przyznawać głośno, ale jestem mu to winien. – Chcesz tracić czas na kogoś takiego jak ja?
– Przestań pieprzyć głupoty Horan – warczy ze złością. – Nie mogę i nie chce zostawiać cię za sobą.
– Zayn...
– Nie. Zamknij się! – Zaczyna chodzić po gabinecie w tę i z powrotem. Trochę jak rozwścieczony tygrys po klatce. – Nie mówię, że wszystko będzie idealnie i od tak wrócimy do tego co było... może nigdy nie będę w stanie cię dotknąć? Nie wiem... Póki co jestem pewien tylko jednego: chcę być gdzieś w pobliżu.
– Nie powinienem ci na to pozwalać, ale cóż... cieszę się, że wciąż chcesz mieć ze mną cokolwiek wspólnego. – Uśmiecham się nieznacznie, bo przecież mam z czego się cieszyć. Wychodzi na to, że znów dostanę więcej, niż na to w rzeczywistości zasługuję.
– Nie masz nic do gadania, Niall. Ja nie pozwolę się wykopać z twojego życia – prycha, a ja nie mogę zatrzymać cichego śmiechu. To jest mój Zayn: buntowniczy i przekorny... uparty i zawzięty. Wojownik.
 
***

Leżę w swoim łóżku, a Jerard pochrapuje gdzieś na drugim końcu pokoju. Za oknem już powoli robi się szaro, a za kilka minut powinno być widać wschód słońca. Odwiedziny Zayna do tego stopnia wytrąciły mnie z codziennego rytmu, że wcale nie chce mi się spać. Czuję się silniejszy oraz jakby spokojniejszy i jednocześnie podenerwowany. Co jeśli zawiodę kolejny raz?
Nie chce niczego innego od życia, jak tylko wygrać z nałogiem. Jeśli to jedno mi się uda... o całą resztę będę walczył z całych sił, jakie jeszcze mi pozostaną. Wiem, ile kosztowało Zayna przyjechanie tutaj i spojrzenie mi w twarz. Sam ledwo mogę się zmusić, żeby nie roztrzaskać lustra za każdym razem, jak w nie patrzę.
Przeraża mnie perspektywa opuszczenia kliniki, ale jednocześnie chcę tego. To trochę jak test. Ponowne wyprowadzenie się z domu i próba poradzenia sobie samodzielnie z dorosłością i codziennymi problemami. Tylko że tym razem będę musiał dodatkowo zmagać się z pokusą sięgnięcia po jakiś narkotyk. To był mój sposób rozwiązywania kłopotów. Koszmarny i nieefektowny, ale już naprawdę nie mogłem wytrzymać tego wszystkiego, co wtedy działo się w moim życiu. Ostatecznie straciłem przez to wszystko, co było dla mnie ważne, i niektóre kawałki samego siebie, które niestety są już nie do odzyskania.
Muszę się naprawdę postarać, żeby chociaż częściowo odbudować swoje życie. Latami marzyłem o byciu lekarzem i nie pozwolę sobie tak tego odebrać. Może nie będą o mnie pisać w gazetach ani nie odkryję żadnej przełomowej metody leczenia... ale wciąż będę pomagać innym i to chyba liczy się najbardziej.
Może gdy już pewnie stanę na własnych nogach, to Zayn poczuje się przy mnie trochę spokojniejszy. Nie mogę nawet marzyć o tym, że kiedykolwiek zaśnie ze mną w jednym łóżku. Sam bym sobie nie zaufał na tyle. Jednak rozmowa we dwóch byłaby miła... bez wścibskiego Stylesa czy Tomlinsona, który drażni mnie przez samą swoją obecność. Wiem, że nie mam prawa, ale jestem tak cholernie zazdrosny! Cały czas mój umysł kłuje świadomość, że on jest teraz kimś ważnym dla Malika. Podczas spotkania nie dało się przeoczyć tego, że Zayn na nim polega... a na koniec jeszcze dowiedziałem się, że Louis jakimś cholernym cudem może bezproblemowo podejść do Zayna bliżej niż na dwa metry. Gdy Harry przez przypadek musnął dłoń mulata przy podawaniu mu kawy, to ten o mało nie upuścił kubka... ale cholerny Louis mógł otworzyć dla niego drzwi i praktycznie wynieść go z gabinetu.


Zayn:

Wracamy do Londynu, a ja wciąż nie mogę wyciszyć moich niespokojnych, niespójnych myśli. Gdyby dało się z wizualizować to, co teraz dzieje się w mojej głowie, prawdopodobnie przypominałoby plątaninę różnokolorowych nici. To samo tyczy się moich emocji – istny chaos.
Tak bardzo boję się, że coś pójdzie inaczej niż tego chcę. Najgorsze, że teraz tak naprawdę niewiele zależy ode mnie. Jedyne, co mogę zrobić, to spróbować wrócić do pełnej formy. Co o wiele prościej wygląda w planach niż w rzeczywistości. Niejednokrotnie pójście na krótki spacer to dla mnie za dużo... chociaż odkąd wiedziałem, że odwiedzę Nialla, było jakby lepiej?
Zobaczenie go w takim stanie było trudne... to jak bardzo się zmienił. Już wcześniej schudł, a jego oczy straciły część swojego charakterystycznego blasku, ale dopiero tam dostrzegłem, jak bardzo zniszczony jest. Jedyne, co mogłem zrobić, to zapewnienie go, że nie zostanie z tym sam.
–Zayn? – Tommo zerka na mnie od czasu do czasu i wiem, że się martwi. Tylko co ja mam mu, do cholery, powiedzieć? Że mam wrażenie, że tak naprawdę to nic nie robię, żeby jakoś pomóc najważniejszej dla mnie osobie?
– Co jeśli to nie jest wystarczające?
– Zrobiłeś tyle, ile mogłeś bez narażania siebie – odpowiada z lekkim zawahaniem. – Myślę, że to da mu taki impuls. Świadomość, że ma po co dalej żyć, starać się i walczyć, to czasami najlepsze, co możemy komuś dać.
– Odkąd z ciebie taki filozof? – pytam z niewielkim uśmieszkiem, bo zawsze wydaje się być beztroski i szczęśliwy. Może to tylko pozory...
– Do Platona mi daleko! – Śmieje się. – Wiem tylko, że łatwiej jest zaczynać od nowa, kiedy masz pewność, że gdzieś jest ktoś, dla kogo robisz to wszystko. – Wpatruję się w niego zdezorientowany, a on ma jeszcze czelność wzruszyć ramionami, jakby to było nieistotne. On chyba nie myśli, że ja to teraz tak zostawię? Kiedy rzucił mi strzępek informacji...
– Brzmi jakbyś mówił z doświadczenia?
– Bo tak jest. – Wzdycham ciężko, bo czy on nie może po prostu złapać przynęty i opowiedzieć mi całej historii?
– Może tak coś więcej? Ty zdajesz się całkiem nieźle orientować w moim życiu, a ja o twoim wiem niewiele.
– Do pewnego czasu wszystko było świetnie. Wiesz, jakieś zwyczajne, codzienne problemy... jak kłótnie z mamą czy stłuczka samochodowa, później studia i wyprowadzka z domu.
– Aleś ty szczegółowy...
– Za krótka droga, żebym zdążył powiedzieć coś więcej. – Na chwilę urywa i już myślę, że nie zechce kontynuować. Na szczęście nie jest aż tak wredny. – Szukałem jakiegoś kodeksu czy papierów z jednej z jego starych spraw, żeby napisać pracę na zajęcia. Gdzieś po środku sterty z jakimiś aktami znalazłem kopię metryki... później była wielka kłótnia, pełen zestaw: wrzaski, rzucanie przedmiotami i nawet kilka przepychanek. – Nie potrafię wykrztusić nawet jednego słowa. – Od tamtej pory mama się do mnie nie odzywa, a ojciec tylko po to, żeby powiedzieć mi, że marnuję sobie życie i przy okazji pieniądze, które zainwestował w moje studia.
– To przeze mnie?
– CO? – prycha. – Jakim cudem ty doszedłeś do takich wniosków?
– Normalnie? Gdybyś nie znalazł tego papierki, skończyłbyś prawo... a kto wie, może jeździłbyś z narzeczoną na niedzielne obiadki do rodziców? A tak? Masz tylko więcej zmartwień.
– Ta... skończyłbym jako kopia naszego starego. Nie, dziękuję.
– Nadal dziwnie się czuję, kiedy mówisz o nim jako o naszym ojcu. To dla mnie wciąż abstrakcja.
– Takie fakty – rzuca, jakby dla przypomnienia. - I chyba muszę ci się do czegoś przyznać... zawsze chciałem mieć brata. – Nie potrafię się nie uśmiechnąć, bo wygląda na to, że nie różnimy się aż tak bardzo. Jako dzieciak, gdy matka zapijała smutki, a ja nie miałem się komu pochwalić rysunkiem czy chociaż zamienić dwóch zdań, to też marzyłem o rodzeństwie.
– I jak już go dostałeś, to nie masz go dosyć? – pytam żartem, ale w zasadzie to chciałbym wiedzieć, co myśli.
– Nope. Muszę tylko nauczyć cię nalewać piwo i robić kilka prostych drinków i będę miał rezerwową pomoc w barze. Kto wie... może zechcesz dołączyć na stałe do zespołu?
– Liam mógłby mi tego nie wybaczyć. Przypominam, że mamy swoją niewielką, dwuosobową firmę.
– No tak...
– Poza tym nie zamieniłbym zapachu farb, drewna i kurzu na wiecznie zapełniony po brzegi ludźmi i alkoholem lokal.
– Dobry drink też może być niczym dzieło sztuki! – prycha Louis.
– Udowodnisz?
– Oczywiście. – Mruży oczy. Wyzwanie przyjęte. – Zaproś kiedyś Liama z jego piękną żoną, a ja zaserwuję wam taki trunek, że będziecie pisać o nim piosenki i całować mnie po piętach!
– To na pewno. – Śmieję się już na całego. Ten to potrafi odwrócić moją uwagę od nieprzyjemnych myśli. – Wiesz... też się cieszę, że znalazłeś wtedy tę moją metrykę. – Miło znowu mieć kogoś, na kim można polegać.

***

Budzę się nad ranem i jakoś nie potrafię z powrotem zasnąć. Myślę o tym, co zostało z mojego dawnego życia. W zasadzie to nawet nie mogę wykazać jednej rzeczy, która pozostałaby bez zmian. Mieszkanie, do którego nie potrafię nawet wejść. Praca, do której nie mogę wrócić przez cholerne stany lękowe i fobię społeczną. Moje uczucia do Nialla, teraz podszyte lękiem i nieufnością. Nawet sam Niall nie jest taki jak wcześniej... załamany i wyniszczony, wystraszony i zdystansowany.
Mówił, że może lepiej dla mnie byłoby, gdyby trzymał się ode mnie z daleka. Ale nie mogę wyobrazić sobie dalszego życia, w którym jego w ogóle nie ma.
Gdy już wyjdzie z ośrodka, pomogę na tyle, na ile będę mógł. To może być też całkiem skuteczna terapia dla mnie. Moja psycholog nie była za tymi odwiedzinami, a pomogły mi bardziej, niż wszystko inne. Zobaczenie na własne oczy, w jakim stanie jest Horan i miejsce, w którym przebywa. Poznanie jego terapeuty i krótka rozmowa wystarczyły, żebym poczuł się nieco pewniej.

Louis miał rację... świadomość, że jest ktoś, dla kogo warto się starać, daję niezwykłą motywacje.

wtorek, 2 stycznia 2018

Rollercoaster uczuć- Stackson/Sterek cz.4

Rollercoaster - Rozdział 4. - "Recykiling -Przeszłość należy oddzielić grubą kreską"



    Obaj jeszcze nie odpowiedzieli na zaproszenie. Niestety nie da się tego odwlekać w nieskończoność. Stiles czuje, jakby każdy dzień przybliżał go do jakiegoś wyroku. Wścieka się na samego siebie za to, że nie umie zostawić przeszłości tam, gdzie jej miejsce... daleko za sobą. Chociaż nie ma na to żadnego logicznego wyjaśnienia. Czymkolwiek była jego relacja z Derekiem, wciąż siedzi w jego umyśle. Boi się tego, co zrobiłoby z nim ponowne zobaczenie winowajcy całego tego uczuciowego zawirowania.

    Zmienił się i doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Najgorsze z tego wszystkiego jest chyba to, że gubi się we własnych uczuciach. Jednego dnia myśli, że już wszystko jest dobrze, bo może oddychać swobodnie, pomimo wpatrywania się w nieco pomięte zaproszenie. Niestety czasami wciąż nie może usiedzieć spokojnie, wyobrażając sobie cały ten cholerny ślub. Nie ma pojęcia, czy wciąż go kocha? Może to tylko żal, wymieszany z odrzuceniem i poczuciem zdrady, daje takie efekty?
    To wkurzające i nieco dezorientujące, kiedy sam nie wie, co czuje. Nie ma pojęcia, jak odzyskać dawnego siebie.

    Czasami zdarza mu się zagapić w łazienkowe lusterko. Pozornie wszystko jest takie jak kiedyś: oczy, nos, usta... nawet te cholerne pieprzyki są na swoim miejscu, co do sztuki! To dlaczego widzi w odbiciu kogoś kompletnie innego, niż w czasach liceum? Jasne, nieco wydoroślał i spoważniał, życie kilka razy zweryfikowało, dosyć radykalnie, jego wyobrażenia o przyszłości. Trochę jak w książeczkach dla dzieci: "znajdź różnice". Szkoda, że te jego zmiany nie są tylko powierzchowne.



***



    – CO ZROBIŁEŚ?! – Derek ma nadzieję, że się przesłyszał. Niestety, krzywy uśmieszek jego wuja wystarcza mu za odpowiedź.

    – Wysłałem zaproszenie na twój ślub Stilesowi... – Alfa przymyka oczy i stara się uspokoić, bo nie chciałby poplamić krwią Petera wszystkich tych eleganckich garniturów, do których przymierzenia został zmuszony niemal siłą. Isaac po prostu nie rozumie, że to w czym stanie przed ołtarzem nie ma dla niego większego znaczenia. – Właściwie to na zaproszeniu musiałem napisać jego prawdziwe imię, które podstępem wyciągnąłem od Scotta. Niestety nie potrafię tego poprawnie wypowiedzieć... cóż, przynajmniej przestałem się dziwić, że chłopak używa ksywki.

    – PETER!

    – No co? – pyta niewinnie. Nie, żeby ktoś jeszcze się na to nabierał.

    – Powiedz mi proszę, dlaczego, do cholery, ty mi to robisz? – Stara się nie brzmieć na całkowicie bezsilnego i zrezygnowanego. Problem w tym, że wuj jest jedną z nielicznych osób, które potrafią go rozszyfrować.

    – Niby co robię, Derek? – Wpatrują się w siebie przez kilka sekund, starszy Hale jakby z wyzwaniem w tych swoich, zmrużonych ślepiach. – Był w twojej watasze, pomagał wam przez kilka lat... niezależnie od tego, czym było zagrożenie: łowcy, Kate, Gereard, kanima, Deucalion czy darach. – Młodszy ostro wciąga powietrze na ostatnie słowo Petera. Darach to Jennifer. Kobieta, która uwiodła go i wykorzystała. Dla niej zostawił...

    DOSYĆ!

    Nakazuje sam sobie. Przeszłość należy oddzielić grubą kreską i nie próbować za nią zaglądać, bo to nigdy nie kończy się niczym dobrym.

    – Wiem o tym – syczy przez zaciśnięte zęby.

    – Tak? – prycha złośliwie Peter. – To kiedy ostatnio uciąłeś sobie z nim pogawędkę? Jak mu idzie na studiach? – drąży. – Dlaczego nie przyjechał na wakacje do domu?

    – Nie jesteśmy przyjaciółmi... od tego ma Scotta. – Sili się na bezbarwny ton głosu. – Jeśli tak bardzo chcesz wiedzieć, jak się ma, to pytaj jego bliskich.

    – Ta... bo wy nigdy blisko nie byliście... – Na to nie ma już dobrej odpowiedzi.




***




    Stiles rozpaczliwie potrzebuje czymś zająć myśli. Skończył się właśnie czwarty tydzień zajęć, czyli do wyznaczonej daty zostało mniej niż dwa miesiące. Jedyne co może go teraz jakoś odciągnąć od ciągłego rozmyślania na temat Dereka, Braeden i tego, czy powinien jechać na ich ślub, to ciągła nauka lub Jackson.

    Z materiałem jest tak bardzo do przodu, że jeden z wykładowców wprost zapytał się go: Czy, do cholery, nie ma życia prywatnego?! Stiles mógłby się o to wkurzać, gdyby to właściwie nie było prawdą.

    Opcja druga, czyli Whittemore, też niestety znajduje się poza jego zasięgiem. Ponieważ zbliża się pełnia, a do stada przyjęto dwa nowe wilkołaki i ich alfa zorganizował wyjazd integracyjny do swojego domu poza miastem. Oczywiście Samuel nazwał to wzmacnianiem więzi rodzinnych, ogólnie to długo gadał o tym, dlaczego to takie ważne w miejskich watahach, ale Stilinski przestał go słuchać mniej więcej w połowie tego wykładu. Jackson mógł też (nie tak do końca subtelnie) sugerować mu, że jest mile widziany.

    Jednak Stiles konsekwentnie odmawiał za każdym razem, jak blondyn wlepiał w niego szczenięce spojrzenie, którego jak nic nauczył się od McCalla. Mogło być okay, ale istniało ryzyko, że obserwowanie zżytej ze sobą grupy nadnaturalnych stworzeń otworzy tamę z wspomnieniami. Już wystarczająco upokarzające jest dla niego to, że Whittemore widział go jako zasmarkaną kupkę nieszczęścia.

    Lekko podskakuje, gdy leżący na kuchennym blacie telefon zaczyna brzęczeć. Zerka na wyświetlacz i przewraca oczami na przewidywalność wilkołaków.



Od: Jackson (dupek)
Nie waż się dotykać jakiejkolwiek książki!



    Naprawdę nie chce mu się odpisywać, ale wie też, że jeśli tego nie zrobi, ten idiota będzie bombardował go kolejnymi wiadomościami.



Do: Jackson (dupek)
Okay. Kilka osób z mojego roku mówiło coś o otwarciu nowego klubu...



Wie, że optymizm aż kipi z tych kilku słów. Nie ma sensu udawać szczęśliwego, skoro ten konkretny wilkołak potrafi go sczytać nawet przez SMS-y.



Do: Jackson (dupek)
Kto wie, może dopisze mi szczęście ;)


    Przebiera koszulkę na białą z nadrukiem, a na to narzuca jeansową kurtkę. Zerka na swoje odbicie, poprawia włosy dłonią i kolejny raz pyta sam siebie: Czy naprawdę chce mu się gdziekolwiek wychodzić? Nie, ale ma tylko dwadzieścia jeden lat, do cholery! Nie wolno mu zdziadzieć już teraz... poczeka z tym jeszcze, przynajmniej tak do trzydziestki.

    Dopiero przy drzwiach wyjściowych ponownie zerka na telefon.



Od: Jackson (dupek)
Tylko nie daj się tam zgwałcić. Dobrej zabawy i może tak dla pewności napisz, jak już wrócisz...



Do: Jackson (dupek)
Okay :) Tobie też, nie wciągaj za dużo tojadu przy plemiennym ognisku!


    Nie czekając na odpowiedź, blokuje smartfon i chowa go do zasuwanej kieszeni na wewnętrznej stronie kurtki. Dawno nigdzie nie wychodził bez tego upierdliwego wilkołaka i teraz jest mu nieco nieswojo. Czegoś mu brakuje. Parska krótkim śmiechem, przez co ludzie na ulicy dziwnie na niego zerkają, ale to żadna nowość... zawsze był odrobinę dziwny. Gdyby ktoś kiedyś zasugerował mu, że zaprzyjaźni się z Jacksonem, to chyba zabiłby tę osobę śmiechem.

    Jakoś niespodziewanie dobrze się dogadują. Nie może powiedzieć, że Whittemore kiedykolwiek zastąpi mu Scotta, bo to niewykonalne. McCall jest jak jego spokojniejszy brat bliźniak, a Jackson, gdy chce, potrafi dotrzymać mu kroku w wymyślaniu głupot. Niby już wcześniej domyślał się, że blondyn nie może być tylko mięśniakiem z ładną buźką, bo Lydia nawet dla seksu nie byłaby z kimś takim. Dopiero teraz, gdy rozmawia z nim niemal codziennie, dociera do niego, że Jackson Whittemore ma względne pojęcie jak używać sarkazmu, a nawet całkiem nieźle posługuje się ironią i podtekstami. Pozostaje więc pytanie: Dlaczego tak długo zajęło im ogarnięcie, że są lepszymi przyjaciółmi, niż wrogami?

środa, 6 grudnia 2017

STETER - Gorszy dzień cz.3

Prezent na mikołajki kochani :)
Może troszeczkę spóźniony...

***
Stiles zastanawia się, jakim cudem wplątał się w rolę opiekunki dla chorego, rannego wilkołaka? Jednak robiąc pobieżny rachunek sumienia stwierdza, że wcale nie jest mu źle z tą funkcją. Jasne, Peter bywa wredny i czasami za bardzo kocha przemoc i brutalne rozwiązania, ale to chyba dla wilkołaków normalne. Taki manifest siły. Żeby przypadkiem ktoś nie wziął ich za łatwy cel. Stiles doskonale orientuje się, jak dużą część terytorium utraciło stado Hale'a od pożaru, ale i tak nadal całe hrabstwo podlega w pewnym sensie im. Chociaż według papierów własnościowych posiadali tylko kilkadziesiąt hektarów ziemi wokół ruin domu, ale to i tak wystarczająco do szkolenia bet, czy ewentualnej obrony silnej watahy. Według paktu miało to być bezpieczne schronienie dla stada na pełnie. Miejsce, gdzie inni ludzie rzadko się zapuszczają, więc mogą pozwolić swojemu wilczemu ja trochę poszaleć. Szkoda, że tylko w teorii.
Szatyn czuje mrowienie na karku i wie, że jest obserwowany, a włoski na rękach jeżą się niczym u wystraszonego kota. Szybko wyplątuje się z ramion śpiącego wilkołaka, niechcący go przy tym budząc.
- Co się dzieję?
- Jennifer. - Odpowiada i nie ma wątpliwości, co do tożsamości swojego gościa. Wygrzebuje z szuflady dodatkową porcję jemioły zmieszaną z jarzębem i doprawioną jego własną krwią. Rozsypuje proszek dookoła pokoju, a Hale węszy zawzięcie wyczuwając zapewne coś nietypowego, ale Stiles wie, że nie rozpozna w tym jego zapachu. Zadbał o to już wcześniej. Jednak coś mu mówi, że Peter i tak domyśli się prawdy. Cóż, przeszli już tyle, że prawdopodobnie Stilinski jest mu ją winien.
- Zadzwoń po Scotta. - Charczy starszy.
- Nie. Już za późno. - Odpowiada bardzo napiętym głosem, bo właśnie teraz to, co tak długo ukrywali z Deatonem, wyjdzie na jaw i nie jest przekonany, jak wilkołak to przyjmie.
- Derek? Mógłby ją zagadać albo może pomiziać tu i ówdzie, to by się uspokoiła... - Sugeruje Hale. - Ja jestem bezużyteczny, a bariera, nie ważne jak gruba, nie wytrzyma zbyt długo w starciu z Darachem.
- Chyba, że ktoś go wzmocni...
- Tak. Jak ktoś go wzmocni krwią druida, dodajmy, dobrego druida, strażnika dębu, czyli inaczej strażnika życia.
- Dokładnie...
- Skąd ty niby chcesz wytrzasnąć teraz druida? Wyciągniesz go spod łóżka, czy może masz w zapasie magiczne AB Rh+?
- Mam w zapasie całkiem sporo 0 Rh-.
- Czekaj, czekaj... przecież to -
- Witam panów - świergocze siedząca na parapecie kobieta, cóż właściwie bardziej potwór, niż człowiek, ale kto by tam zaglądał pod okładkę. Na pewno nie Derek...

 ***

Sytuacje takie ja ta doprowadzają Petera do wrzenia. Zawsze, to co najgorsze i najniebezpieczniejsze dopada go, gdy jest osłabiony, ranny i wręcz bezbronny. Co gorsza nie ma jak ochronić swojego młodego przyjaciela. Oczywiście nie znaczy to, że nie będzie próbował. Wciąż ma w zapasie dużo zawziętości i uporu. Przecież nieraz został zwyzywany przez Stilinskiego od osłów, kóz czy innych niezbyt rozgarniętych zwierzątek.

Instynktownie wysuwa pazury i lekko ugina kolana. Nie spuszcza wzroku z nieproszonego gościa nawet na sekundę. Gdyby tylko próbowała jakichś sztuczek, aby przerwać chroniący ich krąg, był gotowy w tej samej sekundzie skoczyć jej do gardła. Jakiś cichy głosik w głowie drwi z niego, że nawet w pełni swoich sił nie ma z nią najmniejszych szans. Brzmi on podobnie do Dereka i to tylko bardziej go wkurza. Dlaczego jego podświadomość wybrała sobie akurat taką postać? Cudem powstrzymuje się przed warczeniem i wysunięciem kłów.

- Nie pomyliłaś przepadkiem adresów? - pyta Stiles konwersacyjnym tonem, jak gdyby nie miał do czynienia z szaloną morderczynią, tylko koleżanką ze szkolnej ławki. Peter może być pod wrażeniem. Tak odrobinę. - Łóżko Hale'a jest w trochę innej części miasta...

- Brzmisz na zazdrosnego, chłopcze. Czyżbym weszła na twoje terytorium? - Kpina aż kipi z każdego jej słowa.

Wilkołak na chwilę traci rezon. Gorączkowo zastanawia się, czy to możliwe, żeby Stiles rzeczywiście czuł coś do jego siostrzeńca? Niby nigdy nic nie zauważył... chłopak zazwyczaj wyglądał, jakby coś bolało go podczas prób przeprowadzenia rozmowy z Derekiem.

Nastolatek wybucha śmiechem i to tak donośnym, że słychać go prawdopodobnie nawet poza domem. Peter wsłuchuje się w rytm jego serca i próbuje wyłapać jakiekolwiek gorzkie nuty w zapachu Stilinskiego. Jednak ten pachnie niemal tak jak zawsze: konwaliami oraz miętą. Dopiero przy większym skupieniu starszy wychwytujr nuty szczerego rozbawienia i nawet samozadowolenia. Jakby chłopak był szczęśliwy, że ona to powiedziała... nie rozumie dlaczego.

- Och, czyżby cię to martwiło? - Tym razem to chłopak wyraźnie drwi z niej. - Derek nie chce mieć nic wspólnego z tobą odkąd zorientował się, że to ty mordujesz na jego terytorium?

- Jeszcze wróci do mnie na kolanach... sam nie ma szans z Deucalionem.

- Wróci, ale tylko po to, żeby zawrzeć sojusz. Pokonać wspólnego wroga. A ty zdaje się chcesz czegoś więcej?

- Nie wiesz o czym mówisz - syczy kobieta, ale jej mimika mówi, że chłopak trafił w samo sedno. - Jedyne czego od niego chcę, to pomoc w zabiciu tego starego ścierwa. Ty też powinieneś tego chcieć! - Peter ma na końcu języka pytanie: niby dlaczego?

- Nigdy nie powiedziałem, że tego nie chcę - oznajmia Stiles spokojnie. Zbyt spokojnie. Hale zagapia się na niego w szoku, bo jakoś nie podejrzewał go o ciągoty do mordowania kogokolwiek. To raczej jego działka. Stilinski to trochę dziecko kwiatów, hipis i pacyfista. A przynajmniej tak mu się wydawało do tej pory...

- Tak? - Uśmiech Jenifer jest przerażający i sprawia, że nawet po plecach Petera przechodzą ciarki. Jeszcze większym zaskoczeniem okazuje się fakt, że nastolatek odwzajemnia ten gest. - Wiedziałam, że jesteś bystrym dzieciakiem.

- Nie chcę go też zabijać... tylko unieszkodliwić. - Hale uśmiecha się, bo jednak pewne rzeczy się nie zmieniają, a niechęć Stilinskiego do uśmiercania nawet wrogów jest pewną regułą. W końcu on przez pewien czas zaliczał się do tej kategorii. Ostatnio spędza z nim więcej czasu niż z kimkolwiek innym. Dostrzega więc to, jak bardzo ten chłopak jest inteligentny i niemal dorównuje mu przebiegłością. Jedyne co ich różni to fakt, że Stiles nie jest tak bezwzględny, bo gdyby było inaczej, nawet jego o dwa lata młodsza wersja mogłaby wykończyć go znacznie szybciej.

- Problem w tym, że ja chcę. - Darach nie wydaje się być w nastroju do dyskusji.

- Nie zamierzam ci w tym przeszkadzać... ale nie pomogę ci go zabić. - Stanowczość i pewne ostrzeżenie pojawia się w tym zdaniu. Hale czuje się, jakby oglądał mecz tenisa. Piłeczka przeskakuje z jednaj strony kortu na drugą, a on nie ma wpływu na wynik meczu, bo jest tylko pobocznym obserwatorem. I bardzo mu się to, kurwa, nie podoba.

- Dlaczego? - Jennifer brzmi na zdezorientowaną i niepewny. - Przecież wiesz, co zrobił. Kazał zabić doradców! Ludzi takich samych jak ty albo jak dawna ja! To przez niego stałam się TYM CZYMŚ.

- Wiem, ale nie mogę. - Darach prycha gniewnie, ale Stiles tylko przewraca na to oczami. - Nie chcę skończyć jak ty.

Jak na dłoni widać, że niewiele brakuje, żeby wyprowadzić ją z równowagi. Peter przybliża się nieco do młodszego, by w razie czego móc odepchnąć go albo zasłonić przed atakiem. Darach patrzy na Stilinskiego, a on odpowiada równie zdecydowanym spojrzeniem. Nawet na moment nie spuszczając wzroku z jej oczu.

- Nie musisz pomagać mi go zabijać, ale wciąż muszę się jakoś ukryć aż do zaćmienia... jeśli mam nie tracić więcej mocy na bezsensowną walkę z jego i twoimi maskotkami. Jeżeli będę za słaba, by stanąć do walki z Deucalionem, to ruszę na kolejne polowanie i tym razem uderzę tam, gdzie najbardziej cię zaboli.

- Grozisz mi - Stilinski syczy i Peter może przysięgać na wszystko, że jeszcze w życiu nie słyszał u niego takiego tonu. Pozbawionego jakichkolwiek emocji. Zimnego i bezbarwnego.

- Tak. - Chwila napiętej ciszy. - Chcę, żebyś zdecydował po czyjej jesteś stronie, Stiles. Masz na to dwa dni. - Uśmiecha się krzywo. - Twój ojciec ma niebezpieczną pracę... szeryf... strażnik, to przecież prawie to samo.

- Nikogo nie zabiję!

- Twój wybór, chłopcze... ale zegar tyka. - Rzuca coś w ich stronę. Peter jest gotowy to przejąć, ale przedmiot tyko odbija się od bariery. - Zdolny - mruczy niemal czule, parząc na Stilinskiego i to sprawia, że z gardła wilkołaka ucieka wściekły warkot. - Och, czyżbym pomyliła Hale'a? Trzeba przyznać, że mają swój urok? - kpi.

- To powinno cię nieco uspokoić, prawda? - Peter naprawdę chciałby wiedzieć o co im, do cholery, chodzi!

- Odrobinę. - Kobieta śmieje się i to nie kpiąco czy złowrogo, tylko tak jakby radośnie? To ostatnie co słyszą, zanim darach nie znika za framugą okna.


***

Przez kilka długich sekund nie ruszają się ze swoich miejsc nawet o milimetr. Wstrzymują też oddech, co doskonale słychać, bo nagle w pokoju zapada całkowita cisza, jeśli nie liczyć ich tętna. Wilkołak ze zdziwieniem zauważa, że serce Stilinskiego bije równie spokojnie i mocno jak jego własne. Tylko że on jest przyzwyczajony do ciągłego ukrywania swoich prawdziwych emocji. Nie wie, co myśleć o tym, że nastolatek zna tę samą sztuczkę.

- Co tu się, do cholery, właśnie stało?! - Jego głos pozostaje pozornie opanowany, ale w środku aż wrze.

- Cóż... - chłopak wzdycha.

- Stiles.

- Przecież wiesz. Nie wmawiaj mi, że się nie domyśliłeś. - Przewraca oczami. - Jesteś na to za inteligentny. Nawet jeśli chwilowo twój mózg nie pracuje na pełnych obrotach.

- Może i tak, ale wciąż chce to usłyszeć od ciebie.

- Co ci to da?

- Satysfakcję? Szczęście, czy pewność? - Peter wpatruje się w młodszego z wyraźnym oczekiwaniem.

- Jestem w pewien sposób druidem... jakby następcą Deatona? - mówi Stilinski nieco niepewnie, wyraźnie obawiając się jego reakcji. - W zasadzie nie umiem jeszcze za wiele i to nie jest nic szczególnego. Potrafię kilka przydatnych rzeczy, ale w zasadzie jestem nadal człowiekiem - podkreśla. - Wiesz: łatwo robią mi się siniaki i łamią kości... w przeciwieństwie do co poniektórych nie wrócę zza grobu.

- Stiles. - Wilkołak w zasadzie nie ma pojęcia, co chce powiedzieć. Czujr się trochę urażony i rozczarowany przez fakt, że chłopak nie zaufał mu na tyle, by zdradzić swoją tajemnicę. Co samo w sobie wydaje się absurdalne, bo Peter to nie Scott, którego Stilinski zna od urodzenia. Nie Derek czyli alfa, ktoś z kim druid ma w przyszłości współpracować. On to wszystko wie, ale to wcale nie sprawia, że te wszystkie uczucia od tak znikają. - Przecież nie rozerwę cię na strzępy tylko dlatego, że masz sekrety.

- Ale nie podoba ci się to - chłopak nie pyta, tylko stwierdza.

- To nawet nie chodzi o to, co mi się podoba czy nie podoba... tylko...

- Tylko? - Napięcie mięśni młodszego sugeruje,że ta odpowiedź jest dla niego istotna. Niestety Hale zawsze pozostaje Hale'em.

- W zasadzie, to nieistotnie. Moja urażona duma przez fakt, że sam się wcześniej nie zorientowałem. - Stilinski wygląda na rozczarowanego.

- Coś jeszcze?

- Oczywiście, ale pozwolisz, że zachowam to sobie dla siebie? W końcu każdemu wolno mieć drobne tajemnice. - Posyła młodszemu swój firmowy, krzywy uśmiech.

- Na razie ci odpuszczę, ale nie myśl, że tego z ciebie nie wyciągnę.

- Okay. - starszy kiwa głową w zamyśleniu. - Co tak właściwie potrafisz?

- Jak mówiłem... raczej niewiele. Deaton do osiemnastego roku życia nie pozwalał mi nawet dotknąć większości ksiąg, czy ziół. - Stiles wygląda na mocno poirytowanego. - Co moim zdaniem było absurdem. Gdyby jemu się coś stało, nie mógłbym go nawet zastąpić.

- Szkoda, że nie wiedziałem... mógłbym pomóc go przekonać.

- Taaa... gdybyś ty mi pomagał, to prawdopodobnie do tej pory nie chciałby mnie wpuścić nawet do kliniki.

- Hmm, to możliwie. Nie wydaje mi się, żeby darzył mnie zbytnią sympatią.

- Delikatnie powiedziane. - Śmieje się młodszy - Mogę zorientować się gdy ktoś kłamie, ale to nieistotne, bo każdy z was też to potrafi. Najlepiej idzie mi z barierami ochronnymi.

- Zauważyłem. - Peter wskazuje na okrąg, który wciąż znajduje się dookoła nich. - To musi być twoja krew?

- Niestety tak. Najlepiej też żebym to ja rozsypywał okrąg. Wtedy jest najsilniejszy.

- Tak, to wydaje się być logiczne. Jeszcze jedno pytanie: dlaczego nikomu nie powiedziałeś?

- Na początku, to nie było nic pewnego. Jakbym miał przeczucia, czy coś w tym guście. Potem to się nasiliło i nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. Poszedłem do Deatona. To nie tak, że z dnia na dzień wszystko było jasne... bardzo długo zajęło mi zablokowanie napływających przeczuć co do kompletnie obcych osób. Wystarczyło, że choćby przypadkowo kogoś dotknąłem na ulicy. Natychmiast dowiadywałem się o nim losowych i zazwyczaj niepotrzebnych rzeczy. - Chłopak wzrusza ramionami. - No i lubię bycie człowiekiem... nie chciałem, żeby ktoś patrzył na mnie inaczej niż dotychczas.

- Dlatego mi odmówiłeś?

- Ugryzienia? - Peter kiwa głową, ale trochę boi się usłyszeć odpowiedzi.

- Po części na pewno. - Stiles wzrusza ramionami - Chłopie... byłeś jak chodzące kłopoty. Niestabilny emocjonalnie i z szalonym planem zemsty na Argentach. Groziłeś nam i na wszelkie sposoby manipulowałeś... a tamtego wieczoru? Porwałeś mnie, żeby dobrać się do laptopa Scotta. - Hale prycha. - Nie znałem cię, a to co wynikało z obserwacji nie było czymś, co skłaniało do zaufania w tak ważnej sprawie. Dlatego powiedziałem nie.

- A gdybym teraz wciąż... - Peter urywa w połowie pytania, bo właściwie na co mu to wiedzieć? To niczego nie zmieni.

- Wciąż lubię bycie sobą. - Nastolatek wzrusza ramionami. - Gdyby to miało być ratunkiem na przykład przed śmiertelną chorobą, czy coś w tym guście, to zgodziłbym się.  - Wilkołak patrzy na niego zaskoczony.

- Ale... to znaczy, że?

- Łatwiej mi teraz cię zrozumieć. Umiem z ciebie czytać, może nie jesteś otwartą księgą jak Scott. Chyba że taką napisaną po hebrajsku czy starożytnym pismem obrazkowym, ale ja szybko się uczę. - Hale stara się nie wyglądać na cholernie zadowolonego z siebie i jednocześnie przerażonego.

- A ta cała reszta? Wciąż mam na sumieniu sporo osób.

- Ilu zabiłeś po tym, jak już wylazłeś spod ziemi?

- Nikogo, ale Laura ...

- Tak, to z pewnością nie było dobre ani potrzebne - młodszy ostrożnie dobiera słowa. - Nie mam pojęcia jak to jest spędzić tyle czasu zamkniętym w swoim własnym ciele jak w więzieniu. Jednak wydaje mi się, że to może człowieka doprowadzić do obłędu... co zrobiło z umysłem wilkołaka, to wolę sobie nawet nie wyobrażać. Dociera do was więcej bodźców, czy nawet cudze emocje. Spędziłeś lata w szpitalu, gdzie choroby, cierpienie i śmierć wciąż się z sobą przeplatały.

- Czasami ktoś też wyzdrowiał... to było nieco orzeźwiające.

- Tak, na pewno. Tylko, że ty też chciałeś wyzdrowieć, a jedynymi osobami, które do ciebie zaglądały, była pielęgniarka ze skłonnościami sadystycznymi i twój uroczy, przepełniony poczuciem winy siostrzeniec.

- Stiles, co ty tak właściwe chcesz powiedzieć?

- To, że w pewnym sensie rozumiem co się z tobą działo po wybudzeniu. - Hale lekko cierpnie po tym stwierdzeniu. On sam wolałby nie pamiętać tego, czym wtedy był. Kierował się tylko instynktem. Zwierzęca część całkowicie przejęła nad nim kontrolę. - Miałem wystarczająco dużo czasu, żeby obserwować was przez te dwa lata. Wiem, co robi z wami pełnia. Pamiętam Scotta, który o mało mnie nie zabił. Isaaca rzucającego mną o ściany... Dereka grożącego rozszarpaniem na strzępy...

- To nie jest to samo. Scott to szczeniak i w dodatku był bez alfy, nie miał kotwicy.

- Masz rację, to co spotkało ciebie było gorsze. Sam na sam ze wspomnieniami pożaru, płonącej rodziny... bez możliwości wyładowania swojego gniewu, bólu. Przeżywający to wciąż od nowa w koszmarach. - Na chwilę przerywa i patrzy na starszego z uwagą. - Nic dziwnego, że to wszystko przybrało taki obrót. Zemsta była czymś, co trzymało cię przy życiu przez tak długi czas...

- Laura nie chciała do tego wracać... - urywa na chwile, bo mówienie o tym jest dla niego jak łażenie po rozżarzonych węglach - jej lekarstwem było zapomnienie i Nowy York. Powinienem to uszanować.

- Gdybyś spotkał ją teraz zachowałbyś się inaczej.

- Skąd ta pewność?

- Już ci mówiłem, że widzę więcej niż myślisz. Znam cię.

- Tak, a może ci się tylko tak wydaje?! - warczy starszy i sam już nawet nie wie dlaczego odpycha jedyną osobę, która zdaje się być po jego stronie. - Co jeśli to moja kolejna manipulacja? Co zrobisz? Masz gdzieś pod ręką butelkę z benzyną?

- Liczyłem, że o tym zapomnisz... - wzdycha młodszy. - Wykorzystałem fakt, że ogień wyprowadzi cię z równowagi, przerazi i rozproszy, co w rezultacie da nam przewagę. - Na policzki chłopaka wypływa lekki rumieniec, a zapach wstydu staję się intensywniejszy. - Jak widzisz nie jestem święty.

- Wiem Stiles, wiem - mamrocze wilkołak - i w zasadzie nie mam ci tego za złe. Gdybym wtedy o zabił kogoś innego niż Kate, to byłoby za wiele. Może gdybym wtedy nie zginął, narobiłbym jeszcze więcej szkód?

- Nie wiesz tego. - Młodszy wzrusza ramionami. - Twój gniew i szaleństwo też musiało mieć swój limit, a śmierć wszystkich odpowiedzialnych za pożar powinna nieco ostudzić twoje mordercze instynkty. - Przez dłuższą chwilę obaj milczą, wracając myślami do tego, co działo się niemal dwa lata wcześniej.

- Odbiegliśmy nieco od głównego tematu, - wzdycha młodszy ze zmieszaniem. - A zmierzałem do tego, żebyś przestał się tak biczować o to, co się stało wcześniej. Nie pozbędziesz się wyrzutów sumienia... ale teraz stoisz po właściwej stronie. - Uśmiecha lekko i dodaje: - Na mocy przeszedłeś jasną stronę, zapomnieć o tym nie wolno ci! - mówi z teatralną i przesadną powagą. Peter nie wierzy, że to się dzieje.

- Gwiezdne wojny? Serio, Stiles?

- No co?! To mój ulubiony film... genialny swoją drogą. Uważam go za jedno z największych arcydzieł kina - wyrzuca z siebie słowa niemal ze świetlną prędkością - Hej?! Rozpoznałeś to! - wykrzykuje zaskoczony, ale w jego głosie słychać przede wszystkim zadowolenie.

- Jasne, że tak... kto nie oglądał nigdy Gwiezdnych wojen? - mamrocze Hale lekko oszołomiony entuzjazmem Stilinskiego.

- Scott, oczywiście.

- Po co ja w ogóle pytałem...
 Podświetlany budzik wskazuje czwartą nad ranem, a Stiles pomimo ogromnego zmęczenia, nie potrafi zasnąć. Słowa Jennifer wracają do niego jak bumerang. Wie, że będzie musiał znaleźć rozwiązanie, ale jakoś nic nie przychodzi mu do głowy. Ostatecznie, jeśli Darach postawi przed nim jego ojca i Deucaliona, to wybór będzie prosty. Chyba właśnie to przeraża go najbardziej. Nie chce być taki. Zabijanie nie powinno być łatwe, nie dla niego. Może dla jego futerkowych przyjaciół i owszem. Jednak oni kierują się instynktem. Chronią swoje terytorium i stado.

Jednak nawet Derek odczuwa pewien dyskomfort, kiedy musi kogoś zabić. Chyba dlatego zawsze wybiera bezpośrednią walkę, przynajmniej wtedy szanse są rozłożone mniej więcej po połowie. Równie dobrze to on może zginąć, co sam zabić...

Przewraca się ostrożnie na drugi bok i niemal podskakuje, kiedy dostrzega parę intensywnie niebieskich oczu wpatrujących się w niego w ciemności. Cholera, był pewien, że Hale śpi. Obaj nie mieli zbyt wiele siły po konfrontacji z darachem, a wilkołak dodatkowo wciąż leczy rany.

    – Jesteś niespokojny. – To nawet nie jest pytanie, więc nie próbuje w jakikolwiek sposób odpowiadać. – Myślisz o tym, co powiedziała? – Stiles wzdycha ciężko, co oczywiście oznacza TAK. Peter zdaje się to wiedzieć. – Naprawdę nie chcesz go zabijać, co?

    – Wiem, że dla ciebie to niemal śmieszne, bo on jest takim ucieleśnieniem potwora z horrorów – pauzuje na chwilę – powinienem tego chcieć. Szczególnie, że ma krew druidów za pazurami.

    – To na pewno nie śmieszne. Nie dla mnie... myślę, że to dobrze. Szukasz alternatyw i dzięki temu wataha jest mniej... dzika? Chyba to dobre określenie.

    – Problem w tym, że ona nie chce innych rozwiązań... zemsta popycha ją do działania. Wydaje mi się, że najchętniej rozszarpałaby go gołymi rekami, gdyby tylko miała wystarczającą ilość siły.

    – Wiem, to widać. – Peter wydaje się nad czymś rozmyślać. – Zapominasz, że ja też byłem taki. Wiem, jak ona teraz funkcjonuje i mogę spróbować przewidzieć jej kolejne kroki.

    – I co wymyśliłeś?

    – Chce, żeby cierpiał tak jak ona... więc na pewno nie zabije go od razu. Walka ją osłabi – mówi, ostrożnie dobierając słowa. – Jej też raczej nie chcesz zabijać?

    – Yeah. Jak ty mnie dobrze znasz – mamrocze z ironią.

    – Tak samo jak ty mnie. – Hale uśmiecha się w ciemności, błyskając zębami, i to jednocześnie złe i dobre.

Złe, bo to przecież Peter i jego nastrój nie powinien mieć aż takiego wpływu na Stilesa.

Jednak kiedy młodszy zdaje sobie sprawę, że to jeden z tak nielicznych szczerych uśmiechów wilkołaka, czuje się dobrze. Nawet można pokusić się o stwierdzenie, że sam unosi nieco kąciki ust.

    – Może nie wyłapuję wszystkiego, ale na pewno wiem więcej niż Derek. – Może to tylko wyobraźnia nastolatka, ale Hale wydaje się być zazdrosny. I cholera go wie, o co właściwie?! – Scott też jakoś nie wpadł ani razu z wizytą, odkąd tu jestem... co nie powiem, bardzo mi odpowiada. Nie mam siły na szarpanie się ze szczeniaczkami.

    – Trochę się zmieniło, odkąd ktoś go użarł... – syczy, nieco wyprowadzony z równowagi, ale w porę gryzie się w język. – Przepraszam.

    – Za prawdę?

    – Nie, za chwyt poniżej pasa – wzdycha pokonany. – Wkurza mnie, że masz rację. Scott ma Allison i Isaaca, a to, co było przed jego przemianą, zostało tylko wspomnieniem. Mógłbym być nawet tym cholernym Robinem...

    – Stiles, ty nie nadajesz się na pomagiera głównego bohatera...

    – Aha, dzięki! - prycha i gdyby Hale nie był ranny, to wykopałby go przez okno. Szczególnie, że ma nawet czelność zaśmiać się cicho.

    – Jesteś na to za dobry. – To nieco wytrąca go z równowagi i ostudza jego gniew. Bo co do cholery?! – Nie widzisz tego, co? Jak myślisz, gdzie byłby McCall albo Derek, gdyby nie twoje rady, czy namawianie ich do współpracy?

    – Daliby sobie radę.

    – Masz o nich zdecydowanie za dobre zdanie – mamrocze Hale – a za mało pewności siebie. Trzeba będzie nad tym trochę popracować. Gdybyś chciał, to ty mógłbyś grać pierwsze skrzypce...

    – Tak naprawdę to chyba tego nie chcę. Zaczynam doceniać to całe stanie w cieniu.

    – Wiem. Trochę na to jednak za późno. Skoro nawet darach chce twojej pomocy... znaczy to tyle, że jesteś silniejszy i o wiele ważniejszy w tym całym bałaganie niż myślisz.

    – A ty co, bawisz się teraz w mojego terapeutę czy przyjaciela? – Grymas, jaki przebiega przez twarz starszego sprawia, że Stilinski żałuje swoich słów od razu, jak tylko opuszczają jego usta.

    – Myślę, że jestem przyjacielem... na terapeutę się nie nadaję.

    – Jesteś nim. Takim nieco upierdliwym i wkurzającym, z wątpliwym kodeksem moralnym, ale... wiem, że w jakiś pokręcony sposób rozumiesz mnie lepiej niż ktoś, kogo miałem wcześniej za brata. – Dziwne się czuje, przyznając to na głos.

Nie mówiłby tego, gdyby nie czuł, że w jakiś sposób jest to winien wilkołakowi za te wcześniejsze kąśliwe uwagi. Kłopot z Peterem polega na tym, że dostrzega za dużo i nie krępuje się tego powiedzieć, za co często mu się obrywa. Prawda nagle uderza w Stilesa niczym pociąg towarowy. Odkąd sprawy zaczęły przybierać coraz gorszy obrót, nie miał kogoś bezwzględnie szczerego obok siebie. Nie chciał tego widzieć, ale Scott okłamywał go nagminnie, wymyślając często idiotyczne wymówki, żeby tylko odwołać wspólne plany.

Derek zawsze zbywa go półsłówkami i liczy na, to że Stiles sam przestanie dociekać. Tak, jakby go nie znał, ale właściwie to może tak właśnie jest? Alfa nie ma takiej znajomości Stilesowego sposobu działania, jak Scott. Kto wie, czy on naprawdę nie sądzi, że nastolatek wierzy w te jego wszystkie groźby? Prycha zirytowany.

    – Co? – Wilkołak wydaje się być nieco zdezorientowany. – Twoje emocje wariują... – Podnosi się na ręce, żeby zerknąć na zegarek. – Stiles, minęła piąta rano i jeśli chcemy przeżyć więcej niż dwa najbliższe dni, to powinniśmy spać. Obaj.

Nastolatek parska kpiącym śmiechem.

    – Serio? – kpi.

    – Nie mam pojęcia, dlaczego to wszystko teraz czujesz... nie wiem nawet, na kogo to jest skierowane, bo mam taką szczerą, malutką nadzieję, że nie odnosi się do mnie.

    – Nah. Nie tym razem.... chociaż może po części? – mamrocze Stilinski. –Zawsze mówisz mi prawdę. Wiem to... więc nawet tego nie komentuj – zatrzymuje się i zastanawia, ile z tych swoich wniosków może zdradzić starszemu. Tyle że nagle analizowanie wydaje mu się przereklamowane... więc kopie się mentalnie w cztery litery i wrzeszczy na samego siebie: "Pierdolić to".

    – Stiles?

    – Wkurzam się, bo mnie okłamują. Derek, Scott, nawet mój ojciec... to jakby nie traktowali mnie poważnie. Irytuję się, złoszczę i wyżywam na tobie przez to, że cała reszta ma mnie za naiwnego chłopaczka, któremu bez konsekwencji można wcisnąć nawet najgorszą ciemnotę, a on i tak uwierzy. Ty byś był spokojny?

    – Przecież o tym wiedziałeś... tak samo jak ja wiem, że Derek najchętniej zobaczyłby mnie z powrotem w grobie. – Hale przysuwa się kilka centymetrów bliżej i ostrożnie dotyka jego ramienia. Zachowuje się trochę tak, jakby miał do czynienia z wściekłym i dzikim zwierzęciem. – Pomoże, jeśli obiecam, że jak uporamy się ze śmiertelnym zagrożeniem... no wiesz: wielki zły alfa Ducalion i psychiczna dziewczyna Dereka, to pomogę jakoś efektownie ci się na nich odegrać? – Peter rzuca propozycję ze swoim zwyczajowym sarkastycznym poczuciem humoru, ale nastolatek widzi, że pod tymi pozorami jest coś jeszcze.

    – Masz na myśli...?

    – No nie wiem, coś zabawnego i tymczasowego. Jesteś druidem i masz pewne możliwości. Coś, co dobitnie pokaże im, że nie mogą od tak cię lekceważyć.

    – Tak... a jak oni potem będą chcieli mnie zabić, to schowam się za ciebie?

    – Możesz, jeśli chcesz, ale nie sądzę, żeby to było konieczne. Radzisz sobie z wściekłym, mściwym darachem, a nie poradzisz sobie z kilkoma wilkołakami? Czasami zamiast siły i mięśni wystarczy kilka odpowiednio dobranych argumentów i subtelnych gróźb...

    – Wiesz z doświadczenia?

    – Yup. – Szczerzy się. Stilinski boi się go uderzyć, żeby nie naruszyć gojącej się skóry, ale to nie znaczy, że tak to zostawi. Szczypie wilkołaka w nos. Mocno.

    – Auć?

    – Miało być auć.

***

Budzą się przez donośne łomotanie w drzwi. Młodszemu dłuższą chwilę zajmuje skojarzenie podstawowych faktów. Między innymi tego, że znajduje się we własnym pokoju, na łóżku pod ciepluteńką kołderką... no i że w pasie obejmuje go ręka Petera Hale'a, co okazuje się być zaskakująco przyjemnym doświadczeniem.

CO? Krzyczy jego umysł, ale Stiles konsekwentnie każe mu się odpierdolić i iść spać. Niestety wtedy ktoś znowu bardzo żwawo wali w te cholerne drzwi.

    – STILES! Jeśli nie otworzysz w ciągu najbliższej minuty to...

    – JUŻ! – wrzeszczy spanikowany i zrywa się z materaca. Na szczęście wilkołak już nie śpi i bez słowa chowa się w łazience. Nastolatek nie ma czasu nawet wymyślić lepszej skrytki, bo jego własny ojciec stoi zaraz za drzwiami, domagając się natychmiastowego wpuszczenia go do środka. To rozpraszające!

    – Do cholery jasnej, STILES! – mówi jego tata zamiast przywitania. – Coś ty tam robił?

    – Spałem?

    – Tak? To czemu miałeś zamknięte na klucz drzwi...

    – Może wcześniej mogłem robić coś innego? – Wie, że to wróci do niego i kopnie go w dupę, ale to najszybszy sposób na pozbycie się staruszka ze swoich czterech ścian.

    – Nie chce nic wiedzieć! – mamrocze John i nastolatek wie, że wrócił myślami do pewnej nieszczęsnej łazienkowej wpadki. Obaj ponownie stają się zażenowani, niemal tak bardzo, jak wtedy. – Masz może u siebie żelazko? Nie mogę znaleźć, a mamy jakieś spotkanie u burmistrza i wypadałoby założyć coś lepszego.

    – Uhm... chwila. Poszukam. – Zerka na biurko, ale tam go nie ma. – Zaraz wrócę.

Modli się w myślach, żeby Hale domyślił się i otworzył mu drzwi. To byłoby dziwne, gdyby miał zamkniętą łazienkę od środka... skoro niby jest sam. Na szczęście wilkołaki to jednak mądre stworzonka i po naciśnięciu klamki drzwi ustępują bez protestów. Peter siedzi w kabinie prysznicowej i nie wygląda na zbyt przejętego całą sytuacją.

Wyciąga żelazko z małej szafki stojącej w rogu pomieszczenia i wyślizguje się z powrotem do pokoju. Na szczęście jego ojciec nie należy do tych wścibskich, nadopiekuńczych rodziców i pod nieobecność nastolatka nie robi mu przeszukania na półkach... a nie musi wcale szukać fajek, czy dziwnie wyglądających pigułek. Wystarczyłoby, że zajrzałby do łazienki i znalazłby starszego o ponad dekadę, nieco roznegliżowanego wilkołaka, chowającego się za kolorową zasłoną prysznicową...

poniedziałek, 4 grudnia 2017

Sterek/Stackson - Recykling

  Rozdział 1 -  "Zakochałeś się to twoja jedyna zbrodnia"


***
Wszystko staje się dwa razy gorsze odkąd dostał, to pieprzone zaproszenie. Kiedy odbiera pocztę nie wie jeszcze, jaki będzie miała ona wpływ na jego dalsze życie. Jednak kiedy już trzyma w rękach ładną, białą kopertę ze swoim nazwiskiem napisanym pięknym pismem jest już za późno by to cofnąć.
Doskonale wie, co znajdzie w środku, a mimo to i tak niedbale rozrywa elegancki, drogi papier. Taki jego malutki bunt przeciwko tej jebanej perfekcji. Wystarczy kilka pierwszych słów, żeby w jego klatce odezwał się tępy ból i zimno powoli rozprzestrzeniło się po całym ciele.
'Mamy zaszczyt zaprosić pana Mieczysława Stilinskiego wraz z osobą towarzyszącą na uroczystość zawarcia związku małżeńskiego...'
Nie musi czytać dalej, ale i tak to robi.
Może przez te wszystkie lata stał się masochistą i nawet tego nie zauważył?

Tak naprawdę, to nie myśli, kiedy sięga po telefon. Działa jak na autopilocie, albo jakby był pijany. Znajomy ciąg cyfr jest dziwnie kojący.
- Co tam? - głos Jacksona jest zmęczony i zaspany i dopiero wtedy Stiles przypomina sobie, że przecież wczoraj była pełnia. - Czyżbyś się już za mną stęsknił?
- Um... - Stilinski mamrocze niezdecydowanie, bo tak właściwie, to co ma powiedzieć? - szkoda, że wilkołaki nie mogą pić... potrzebuję towarzystwa do kieliszka... najwyżej ustawię sobie lustro po drugiej stronie stołu.
- Stiles, coś się stało?
- Tak... Nie. Nie wiem. To po prostu mnie wkurza. Czy on nie mógłby zapomnieć o moim istnieniu?
- Kto?
- Derek. Przysłał mi zaproszenie na swój pieprzony ślub!
- Ta... ja też dostałem. Dlaczego cię, to tak... - wilkołak milknie i Stiles może wręcz usłyszeć te elementy układanki, które wskakują na swoje miejsce. - Opowiesz mi na potem. Będę za dziesięć minut. Poczekaj z chlaniem na mnie! - rzuca na pożegnanie i po chwili słychać już tylko sygnał zakończonego połączenia.

***
Nie ma pojęcia, co właśnie wyprawia. Powinien spać przez kolejne dziesięć godzin, a zamiast tego wskakuję w ciepłą bluzę i sportowe buty. Łapie w biegu kluczyki od samochodu.
Jakiś kwadrans później parkuję pod kamienicą w której znajduję się kawalerka Stilinskiego. Nie rozumie dlaczego chłopak tak lubiący towarzystwo i rozmowy nie mieszka w akademiku, albo chociaż w mieszkaniu ze znajomymi.
Nie musi nawet dzwonić, bo drzwi ustępują po naciśnięciu klamki. Wilk w nim doskonale wyczuwa emocję i to powoduję, że z jego ust ucieka krótki jęk. Odór upokorzenia, zawodu, bólu, smutku, rozczarowania, wstydu i nienawiści do samego siebie jest tak intensywny, że ma wrażenie jakby osiadał mu na skórze niczym mgła.
- Stiles? - nie wie czemu szepcze, ale może boi się odezwać głośniej. Włosy na jego karku jeżą się ze strachu, a to coś do czego Jackson Whittemore nie przyznaje się łatwo.
- Tutaj. - pada odpowiedź z kanapy i oczywiście wilkołak słyszał stamtąd bicie serca chłopaka, ale wciąż nie ruszył się o krok. Jakby wrósł w ten cholerny dywanik! - No idziesz? - szatyn brzmi na lekko zirytowanego.
- Tak już, już. - mamrocze zdejmując buty i odstawia półsłodkie, czerwone wino na komodę żeby móc pozbyć się bluzy. Marszczy brwi, bo wieszak jest tak zawalony ubraniami, że nie ma minimalnych szans na wciśniecie tam chociażby szalika.
- Przyniosłem ci coś... - stawia na stoliku butelkę i ku jego ogromnemu zaskoczeniu Stilinski wyciąga mu z rąk bluzę, i szybko na siebie wciąga.
- Dzięki. - narzuca nawet kaptur na głowę.
- Nie o tym mówiłem... ale nie ma za co. - głową wskazuje na alkohol
- Och. Tak... cóż. Nie mam nawet kieliszków... ale w końcu jestem biednym studentem. Myślisz, że to będzie bardzo źle wyglądać jeśli przyniosę kubki? - Stilinski paple, co powoduje, że Jackson unosi lekko kąciki ust. To jest bardziej znajome niż ta cicha, załamana, skulona postać.
- Siedź. Ja pójdę. - nie daje mu czasu na zaprotestowanie. Był w tym mieszkaniu wystarczającą ilość razy, żeby wiedzieć gdzie, co się znajduję. Automatycznie sięga po prezent od ojca Stilesa, zwykły biały kubek z policyjną odznaką, a dla siebie bierze ten z Godzillą. Stiles kupił go i z dumą oznajmił, że w sumie to przypomina trochę kanime. Niby to zwykły szajs za dwa funty, ale... wtedy poczuł jakby coś dla kogoś znaczył. Więcej niż szybki seks w klubie. To trochę dziwne, ale dopiero ten niewielki prezent uświadomił mu, że to przestało mu wystarczać. Anonimowość. Był dla tych chłopaków zwinnymi rękami i sprawnym językiem. Jekami, alkoholowym oddechem, niedbałymi pocałunkami, przyjemnością. Używali go, a on używał ich. Nawet nie zawsze pytał ich o imiona. Nigdy nie oczekiwał czegoś więcej.
Otrząsa się ze wspomnień, sięga po korkociąg i wraca do niewielkiego salonu, który jest też jednocześnie sypialną Stilesa. Bez słowa otwiera wino i nalewa im prawie po pół kubka.

Piją w ciszy, ale czuć pewne napięcie. Wie, że Stiles boi się odezwać.
- Nie będę cię do tego zmuszał... wydaję mi się, że chcesz powiedzieć, ale mi nie ufasz na tyle żeby to zrobić.
- Nie... wiesz, to po prostu jest czymś większym niż może myślisz. To może zmienić nieco twoje postrzeganie mojej skromnej osoby. - wypija wino aż do dna - Nie rozumiem siebie. Tego jak bardzo jestem żałosny jeśli chodzi o niego... zrobiłem wszystko żeby się uwolnić. Dzieli nas ocean, a ja i tak mam wrażenie, że wciąż jestem jego zabawką. - Jackson warczy krótko
- Co?
- Może być skrócona wersja? - blondyn tylko wzrusza ramionami. - zaczęło się po twoim cudownym zmartwychwstaniu. Nawet nie wiem jakim cudem, bo w jednej chwili odwoziłem go rannego i chwiejącego się do mojego domu żeby mógł się wyleczyć. Pocałował mnie, a reszta... potem obudziłem się sam w łóżku. Tak było za każdym razem. Wydawało mi się, że idziemy w jakimś kierunku. Rozmawiał ze mną i nawet nie warczał... Potem pojawiła się kobieta.
- Zostawił cię?
- Ta... ale, to nie jest ta najgorsza część. - Whittemore marszczy brwi zdezorientowany. - Okazało się, że ona jest potworem na którego polujemy. Darach. Składała ofiary z ludzi. Trójkami. Porwała mojego tatę i Melissę i Chrisa. - urywa na chwilę żeby zebrać siły by dokończyć. - Pokonaliśmy ją i on nam pomógł... chociaż wiedziałem, że coś do niej czuł. Nie minął tydzień jak pojawił się w środku nocy w mojej sypialni... i ja nie potrafiłem go odepchnąć. Nie mogłem powiedzieć mu NIE.

- Stiles - Jackson czuje się przytłoczony emocjami chłopaka, ale nie zamierza teraz ruszać się choćby o milimetr.
- Tylko, że to było inne... za pierwszym razem on tego nie powiedział, ale zależało mu. Może, to nie było właściwe uczucie, ale sympatia czy przyjaźń na pewno. Po Jennifer już nie rozmawialiśmy za wiele. Przychodził. Pieprzył mnie i zostawiał. On nawet nie... - nagły szloch wstrząsa ciałem mniejszego i to jakby raziło wilkołaka prądem. Obejmuje trzęsącą się postać tak mocno jakby, to mogło pomóc. Może właściwie tak jest, bo Stilinski odrobinę się uspokaja. - Nie pocałował mnie w usta. Wcześniej tak, ale po niej już nie...
- On... co? Kurwa. Dlaczego Scott go po prostu nie zabił?
- Nikt nie wiedział... McCall na pewno czegoś się domyślał, ale ja nigdy nikomu nie powiedziałem.
- Dlaczego? Twój ojciec zrobiłby z niego takie origami, że Hale pocałowałby się we własną dupę.
- Wstydziłem się... czułem się brudny. Nie chwiałem żeby ktoś jeszcze tak na mnie patrzył jak sam patrze na siebie.
- Stiles... - Whittemore musi zapytać chociaż czuje, że nie spodoba mu się odpowiedź. - czyli jak?
- Byłem jego chłopcem do pieprzenia, zabawką! Właściwie, to nigdy mu nie odmówiłem. Pojawiła się kolejna kobieta, więc przyszedł czas żeby odstawić dziwkę na boczny tor!
- STILES! - warczy błyskając niebieskimi tęczówkami - Zakochałeś się, to twoja jedyna zbrodnia. Nie jesteś dziwką, czy zabawką... on jest skurwielem, który to wyczuł i wykorzystał. Jesteś najlepszym, co go spotkało i chciałbym widzieć jego minę kiedy to w końcu do niego dotrze.
- Nie, Jackson... wciąż jestem tylko sobą: słabym, potykającym się o własne nogi człowiekiem.
- Odważnym aż za bardzo, pyskatym, piekielnie inteligentnym i całkiem nieźle wyglądającym SOBĄ. - wilkołak nie rozumie dlaczego chłopak nie chce dostrzec siebie tak jak on go widzi.

środa, 22 listopada 2017

Ziall - I save light in my heart for us cz.6

Zayn:

Czas płynie szybciej, kiedy skupiam się na cotygodniowych rozmowach z Niallem bardziej niż na reszcie tygodnia. Nie mam pojęcia, kiedy minęły kolejne dwa tygodnie, co oznacza, że Horan wychodzi z ośrodka za mniej niż miesiąc. Znowu czuję się cholernie rozdarty, bo tęsknie za nim i chciałbym rozmawiać z nim częściej, może nawet się spotkać, ale jednocześnie przeraża mnie to jak nic innego. Myśl, że miałbym usiąść naprzeciwko niego i ponownie spojrzeć na chłopaka, który jest całym moi światem, kiedy wciąż pamiętam doskonale to co czułem wtedy, gdy pod wpływem prochów zmusił mnie do seksu.

W nocy budzę się z koszmarów, w których główną rolę gra moja naćpana, agresywna matka wrzeszcząca, że wszystko co złe w jej życiu wydarzyło się przeze mnie. Równie często widzę Nialla z pustymi oczami i złością wymalowaną na twarzy, wciąż od nowa przeżywając to, co się wtedy stało. Słyszę zaborczość i zazdrość w jego głosie, a następnie czuję ją w każdym pospiesznym, stanowczym dotyku. Nie rozumiem ludzi, którzy myślą, że jeśli się kogoś kocha, to łatwiej wybacza się i zapomina o takich rzeczach.

Horan jest najważniejszą osobą w moim życiu i nie sądzę, żeby to się zmieniło, ale to nie znaczy, że już jest wszystko dobrze i możemy dalej żyć w tęczowej bajce. Ja kocham jego i wiem, że on to odwzajemnia… niestety jak na ten moment to za mało. Brakuje pewnego istotnego elementu: zaufania.

- Zayn? - słyszę jak niepewnie Louis się odzywa, tak jakby chciał mnie o coś zapytać, jednocześnie wcale nie chcąc tego robić.

- Co jest? - Podnoszę wzrok znad swojego kubka herbaty i napotykam jego ciekawskie, ale też zmartwione, spojrzenie.

- Odleciałeś na chwilę… - mamrocze - Wiesz, bo tak się zastanawiałem nad tym wszystkim…

- I?

- Wiesz, że z każdym dniem coraz bliżej do wyjścia Nialla z kliniki? - chcę odpowiedzieć, ale Lou ma inne plany, bo nadal kontynuuje swoją wypowiedź - Oczywiście nadal będzie miał spotkania z Harrym tutaj na miejscu, bo ten gówniarz ma tu drugi gabinet, a klinika to taki dodatkowy projekt. Z tego co udało mi się wydusić ze Stylesa, zaczną od dwóch, trzech spotkań w tygodniu, a później będą zmniejszać częstotliwość.

- Tommo, oddychaj. - mówię, bo on chyba wziął sobie za cel wyrzucenie tych wszystkich informacji na jednym wdechu. - Tak wiem, że to tylko jeszcze jakieś dwadzieścia dni.

- Może chciałbyś się z nim spotkać dopóki tam jest? - pyta bardzo cicho, nawet na mnie nie patrząc, bo nagle tak bardzo zafascynowały go rysy na stole. Kopię go w kostkę i dopiero wtedy z jękiem bólu na mnie zerka.

- Masz glany, idioto! - syczy, podkulając nogi na krzesło. - Tak właściwie to dlaczego masz na sobie te groźne dla otoczenia, a szczególnie dla mojego pięknego, szarego dywanu buciory?!

- Za dwadzieścia minut wychodzę na spotkanie z panią psycholog. - Nicola może jest i cholernie dobrym terapeutą, ale odrobinę mnie przeraża. To jak czyta z każdego mojego gestu, zająknięcia czy zmiany tonu, barwy głosu… Okay, zdaję sobie sprawę, że większość tego to wpływ studiów i kilku lat praktyki w zawodzie, ale jednak czasami zastanawiam się, czy ona na pewno jest człowiekiem? Brzmię jak wariat, ale ona zna moje odpowiedzi wcześniej ode mnie…

- A no tak…

- Pamiętasz, że mnie zawozisz?

- Cóż… teraz już tak.

- Looou!

- Nie no żart, brat - śmieje się ze złośliwymi ognikami w oczach. Przewracam oczami, a ten idiota małpuję mój gest. - Wracając: Niall, klinika, spotkanie. Co ty na to?

- Będziesz tam?

- Jasne… ja i Styles pewne też, bo nie przepuści okazji, żeby zanalizować blondasa, kiedy jest razem z tobą. Chyba jego doktorat będzie o waszej dwójce, jak tak dalej pójdzie.

- Mam nadzieję, że z tym doktoratem to żart… - Tommo tylko wzrusza ramionami, jakby sam nie był do końca pewien. Wcale mnie to nie pociesza. - Jednak to chyba lepiej, że przy pierwszym spotkaniu będzie więcej osób.

- Jeśli to za wcześnie, możemy przełożyć to na inny termin, Zayn. - rzuca pospiesznie. - Nie zmuszaj się do niczego.

- Chyba cały czas będzie mi się wydawało, że to jeszcze nie ten czas… A jeśli kiedykolwiek chcę go odzyskać, muszę zacząć coś robić w tym kierunku. On walczy z nałogiem, poczuciem winy, atakami paniki, depresją i chuj wie czym jeszcze - oddycham głęboko dwa razy. - Teraz kolej na mnie. Chcę przestać się bać tego spotkania, bo później będzie tylko łatwiej. Wiem, że sam jego widok sprawi, że będę cofał się myślami do złych i dobrych wspomnień. - Kolejny oddech na uspokojenie. - Szczerze, nie mam pojęcia w którą stronę to pójdzie… mogę równie dobrze wybuchnąć płaczem, zemdleć albo strzelić go w twarz, albo przytulić i nie chcieć puścić.

- Uhm… Jak coś, to zawsze możesz zrobić wszystko po kolei. - mówi - Jeśli to tylko sprawi, że ruszysz do przodu i spokojnie prześpisz chociaż kilka godzin.

- Wiesz, że nie śpię? - dziwię się, bo myślałem, że tak świetnie się z tym kryje…

- Proszę cię, w tym mieszkaniu nie ma aż takiej przestrzeni, żeby mógł umknąć mi fakt, że ktoś drepta w nocy po kuchni, a później siedzi i pali na balkonie, albo zaszywa się w swoim pokoju i rysuje.

- Skąd wiesz, że akurat to?

- Może stąd, że rano całe ręce masz grafitowe? Czasami też smugi na twarzy… już nie wspomnę o twojej pościeli…

- Uh… wygląda na to, że nie jestem tak sprytny, jak mi się wydawało. - puszcza mi oczko i zerka na wyświetlacz telefonu.

- Sądzę, że musimy się zbierać, bo twoja ulubiona terapeutka nie może przecież znowu na nas czekać.

- Czasami cię nienawidzę - mamroczę pod nosem, ale on oczywiście słyszy i uderza mnie lekko w ramię niczym obrażona, urażona księżniczka.

- Nie kłam. - prycha - Kochasz mnie.

- Braterskich uczuć i rodzinnych więzów nie da się od tak wyhodować w kilka tygodni, ale myślę, że jesteśmy na dobrej drodze. - To tak jakby prawda powiedziana żartem i on chyba też to wie, bo cała gra nagle znika, a on szczerzy  się tak bardzo, że to chyba aż bolesne, a drobne zmarszczki pojawiają się w kącikach jego oczu.


***


Chwilę później jesteśmy już zapakowani do samochodu Louisa, który jest jednocześnie jego obsesją, pasją i chyba największą życiową miłością. Zresztą, co się dziwić, to czarny mustang GT2,  błyszczący tak, jakby Tomlinson całkiem dużo czasu poświęcał na polerowanie go i podziwianie, co właściwie za bardzo nie mija się z prawdą. Jednak skoro jesteśmy rodziną to jasne jest, że on musi mieć jakieś swoje drobne dziwactwa. Ja każdą powierzchnie uznaję za potencjalne miejsce na graffitti, a on obdarzył uczuciem własny samochód…

Przysięgam, że Lou wzdycha, gdy odpala auto, a silnik wydaje charakterystyczny dźwięk, gdy noga szatyna mocniej naciska na gaz, a ten chichocze sam do siebie.

Może zapytam Nicoli, czy to też można leczyć?




Louis:


Docieramy na miejsce jak zwykle z kilkuminutowym opóźnieniem, ale to nie moja wina do cholery. Kto mógł przypuszczać, że w piątkowe popołudnie będą aż takie korki?! No kto?!

- Moi ulubieni bracia. - mówi cierpko blondynka w średnim wieku. Daję słowo, ona odlicza dni, kiedy pozbędzie się nas z listy swoich pacjentów. Niby lekarz nie jest zobowiązany do lubienia wszystkich, ale jednak z psychoterapeutą to powinno wyglądać nieco inaczej.

- Dzień dobry - mówi Malik i od razu pakuje się do gabinetu. - Lou zapomniał, że dzisiaj piątek i wjechał w jedną z najbardziej zakorkowanych ulic zamiast znaleźć objazd.

- Hej młody, nie wysypuj mnie tak na starcie.- uśmiecham się niczym niewiniątko do Nicoli, a ta tylko wzdycha pokonana.

- Pewnie będę tego żałować, ale chciałabym, żebyście dzisiaj weszli obaj. Oczywiście, jeśli Zayn nie ma nic przeciwko. - Mulat wzrusza ramionami, więc dreptam posłusznie do niewielkiego pokoju. Siadamy naprzeciwko terapeutki, a chwilę później ona unosi wzrok znad swoich notatek.

- Zaczniemy od tego, co zmieniło się od ostatniego spotkania?

- Nie za wiele… koszmary nadal są. Nie bardzo radzę sobie na zewnątrz, najchętniej nie wychodziłbym z mieszkania, ale staram się jakoś do tego zmuszać. Mam pracę i jak na razie mój przyjaciel sam wszystko robi. Jednak wiem, że nie mogę zostawić tego na tak długo… dlatego próbuję jakoś stopniowo wychodzić, najpierw krótki spacer czy wycieczka do kiosku po fajki, a wczoraj udało mi się nawet iść z Louisem na dłuższe zakupy.

- To dobrze, nieźle sobie radzisz. Fobia społeczna jest częsta po traumatycznych zdarzeniach. To lęk przed innymi ludźmi, przed kontaktami z nimi. Czasami niektórzy nie są w stanie nawet wymienić kilku zdań, bo lęk ich paraliżuje. W niektórych sytuacjach odczuwa się go mocniej, wystarczy poczuć zapach czy usłyszeć coś, co kojarzy nam się ze stanem zagrożenie, by mieć ochotę odwrócić się na pięcie i uciec z powrotem do domu.

- Tak, to całkiem nieźle opisuje to jak się czułem, a gdyby nie było ze mną Tommo, to raczej nie dałbym rady.

- Co zaobserwowałeś? - To pytanie kieruje do mnie.

- Uhm… gorzej reaguje na mężczyzn. Kobiety, jeśli nie przekraczają jego przestrzeni osobistej, nie wywołują nerwowych reakcji.

- Uhm - kobieta zapisuje krótka notatkę. - Coś jeszcze? Jak zachowuje się tylko przy tobie?

- Tylko czasami, gdy go zaskoczę, widzę, że panikuje przez kilka sekund. Gdy orientuje się kim jestem, od razu się rozluźnia.

- Zayn, co pojawia się w snach? To samo, co zwykle?

- Tak: moja matka, Niall na prochach.

- Myślałeś o drobnym wsparciu farmakologicznym? Nic mocnego. Jednak zaburzenia snu mogą być długotrwałe, a bezsenność jest męczącą przypadłością. Na dłuższą metę nie da się tak funkcjonować.

- Na początku nie chciałem, bo i tak przymusowo biorę jakieś tabletki rano, a drugie mam w razie nagłych stanów lękowych.

- Te drugie brałeś kiedykolwiek?

- Nie… - Kobieta wraca do biurka i podaje mi wizytówkę. Dalsza część terapii jest dosyć ciężka, bo pracujemy nad kolejnym uczuciem, które Zayn wymienił podczas pierwszej sesji.


Rozgoryczenie.

- Co rozumiesz przez to słowo? Co się pod nim ukrywa, Zayn?

- Nie rozumiem…

- Rozgoryczenie jest połączeniem kilku emocji: gniewu oraz smutku. Często również rozczarowania…

- Uhm… To znaczy, ja… - Malik milknie i chyba nie zamierza ponownie się odezwać.

- Opisz to co czułeś, gdy czekałeś aż twój partner zaśnie, żeby się wymknąć.

- Po tym wszystkim… czułem za dużo: byłem załamany, przerażony tym, co się stało z moim życiem w ciągu kilkudziesięciu minut. Zraniony, smutny, bo ufałem mu jak nikomu innemu. Zawsze ratował mnie i to po prostu Niall słoneczko Horan. Chyba nie docierało do mnie to, co się stało. - Zamykam oczy, bo już to słyszałem, tyle że w wersji Nialla, która była mocno zniekształcona przez dragi.

- Kiedy przyszło rozgoryczenie?

- Zmywałem z siebie krew i miałem takie cholerne przeczucie, że tym razem nie dam rady. To tak bardzo przypominało mi o tych upokorzeniach i bólu, jakie otrzymałem od matki. Poczułem, że życie znowu mi dokopało. Byłem zrezygnowany i nie miałem pojęcia co zrobić. Kompletnie nie miałem siły, żeby radzić sobie z tym, co ze mnie zostało. Chciałem mieć tylko spokój…

- A teraz? Nadal tak czasami się czujesz?

- Tylko po tych koszmarach… ale nie tak silnie jak wtedy. Chcę spróbować jakoś poskładać siebie z powrotem w jeden kawałek.

- Dobrze Zayn, Louis. Na następnej sesji omówimy wasze pokrewieństwo, plus kolejną emocję z listy, a może nawet dwie, o których dzisiaj wspomniałeś: zranienie i smutek.

- Okay - mruczy pod nosem Malik i wiem, że jest wykończony.

- Do widzenia. - wołam i wychodzimy z westchnieniem ulgi z budynku. Prosto na kwietniowe, ciepłe popołudnie.




Niall:

Znowu idę po tych samych schodach na piętro do gabinetu Harry’ego. Zostało mi już tylko dwa tygodnie w klinice i powoli opanowuje mnie lęk przed opuszczeniem bezpiecznych murów placówki. Tutaj z daleka od całego tego młynu i kołowrotka miejskiego życia, znowu zacząłem przejawiać pewne symptomy optymizmu. Chociaż są mocno tłumione przez wyrzuty sumienia czy wstyd. Jednak najgorsza z tego wszystkiego jest pustaka.

Pukam do drzwi i jak zawsze nawet nie czekam na to: proszę wejdź.

Błąd.

Styles nie jest sam, a z jakimś brunetem. Na pierwszy rzut oka kilka lat starszym od pana terapeuty i zdecydowanie bardzo mu bliskim, zwarzywszy na to, że zastaję ich w jednoznacznym momencie. Harry siedzi w swoim fotelu, a mężczyzna na jego kolanach. Przez chwile patrzą na mnie bardzo przerażonym wzrokiem i żaden nawet nie drgnie.

- Mam przyjść później? - pytam po uprzednim odchrząknięciu.

- Nie, Niall! Stój! - woła za mną Styles. - Przepraszam to nie powinno się zdarzyć, ale nie miałem dzisiaj terapii z takim chłopakiem, który wypisał się na żądanie wczoraj. Nick przyniósł nam obiad i się zasiedzieliśmy… - Rumieniec na twarzy i szyi psychoterapeuty jest najzabawniejszą rzeczą, jaką widziałem od kilku tygodni, a to jego zakłopotanie i zawstydzenie oraz niema prośba w oczach jedynie dopełniają obrazek. Nie wytrzymuję i wybucham śmiechem.

- Więc to jest pan narzeczony? - przeskakuję wzrokiem od jednego do drugiego. Dostaję podwójne skinienie głową. - Słyszałem już  co nieco, jak gadałeś z Louisem… przestań się tak bać, Styles. To nie tak, że już lecę do dyrekcji naskarżyć, prawda?

- Uhm… to ja już może będę spadać. - stwierdza brunet uśmiechając się najpierw do swojego faceta, a później do mnie. - Miło dopasować twarz do osoby, o której mój narzeczony nie potrafi ostatnio przestać gadać.

- Hej! A co z tajemnica lekarską?!

- To nic z terapii… takie moje luźne uwagi…

- Powiedzmy, że ci wierzę, Styles.

- Na razie, skarbie - woła rozbawiony Nick. - Mam nadzieję, że do zobaczenia poza murami ośrodka, kolego! - Kurwa, kojarzę skądś głos tego gościa.


***

Dziesięć minut później Harry nadal wydaje się być myślami daleko od mojej sesji. Nie bardzo mi się to podoba…

- Nic z tego nie będzie. - wzdycham, pocierając lekko czoło. - Słyszałeś cokolwiek z tego, co od pięciu minut gadam?

- Uhm… przepraszam, jeśli wydaję się być rozproszony. Nadal mi głupio, bo nie pomyślałem. Ty nadal nie za bardzo gadasz z Zaynem, a ja prawie na twoich oczach całowałem się z chłopakiem.

- A nie narzeczonym?

- Yeah, racja.

- Czyżby lekki stresik przed zaobrączkowaniem?

- Nie, nie - odpowiada szybko. O wiele za szybo i zbyt entuzjastycznie, żeby móc uznać to za wiarygodną odpowiedź.

- Słuchaj Harry, może i jestem twoim pacjentem, ale przyznasz, że odrobinę nietypowym… Naprawdę nie zamierzam tego nigdzie zgłaszać. To było nawet trochę zabawne. Cudze szczęście mi nie przeszkadza przez to, że sam teraz mam pod górkę w życiu.

- Dzięki. - wzdycha i teraz ulga jest bardzo widoczna w rozluźnieniu ramion i lekkim przyjaznym uśmiechu. - Wracając do ciebie… Louis do mnie dzwonił.

- Tak? Coś się stało?

- Nie… znaczy się, zastanawiają się nad odwiedzinami. Co ty o tym myślisz? Dasz radę?

- Zayn chce tu przyjechać? Do mnie?

- No przecież, że nie do mnie… - To ma być terapeuta? Ździebko zbyt sarkastyczny.

- Kiedy? I o co ty się pytasz?! Jasne, że chcę. Tylko czy dla niego to nie za dużo? Wiem, że ma swoją terapię i mało wychodzi? Czy spotkanie ze mną tego nie pogorszy?

- Nie powinno. Zobaczy znowu ciebie, bez prochów i tego całego gniewu… to może pomóc mu rozróżniać te twoje wcielenia i przez to łatwiej będzie mu na powrót zaufać. - Harry robi chwilę przerwę na zebranie myśli, pionowa kreska pojawia się pomiędzy jego brwiami. - Ja dostrzegam ogromną różnice między tym zrezygnowałem gościem, który przyjechał tutaj z Tomlinsonem, a chłopakiem, którego mam teraz przed sobą. To dwie, całkiem inne osoby…

- Ale ja nadal czasami się tak czuję. Wszystko wraca: Zniekształcone przez narkotyk uczucia i myśli. Ciągle w głowie mam to, co wtedy wbiło mi się w mózg. On jest mój, nie pozwolę mu odejść. Budzę się i niemal słyszę jego prośby o to, żebym przestał i czuję zapach zaschniętej krwi. Zraniłem go, zawiodłem, zniszczyłem… dlaczego on wciąż miałby chcieć kogoś, kto jest potworem?

- Może on kocha tego chłopaka, którym naprawdę jesteś i wierzy, że jeśli nie weźmiesz więcej prochów, to ten potwór nie wróci? - Słyszę tak dobrze mi znany, cichy głos. Odwracam się i zamieram. W drzwiach gabinetu stoi Zayn, a zza niego wychyla się Tomlinson.

piątek, 17 listopada 2017

Sterek- Zużyty...

***
Studia są dla Stilesa ucieczką od Beacon Hills i wszystkich kłopotów tego miasteczka. Najważniejsze jednak, że może odseparować się od swojego uzależnienia: Dereka Hale'a. Cała ich relacja była chora i teraz doskonale to widzi, ale wciąż coś do niego czuję. 
Kosztuje go dużo samozaparcia i kontroli by nie sięgnąć po telefon, choć codziennie ma na to ochotę. Paląca potrzeba usłyszenia tego zimnego i mrukliwego głosu towarzyszy mu niemal o każdej porze dnia i nocy. W najgorszych momentach ucieka z akademika do biblioteki, lub na uniwersytecki basen. Teoretycznie nie powinno go tam być, ale odkąd jest w drużynie pływackiej ma pewne układy ze stróżem i sprzątaczką. Znają go i nie robią żadnych problemów, jeśli przychodzi chociażby o północy czy nad ranem.
Nigdy nie widział w sobie niczego wartościowego, a już na pewno nie miał siebie za typ sportowca. Jednak bieganie za stadem przerośniętych kundlów na coś się w końcu przydaję. Ma formę jakiej nikt po nim się nie spodziewa. Nie umie obiektywnie się ocenić, bo zawsze widzi więcej wad niż zalet, ale pewną wskazówką jest ilość niby ukradkowych spojrzeń jakie posyłają mu inni studenci.

***
Kończy pierwszy rok socjologi i w zasadzie mógłby jechać na wakacje do domu. Problem w tym, że się boi. Anglia daję mu odpowiedni dystans by utrzymać swoje nastoletnie, niespełnione uczucia w ryzach, a przebywanie zbyt blisko Dereka mogłoby zaprzepaścić rok abstynencji. Wcale nie ma na myśli zwykłego, prostego seksu. To nie tak, że przez rok nie było nikogo. Studenckie życie daje dużo możliwości i sposobności na szybki numerek. Czasami nawet nie zna ich imion i jakoś nie potrzebuję tej wiedzy do szczęścia.
Nie. On nie chce znowu zachowywać się jak narkoman błagający o kolejną, niewielką działkę. Dlatego przeprasza swojego ojca i mówi mu, że znalazł pracę na lato i nie może wrócić. Szeryf prawdopodobnie mu nie wierzy, ale wie wystarczająco dużo o swoim synu by nie drążyć tematu. Informuję, że w takim razie on wpadnie na kilkutygodniowy urlop.


Kolejnym zaskoczeniem jest dla Stilinskiego pewien znany mu blond dupek. Wpada na niego w najmniej oczekiwanym momencie.
Ciepły (jak na najbardziej deszczowe miasto Europy) wieczór i szybki wypad ze znajomymi do klubu. Kilka drinków i wygłupiania się na parkiecie, aż w końcu idzie z jakimś nieco starszym od siebie chłopakiem do toalet, ale gdy tam docierają Stiles o mało nie traci wzroku przez scenę jakiej jest świadkiem.
- Whittemore?!
- Stilinski.- Jackson zachowuje się nadzwyczaj spokojnie, jak na kogoś kto został przyłapany na gorącym uczynku. Czyli na ssaniu innemu kolesiowi.
- Znacie się? - pyta pan: "chwile przyjemności dla Stilesa". Tak... znowu nie zapytał nawet o imię.
- Yhm - wzdycha lekko rozbawiony, kiedy towarzysz Jacksona w pośpiechu poprawia spodnie i wychodzi z łazienki, a zawiedziona mina blondyna zdecydowanie jest warta tego by uwiecznić ją na dłużej.
- Całkiem nieźle... - mamrocze dawny znajomy i nawet sili się na niewielki uśmiech. Wygląda na to, że chłopak z którym Stilinski zamierzał miło spędzić noc błędnie interpretuję sytuację, bo kilka sekund później zostaje po nim tylko słaby zapach perfum. - Chyba nam uciekli.
- No co ty nie powiesz?
- Sarkastyczny, mały sukinsyn. - Jackson uśmiecha się krzywo - Nic się nie zmieniłeś.
- Dupek do kwadratu - odcina się - U ciebie też nie ma jakiejś metamorfozy. - Stiles uświadamia sobie, że właściwie cieszy się, że go widzi, a to powinno go już przerażać.

Zawsze skakali sobie z Whittemorem do oczu i nie mogli zbyt długo przebywać w tym samym pomieszczeniu, nawet jeszcze za czasów przedszkola, bo inaczej lała się krew. Dosłownie. On rozbił mu nos, a blondyn wbił mu kiedyś cyrkiel w nogę.
- To co tutaj robisz? - pyta wilkołak
- Bawię się... a raczej bawiłem... - wzdycha zrezygnowany.
- Chodzi mi o to, co robisz w Londynie?
- Studiuję socjologię na Oxfordzie, a w Londyne szukam pracy na wakacje. - Nie wie dlaczego mówi prawdę, ale tak czy inaczej robi to.
- Ładnie... zawsze myślałem, że jesteś za mądry jak na Beacon Hills. - Stilinski o mało nie pada trupem po tym wyznaniu.
- Przepraszam, ty co?! Nienawidziłeś mnie jak pies, pcheł!
- Cóż, to niekoniecznie prawda. - Jackson po raz pierwszy tego wieczoru wygląda na zakłopotanego, czy nawet zawstydzonego.

***
Później to staję się normą. Stiles Stilinski i Jackson Whittemore wychodzą razem wieczorami i spotykają się na oglądanie meczy, chociaż żadnego z nich jakoś specjalnie nie pasjonuje piłka nożna. Jednak są w Anglii i to do czegoś zobowiązuje. Można powiedzieć, stali się dobrymi przyjaciółmi i to czasami wciąż zaskakuje Stilinskiego

Pod koniec sierpnia, gdy mija dokładnie miesiąc odkąd Stiles zaczął pracę jako barman w jednym z popularnych klubów, idą uczcić pierwsza wypłatę do salonu tatuażu. Jackson nie przepada za igłami, a Stiles pamięta swoją kompromitację gdy Scott zdecydował się na 'to coś' na swoim przedramieniu. Nie chce pierwszego, lepszego wzoru tylko jakiś znaczący...

Przeglądają katalogi jeden po drugim, aż w końcu Whittemore niepewnie podsuwa mu pod nos szkic przedstawiający: Ikara. Spadającego Ikara. To jest to. Czasami sam czuje się jakby leciał głową w dół bez spadochronu... pasuje jak ulał.
- Będzie dobrze wyglądać na żebrach. - sugeruje tatuażystka - To dosyć szczegółowy wzór... potrzebne sporo miejsca i na pewno nie zrobię go na raz. Trzy sesję po kilka godzin. Trzysta pięćdziesiąt funtów. Działamy?
- Tak - Stiles wie, że to jest dokładnie to czego szukał. Choćby miał mdleć za każdym razem to i tak będzie miał ten tatuaż.

***
Rozpoczyna się kolejny rok akademicki i za oknem na powrót jest szaro i deszczowo. Stiles czuje się nieco gorzej, bo Jackson ma swoje uczelniane problemy, a na dodatek wataha której blondyn jest częścią walczy z sąsiednią o terytorium. Nie widują się zbyt często. Przez to wszystko szatyn znowu ma zbyt dużo czasu na myślenie.
Nie pomógł mu tez fakt, że ojciec mimochodem wspomniał o tym, że Hale się żeni. Stilinski może to zobaczyć: Derek w dobrze skrojonym garniturze wygląda jak jakiś pieprzony amant filmowy, czy milioner na urlopie... A ona? Piękna, w białej, eleganckiej sukience. Prosto z klasą, ale wciąż robi wrażenie.
Widzi jak bardzo on nie pasował do bruneta i to boli tak samo jak wcześniej. Upływ czasu nic mu nie dał. Derek przychodził do niego tylko jak potrzebował szybkiego seksu. Stiles był czymś, co zapewniało mu relaks i rozrywkę. Świadomość tego powoduje, że zbiera mu się na wymioty, a czasami nadal nie może patrzeć na siebie w lustrze. Czuję się taki... taki zużyty? Brudny i jakby nie nadawał się do niczego innego niż pieprzenie. W zasadzie to nigdy nie był w żadnym związku, więc może tak jest? 
Anonimowy seks, zero zobowiązań i bez zbędnych sentymentalnych bzdur...

Kiedyś marzył o tych wszystkich pierdołach: śniadaniach, zapachu i cieple drugiej osoby obok niego, kolacjach, wypadach do kina, czy na wspólne wakacje.
- Kto by cię chciał? - mówi, cichym, pozbawionym jakichkolwiek emocji głosem wpatrując się w swoje odbicie.

czwartek, 9 listopada 2017

Sterek - W użyciu...

Witam kochani!
Oto pierwsza część serii "Rollercoaster uczuć".

***

To ogólnie dostępna wiedza, że Derek ma fatalny gust co do kobiet, z którymi się spotyka. Wiedzą, ale nikt nie mówi o tym głośno. Jednak nie da się przeskoczyć faktu, że złą passę rozpoczęła Kate. To ciągnie się za starszym niczym tren za panną młodą. Stiles nie jest wilkołakiem, ale i tak bolą go wnętrzności od patrzenia na zabijającego się poczuciem winy Hale'a.

Po Kanimie COŚ zaczęli... i Stilinski nie potrafił za nic w świecie ogarnąć czym to coś jest. Derek nie staje się dla niego jakoś specjalnie miły. Może nie grozi mu już rozszarpaniem gardła i nie rzuca nim o twarde powierzchnie, zamiast tego woli wciskać go w materac, ale wciąż nie określili na jakiej płaszczyźnie teraz się znajdują. Staje się to boleśnie oczywiste, kiedy pojawia się Jeniffer i chociaż Hale zna ją kilka dni, całkowicie przepada. Młodszy widzi jak te strzępy bruneta, które miał dla siebie zostają mu wydarte i na srebrnej tacy podane jej. Każdy krzywy uśmiech, wzruszenie ramionami, kubek kawy czy wspomnienie o rodzinie teraz dostaje ona.

Później wszystko pieprzy się jeszcze bardziej, bo ojciec Stilesa zostaje porwany i wtedy jego złamane serce schodzi na dalszy plan. Całą swoja nadpobudliwą małą osobę skupia na odnalezieniu staruszka. Ojciec jest jedyna rodziną jaką ma i nie wybaczy sobie jeśli przez całe to nadnaturalne gówno coś mu się stanie.


Razem ze Scottem rozwikłują zagadkę. Wiedzą kim jest darach. Jennifer. To takie typowe, że psychiczna, mściwa laska owinęła sobie Dreka wokół palca. Stiles powinien czuć cokolwiek w związku z tym, ale poza strachem o to, że alfa im nie uwierzy, nie docierają do niego żadne inne emocję. McCall, niech go niebiosa sławią, nie pyta o nic. Szatyn wie, że przyjaciel zna go zbyt dobrze, żeby umknęło mu jego ostatnie przygnębienie i wycofanie.

***

Cokolwiek Derek dostrzega na ich twarzach, bądź wyczuwa w zapachu to nie wystarcza, żeby zwrócił się przeciwko niej. Mimo to staje się neutralny... stoi pomiędzy stronami i dopiero, gdy popiół z jarzębiny uderza Jennifer wyrywając z jej gardła nieludzki wrzask i ukazując prawdziwą twarz, Hale jest z nimi.


Stiles chce tylko odnaleźć ojca, a tracą jeszcze kobietę, która jest dla niego jak matka. Scott wariuje i też znika, a szatyn zostaję sam z kompletnie rozwalanymi Hale'ami. Cora jest chyba w najgorszym stanie, sądząc po tym, że dwa razy musiał jej robić sztuczne oddychanie. Peter w zasadzie jest tylko fizycznie wykończony i zwykły kilkugodzinny sen powinien pomóc mu się zregenerować. Nigdzie jednak nie widzi Dereka i to zmusza go do rozsypania okręgu z jarzębiu wokół karetki z bezbronnymi wilkołakami ( to powinien być oksymoron, myśli) coś, co w naturze nie występuję obok siebie bezbronny i wilkołak...

Wraca do szpitala i na przemian nawołuje Scotta i Dereka, bo jeśli jest jakiś limit nieszczęść to ten na dzisiejszy dzień już dawno go wyczerpał. W końcu dostrzega kogoś leżącego w windzie i chyba w życiu tak szybko nie biegł. Wilkołak ma zamknięte oczy i bardzo płytki oddech. Stiles liczy do trzech i modli się do wszystkich bóstw jakie zna, żeby Derek nie zabił go za to co zamierza zrobić. Uderza go, ale Hale wciąż jeszcze nie wykazał oznak, że kontaktuje z rzeczywistością. Dopiero po drugim ciosie starszy otwiera oczy i gwałtownie wciąga powietrze. Szatyn taszczy wciąż trochę zamroczonego alfę do ambulansu i wciąga go na siedzenie pasażera.

Łapie za kluczyki i odjeżdża. Kurwa, właśnie ukradł karetkę... czy ktoś jest chętny, żeby odwiedzać go w kryminale, albo chociaż od czasu do czasu wysłać mu skromną paczkę?

Nikt nic nie mówi, ale coś wisi w powietrzu.

- Jak Cora? - pyta charczącego gdzieś z tyłu Petera.

- Będzie żyć... przynajmniej taką mam nadzieję. - Stiles kiwa głową.

- A ty?

- Ja? - najstarszy z nich wydaje się być autentycznie zaskoczony  jego pytaniem.

- Nie, sierotka Marysia... Tak Ty. - Stilinski stara się nie skupiać na niczym innym jak na chwili obecnej i bezpiecznym odtransportowaniu ich czwórki do domu Dereka.

- Poskładam się z powrotem... - mówi wolno Peter, gapiąc w tył jego głowy, jakby chciał dostać się do jego myśli.


***

Sprawa ze stadem alf i darachem zostaje przeszłością. Derek wraca do niego z podkulonym ogonem albo Stiles lubi o tym myśleć w ten sposób. To on jest tym głupim chłopcem, którego można użyć na pocieszenie. Hale przychodzi, bo wie, że nie zostanie odrzucony. Obaj o tym wiedzą i Stilinski zaczyna podejrzewać, że nie tylko, bo Peter zachowuje się dziwnie... okay, dziwniej niż zazwyczaj.

Młodszy nie ma już siły dłużej oszukiwać samego siebie i w końcu to przyznaje - zakochał się w tym gburowatym wilkołaku. Gdy przestaje się bić z własnymi myślami wszystko staję się łatwiejsze. Chociaż nie mniej bolesne, kiedy słyszy plotki o tym Hale'u i kolejnej długonogiej blondynce. Zastanawia się, dlaczego w takim razie Derek nie zostawi go w spokoju? Może wtedy w końcu Stiles umiałby o nim zapomnieć? Raz, a porządnie złamane serce i tak będzie boleć mniej, niż nasączanie go nadzieją niczym benzyną, by kilka godzin później spalić je w pierwszych promieniach słońca.


Derek mało mówi, bo w końcu nie po to przychodzi i Stiles chciałby wrócić do tego, co było przed Jennifer. Oni rozmawiali, nawet parę razy wywołał na twarzy starszego uśmiech. Wtedy nie byli czymś określonym, a tym razem są, nawet jeśli żaden z nich nie mówi tego głośno. Dziewiętnastolatek jest dla starszego rzeczą. Szmatą, której może użyć, by zapomnieć na chwilę o otaczającym świecie. Stiles chciałby umieć powiedzieć: NIE. Jednak wie, że będzie to trwać tak długo, aż Derek znowu nie odejdzie.


To dzieje się prędzej niż później. Pojawia się Braeden, więc Stilinski idzie w odstawkę i ma taki mętlik w głowie, że czuje się, jakby spędził tydzień na rollercoasterze. To powinno być niedopuszczane, żeby CZUĆ aż tyle na raz. Jest zraniony i zdradzony... znowu, ale te dwie emocje zna tak dobrze, że wita je niemal z ulgą.

Widzi ich czasami na jakichś spotkaniach watahy i to za dużo, bo jest zazdrosny i zrezygnowany. Kocha go, ale widzi, że tym razem to fajna babka, a nie psychopatyczna morderczyni. Chciałby potrafić życzyć im szczęścia, ale nie lubi kłamać. Nie mówi nic.

Zapomina jak to jest czuć jego ręce na sobie i tęskni, ale jednocześnie czuje się szczęśliwszy i tak WOLNY.



Dostaje list z uczelni i już następnego dnia rezerwuje samolot do Anglii.