piątek, 14 października 2016

Wina przypadku/Lirry 3


* Nie mam pojęcia czy ktoś to przeczyta.
*Nie zmuszam do tego nikogo. Podoba Ci się to czytaj nie to zamknij strone i tyle. 
*Jeżeli podoba Ci się, FF a masz jakieś drobne uwagi to przyjmę konstruktywną krytykę, ale nie hejty, bo jak komuś kompletnie nie podoba się to, co znajduję się na tym blogu to nie rozumiem po, co czyta dalej. 
* Zastanawiałam się nad zrezygnowaniem z tego bloga, bo nie publikuję tylko tutaj... 



Bo nawet anioł by się skusił...



Liam:

Mam bardzo złe przeczucia, co do tego koncertu. Stadion wypełniony po brzegi, scena przygotowana, band już się rozgrzewa, a ja, co chwilę przyłapuję Louisa Tomlinsona na przypatrywaniu mi się z diabelskim uśmieszkiem. Każdy, kto choć trochę go zna wie, że nie wróży to nic dobrego. Nie mam pojęcia, co tym razem ten pokemon wymyślił, ale potem prawdopodobnie będę miał ochotę go zamordować...

Wchodzimy na scenę, a raczej wskakujemy i na chwilę moje obawy idą w zapomnienie, bo kiedy tyle osób śpiewa z nami piosenki, piszczy i po prostu dobrze się bawi dzięki nam to wszystkie myśli uciekają z głowy. Trzy szybkie utwory jeden po drugim potrafią dać w kość, kiedy jednocześnie się śpiewa, biega, skacze i jeszcze próbuję tańczyć. Dlatego z ulgą siadam na schodkach przy Little Things. Dzięki temu, że Magament pilnuję żeby Louis był daleko, od Hazzy to Tomlinson może bez żadnych podejrzeń siedzieć z Malikiem. Uśmiecham się pod nosem, bo kto by się kurwa spodziewał, że ta dwójka? Niby czasem znalazła się jakaś fanka, która coś tam dostrzegała, ale zazwyczaj w kontekście przyjaźni, a tu tak niespodzianka. Zayn śmieję się z trudem łapiąc powietrze na coś, co powiedział mu Louis, a później zerkają na Harry'ego, który odpowiada im zdezorientowanym spojrzeniem. Nie dziwie mu się... mnie przeraża sam Tommo obserwujący mnie, a kiedy zaprzęgnął do pomocy swojego chłopaka to aż strach się bać, co wykombinują. Trzeba przyznać, że odkąd wiemy o nich zachowują się znacznie swobodniej i widać te szczenięce spojrzenia i to słynne przyciąganie... trochę jak magnesy jak jeden idzie w prawo to drugi automatycznie też zapieprza w prawo. Jak Malik siedzi w kącie zmęczony to Lou wycisza swoją głośną osobowość dopasowując się do nastroju chłopaka. Największym szokiem był jednak dla mnie Zayn wymyślający samodzielnie dowcipy i ten dumny błysk w oczętach Tomlinsona... Szatan i jego zdolny uczeń.

Harry:


Cały wieczór czuje na sobie czyjeś spojrzenie, a stalkerami okazują się być Louis i Zayn. Do tego te ich porozumiewawcze spojrzenia i zadowolone uśmieszki... Tak to zdecydowanie nie wróży dla mnie nic dobrego. Później jednak skupiam się na fanach i muzyce kompletnie zapominając o dziwnym zachowaniu przyjaciół. To mój największy błąd tego dnia, bo pierwsza zasada przetrwania powinna brzmieć: Nie lekceważ Louisa Tomlinsona i jego durnych pomysłów. Liam i Louis znowu stoczyli wojnę na wodę i jestem przekonany, że Tommo doskonale wiedział, co zrobi mi widok koszulki Payno przyklejającej się do jego torsu. Dobrze, że to już koniec koncertu inaczej moglibyśmy mieć kolejny skandal pod tytułem: Harry Styles podniecił się podczas występu. Fanki i ich zajebista wyobraźnie nie potrzebują lepszej zachęty do pisania fanfiction. W zasadzie mi to nie przeszkadza, przyznam, że przeczytałem kilka, do których linki mi wysyłały. Jednak szerokim łukiem omijałem wszystkie otagowane Larry. Z tego, co mówił Tomlinson to Zayn i tak nie reagował za dobrze na to hasło. Zresztą... najczęściej szukałem tych znacznie rzadziej pisanych... Niall raz o mało nie umarł od śmiechu, kiedy dostał powiadomienie o jakimś OT5 nie miał pojęcia, co to no i kliknął. Mówi, że to pierwszy i ostatni raz. Do tej pory Louis się z niego nabija, że ma słabe nerwy. Z kolei Tomlinson bez bicia przyznaję się do regularnego czytania o sobie i Zaynie, a Malik twierdzi, że nasze fanki mają całkiem niezłe pojęcie o tym, co piszą...

Koncert się kończy, pisk fanów jest ogłuszający, a migające światła powodują lekkie zdezorientowanie. Dlatego kolejny raz tracę równowagę i potykam się o własne nogi. Chłopaki oczywiście cicho się śmieją.
- Może na następne urodziny powinieneś dostać ochraniacze i kask?- Pyta niewinnie Zayn. Przewracam oczami, bo nie ma sensu tego komentować.
- Pierwszy pod prysznic!- Woła Niall zerkając jakoś dziwnie na Zouisa.
- My zajmujemy drugi!- Odpowiada automatycznie Louis jakby to było oczywiste. No nic, trudno poczekam...
- Tylko nie pieprzcie się tam...- Mówi Liam zmęczonym głosem.- Chciałbym z siebie zmyć te wszystkie napoję, którymi zostałem zaatakowany.- Dodaję patrząc groźnie na Tomlinsona, ale ten się tylko wyszczerza. Payno odpowiada mu środkowym palcem i wszyscy wybuchamy śmiechem. Kiedy chłopaki znikają pod prysznicami siadam na fotelu i czuję jak koszula przylega mi do spoconych pleców. Nic przyjemnego... wolę sobie nawet nie wyobrażać jak czuję się Liam skoro Lou oblał go na sam koniec colą...
- Mam nadzieję, że się pospieszą.- Mówi cicho i nie jestem pewien czy zwraca się do mnie czy bardziej wypowiada myśli na głos. Głowę odchyloną ma do tyłu, a oczy zamknięte to całkiem niezły widok dla mnie. Zagryzam wargę, żeby przypadkiem nie wypuścić żadnego westchnięcia albo, co gorsza jęku.- Jak tam twoje plecy po upadku?- Pyta i słychać szczere zmartwienie w jego glosie.
- Nie jest źle, pewnie zostanie niewielkie otarcie i może siniak, ale prawie wcale nie bolą. Zresztą przyzwyczaiłem się często mam takie obrażenia.- Uśmiecham się nieznacznie, a on podnosi głowę patrząc na mnie uważnie.
- Faktycznie ostatnio częściej przydarzają Ci się takie „wypadki"... coś nie tak?
- Nie... chyba. Może jestem zmęczony bardziej niż zwykłe, trochę dokucza mi bezsenność.- Nie mam pojęcia, dlaczego się do tego przyznaję i to właśnie jemu, ale spojrzenie jelonka od zawsze potrafiło wyciągnąć ze mnie każdą tajemnicę.
- Musisz się dobrze kryć, bo nic nie zauważyłem...
- Czytam.- To moja jedyna odpowiedź i na szczęście nie zdarza zapytać o nic więcej, bo Louis z Zaynem wytaczają się z łazienki.
- No to chłopaki jedna wolna możecie iść.- Mówi rozbawiony Louis, a ja uśmiercam go wzrokiem. Niall otwiera kolejne drzwi i wychodzi z włosami wciąż ociekającymi wodą.
- Zamoczyłem sobie ręcznik.- Marudzi skrzacik, a ja śmieję się cicho. Czyli nie jestem jedynym pechowcem dzisiaj.


Liam zbiera swoje rzeczy i znika za drzwiami, z których wypełzł Niall mnie, więc niestety zostaję iść pod prysznic po Zouisie i mam szczerą nadzieję, że nie zostawili tam nic po sobie. Chyba trwało to za krótko, żeby zdążyli zrobić cokolwiek poza całowaniem i to pewne pocieszenie, bo nie chciałbym wdepnąć w spermę żadnego z nich.Ciśnienie wody jest średnie, zawsze jak w takich miejscach, ustawiam słuchawkę tak, żeby strumień dosięgał również moich loków. Nie mam czasu ani zbytnio siły na długi prysznic, dlatego temperaturę ustawiam na letnią, żeby się lekko orzeźwić. Jednak z włosami nie mogę pozwolić sobie na pośpiech, bo ich później kurwa nie rozplącze. Chłopaki nie mają pojęcia, jakie to jest utrapienie. Przez ciągłe stylizację moja czupryna przypomina po umyciu stóg siana... albo gniazdo. Dlatego zawsze muszę nakładać odżywkę i nie ważne, co ktoś by mówił na ten temat. Nigdy więcej nie popełnię tego błędu i nie pominę tej czynności, bo przypłacam to później zajebistym bólem i kłębkiem włosów na grzebieniu. Współczuję dziewczynom,naprawdę.


Spieszę się jak mogę, ale i tak spędzam w łazience dwadzieścia minut, a kiedy wychodzę widzę, że nikogo nie ma w garderobie i już mam iść do wyjścia, kiedy drzwi od drugiej za mną się otwierają i staję w nich Liam.
- Gdzie reszta?- Jest jakiś dziwnie spięty, a jego brwi zmarszczone.- Mam bardzo złe przeczucia...
- Nie wiem, może już wyszli do samochodu... wiesz, że Louis szybko się niecierpliwi.- Podchodzę do drzwi szarpię za klamkę i... kurwa nic się nie dzieję. Ktoś nas zamknął.- Haha chłopaki, niezły kawał, a teraz nas wypuście!- Krzyczę, ale odpowiada mi tylko cisza.
- Zabiję Tomlinsona.- Warczy Payno za moimi plecami. Przeszukuję swoje rzeczy i czegoś szuka.- No zajebie go! Sprawdź czy masz telefon, bo mój zabrali.- Szybko przeskakuję do swojej podręcznej, niewielkiej torby i to, co tam jest zdecydowanie nie jest tym, co powinno tam być!
- Nie mam...- Wzdycham. Liam próbuję otworzyć drzwi, ale to bezcelowe, od kiedy nasze garderoby zawsze mają solidne zamykanie na wypadek gdyby jacyś fani przedarli się ochronie. Obchodzę pomieszczenie dookoła w poszukiwaniu czegokolwiek: telefonu czy może tabletu jednej ze stylistek, ale jak na złość nic nie ma. Cokolwiek zaplanowali zrobili to dokładnie. I nagle dociera do mnie, dlaczego tu jesteśmy. Lou chce nas zeswatać, ale zapomniał o tym, że to tylko moje żałosne uczucia, Payno jest całkowicie hetero.
- Nie wyjdziemy stąd... jak dorwę tych idiotów to im nogi z dupy powyrywam!- Li jest wkurzony i to porządnie. Obaj jesteśmy zmęczeni po koncercie i głodni, mnie dodatkowo bolą plecy po upadku. Wiem, że Tommo chciał dobrze, ale to po prostu nie mogło się udać odkąd tylko jedna strona była zainteresowana.- Hazz, co z tobą?- Pyta, Liam ciszej i spokojniej.
- Nic.- Mruczę- Głodny jestem i wykończony, plecy mnie bolą.
- Powinienem mieć jakieś przeciwbólowe.- Szatyn przeszukuję mniejsze, boczne kieszenie swojego plecaka i wyjmuję jakieś tabletki. Coś z ibuprofenem. Kiwam mu z wdzięcznością i łykam od razu dwie. Człapię z powrotem na kanapę, zastanawiając się jak długo oni chcą nas tu trzymać. Czuję, że na czymś siedzę... podnoszę się i sięgam po to ręką: to koperta. Niepewnie wyciągam jej zawartość: zwykła kartka złożona na cztery...
- Co masz?- Payno zauważa, że coś znalazłem.- Jak miło zostawili nam wiadomość...- Kpi i przejmuję ode mnie list.

-Chłopaki nie wkurzajcie się na nas za bardzo, albo jak tam chcecie i tak jesteśmy poza zasięgiem waszych rąk. Za to wy macie siebie jak najbardziej dostępnych...- Myślę, że mniej subtelnym nie można było być.- Spędzicie tam dwadzieścia cztery godziny i ani minuty krócej. Nie ma możliwości żebyście się wydostali wcześniej opłaciliśmy to... Bez obaw nie damy wam umrzeć z głodu: w rogu garderoby jest niewielka lodówka i zostawiliśmy wam tam wcześniej zamówione jedzenie, kilka piw. Gdzieś na fotelach powinna leżeć reklamówka z wodą mineralną i karton z pizzą. Zimna, ale jakoś przeżyjecie. Pewnie zastanawia was, dlaczego? Cóż wiem o was obu coś istotnego i mam nadzieję, że ta doba sam na sam wystarczy wam żeby się odpowiednio uporać z tym napięciem między wami..- Li urywa i mogę zauważyć, że jest lekko różowy na twarzy. Hm... może to zamknięcie było warte tego widoku?- Wasz ulubiony terapeuta: Louis i jego dzielni asystenci: Zayn i Naill...
- Tak...- Wzdycham.-To by było na tyle. Przynajmniej zostawili nam coś do żarcia.- Idę we wskazanym przez Lou kierunku.

Zwijam opakowanie z lekko jeszcze ciepłą pizzą i sięgam po jedno piwo z lodówki. Siadam z powrotem obok Liama i podaję mu butelkę, a sam zabieram się za jedzenie.
- A ty nie pijesz? Wiesz przydałoby się i tobie coś na nerwy...
- Wziąłem przeciwbólowe, a odkąd nie możemy stąd wyjść to nie chcę ryzykować nawet minimalnie.- Li  przytakuję i przez jakiś czas panuję cisza.



Liam:

Moje przeczucia się sprawdziły... kiedy ja się w kocu nauczę ufać samemu sobie? Powinienem był się domyślić, ze ta cholera coś kombinuję, bo od rana chodził taki jakiś dziwnie zadowolony z siebie. Jakby wyszedł mu wyjątkowo udany kawał, ale machnąłem na to ręką. Stwierdzając, że najwyraźniej mieli z Zaynem bardzo udaną noc i dlatego Tommo ma minę jak kot, który nawpierdalał się rybek z akwarium. Dumny łowca z pełnym żołądkiem... Jeszcze na dodatek ta cholerna notatka, naprawdę namieszała mi w głowię. Z tego, co pisze ten „terapeuta" wynika, że zarówno ja jak i Styles mu się do czegoś przyznaliśmy. Skoro tak to może istnieje taka minimalna szansa na szczęśliwe zakończenie i dla mnie? Jednak, jeśli to tylko manipulacja ze strony Tommo i zrobię z siebie idiotę...
- Li?- Budzę się z myślowego transu na cichy głos loczka.- Chcesz kawałek?- Wyciąga do mnie opakowanie z jedzeniem i dopiero teraz zdaję sobie sprawę, że ostatnio jadłem na dwie godziny przed koncertem. Kończymy pizzę, a ja dopijam wywietrzały już alkohol. Niby niewiele, ale pozwoliło mi się trochę uspokoić. Hazz na chwilę znika w łazience, a ja przypominam sobie, co Lou zostawił w moim plecaku. Mimowolnie się czerwienie i skrępowanie wraca, bo wiem, że muszę jakoś utrzymać libido na wodzy, a to nie będzie proste, kiedy Styles jest zmęczony i niepewny bardzo klei się do innych osób. Zazwyczaj jest to Louis, a odkąd Zayn zrobił się bardziej zazdrosny to Niall. Mnie jakoś omija i jeśli się nad tym dłużej zastanowić to są dwa wnioski: albo mnie nie cierpi, albo z jakiegoś powodu nie czuję się komfortowo tak blisko mnie. Jednak przypominam sobie ten moment w Torbusie jakiś czas temu. Reakcję jego ciała na najmniejsze muśniecie.... Czy to możliwe żeby?
- Nad czym tak myślisz?- Podskakuję lekko na jego głos tuż przy moim uchu. Styles śmieje się cicho i z powrotem wskakuję na kanapę tuż obok mnie. Chwyta cienki koc leżący w rogu i zarzuca na swoje plecy, krzywi się lekko na ten szybki ruch. Niewiele myśląc podwijam nieznacznie jego koszulę i widzę, że otarcie jest całkiem sporę.- Nic mi nie będzie.- Mówi. Wiem to jednak nie mogę ot tak wyłączyć tego instynktu opiekuńczego. Zanim uświadamiam sobie, co dokładnie robię obejmuję go i ramieniem... niby przyjacielski gest, on ma głowę ułożoną wygodnie na moim ramieniu, a mi nie pozostaję nic innego jak ciche dopasowanie.


- W sumie nie jest tak źle, co?- Pyta i zaskakuję zarówno mnie jak i samego siebie sądząc po jego bardzo niepewnej minie.
- Zdecydowanie.- Odpowiadam szczerząc się. Później nie mówimy nic istotnego. Wspominam koncert i jego, co śmieszniejsze momenty. Styles łaskocze mnie w szyję swoimi lokami, ale kto by narzekał?
- Louis dostał dzisiaj jakiegoś szału z tą wodą...- Stwierdzam.- Później jeszcze ta nieszczęsna cola.
- Hej! Przynajmniej fanki były szczęśliwe...- Mruga sugestywnie, a ja czuję, że powoli moja samokontrola jest coraz mniejsza. Jeszcze kilka takich gestów i pójdzie w cholerę.
- Na pewno nie bardziej, niż kiedy ty pomyliłeś statyw mikrofonu z rurą do tańca...- Chce tak grać to ma...
- Możliwe... jednak pokaz był niezły, sam przyznasz?- Unosi kącik ust. Kurwa mać! Gdzie moje słynne opanowanie, kiedy jest mi potrzebne?! Penis siad! Wcale się mnie nie słucha...
- Uhm... Nie najgorszy.- Wykrztuszam z trudem bardziej skupiając się na poprawianiu się na kanapie tak, żeby nie zauważył, że ta jego gadka jakoś na mnie wpływa.
- Mówisz, że nie najgorszy... chcesz powtórkę?- Pyta żartem. Myślę: Teraz albo nigdy.
- Co zrobisz, jeśli powiem, że tak?- Żartobliwy ton pozostał, ale pytam serio i on chyba wychwytuję tą różnicę, bo zerka na mnie.
- Liam... ty nie żartujesz tak do końca, prawda?- Kręcę głową i sprawdzam jego reakcję. Oczy jak spodki i szybki oddech.- Powiedz mi, o czym Louis pisał? Co mu powiedziałeś?
- Hazz...
- Powiedz.- Jego głos jest tak słaby, że myślę: pierdolić to i po prostu robię to, co chcę.
- Przyszpilił mnie i musiałem przyznać, że zależy mi na tobie bardziej niż mi się wydawało...
- A jest tak?- Idiota. Czasami naprawdę zastanawiam się, dlaczego te ważne i trudne słowa trzeba powtarzać kilkakrotnie... jakby raz nie był wystarczająco stresujący.
- Tak, jest. Całkiem nieźle rozumiem Zayna też byłem zazdrosny o Larry'ego...- Nie zdarzam zapytać go, co on na to wszystko, bo w następnej sekundzie ten napaleniec siedzi na moich kolanach, a w ustach już czuję jego język. Co mi pozostaję? Odpowiedzieć na to... Po jakimś czasie łapiemy oddech.- Rozumiem, że to twoja wersja „ja ciebie też".- Uśmiecha się jak zadowolony Gremlin i jeszcze raz muska moje usta.


- Mamy jeszcze jakieś dwadzieścia... może  osiemnaście godzin Li...- Mruczy mi do ucha.- Powiedz mi, co dostałeś w prezencie od terapeuty?- Skąd on...?- Ja znalazłem kilka butelek lubrykantu i karteczkę, że drugą część niespodzianki masz ty...
- Prezerwatywy...- Jęczę, bo ta cholera wierci się na moich kolanach, raz po raz ocierając się swoim kroczem o mojego twardego penisa.
- Myślisz, że możemy?
- Możemy wszystko, jeśli zechcemy.- Odpowiadam.- Tylko jedno pytanie, spróbujemy po prostu być czymś więcej niż tylko pieprzeniem i przyjaciółmi? Wiesz, bo ja tak na serio z tym...- Plątam się ze zdenerwowania.
- Li... wyglądasz w tym momencie tak, że nawet anioł by się skusił, a ja zdecydowanie nie mam białych skrzydełek... bardziej ogon i różki...  plus mam obsesję na twoim punkcie już jakiś czas...
- Tak?- Śmieję się.- Jak dużo Louis słyszał?
- Za dużo.- Odpowiada i stwierdzam, że jednak nie zabiję, Tomlinsona jak już się wydostaniemy z tej garderoby. Nagle te kilkanaście godzin to zdecydowanie za mało.

Harpia Stiles!8



Kolejny dzień w domu Stilińskich zaczyna się dla Isaaca całkiem nieźle, od domowego śniadania i dokończenia kolejnej książki, którą pożyczył od szatyna. Później dopiero uświadamia sobie, że od rana nigdzie nie widział Petera ani Louisa i nie wie, co o tym myśleć. Nie chce wtykać nos w nie swoje sprawy i dopytywać, ale nic nie może poradzić na niepokój związany z nieobecnością anioła. Zdążył się już przywiązać do tego skrzydlatego chłopaka. Pomimo, że znali się krótko Lahey całkowicie mu ufał i mógłby nawet podzielić się z nim szczegółami swojego bolesnego dzieciństwa. Nie o wszystkim powiedział Scottowi czy Derekowi, były pewne tematy tak trudne, że nie był w stanie zmusić się do zwierzenia się z nich komukolwiek. Inna sprawa, że podświadomie nie ufał żadnemu z nich na tyle, aby powierzyć im coś tak osobistego. Jak się później okazało ciałem słusznie, bo McCall był dosyć fałszywy, a Derek nieszczególnie przejął się jego nieobecnością w stadzie. Ani razu nie był go odwiedzić, a podobno alfy odczuwają więź z betami i czują się w pewnym stopniu za nie odpowiedzialne. Isaac jest pewien, że to gówno prawda, albo może to Derek jest jakimś wyjątkiem. Fakty mówią same za siebie, bo w żadnym momencie, w którym blondyn potrzebował kogoś, kto zapewniłby mu odrobinę poczucia bezpieczeństwa czy spokoju alfy nie było. Zawsze miał coś ważniejszego, prawdopodobnie nie wiedział nawet, że Isaaca nadal męczą koszmary z jego ojcem w roli głównej. Czasami pojawia się też matka, albo Scott patrzący na niego pogardą i obrzydzeniem. Zawsze budzi się mokry od potu i z urwanym oddechem i już już chce krzyczeć i wołać o pomoc, ale wtedy powstrzymuję go to, że oni na pewno nie mają ochoty zajmować się taką żałosną kupką nieszczęścia, jaką on jest. Dlatego zagryza własną dłoń tak by żaden dźwięk się z niego nie uwolnił, niejednokrotnie jego ciałem wstrząsa bezgłośny płacz. Najbardziej ze wszystkiego chciałby, żeby ktoś przy nim był, ale nigdy tego kogoś nie znajduję obok. Nie ważne jak długo na wpół przytomnie przeszukuję drugą stronę łóżka. Nie zdarzyło się jeszcze tak, zęby faktycznie poczuł czyjeś ciepło przy sobie. Wszędzie jest pustka i chłód otaczające go z każdej strony. Wtedy podnosi kołdrę pod brodę i szczelniej się nią otula licząc na to, ze fizyczne ciepło przegoni emocjonalny mróz. Miłość to przyjemne ciepło, a on od najmłodszych lat był jej pozbawiony. Od ojca uświadczył tylko zimnych i oślizgłych macek nienawiści i pogardy. Gdy wszystko zdawało zmierzać w dobry kierunku i myślał, że wataha stanie się jego rodziną... wszystko się posypało: przez przypadek dowiedzieli się o tym, że jest gejem. Przez to doświadczył tyle bólu i nienawiści, że wzdryga się na samo wspomnienie imion pozostałych wilkołaków.
Louis zauważył, że z Isaaciem dzieję się coś niedobrego. Zawsze jakaś scena w filmie czy głośniejszy hałas przynosiły złe wspomnienia, a blondyn dryfował po nich oderwany od rzeczywistości. Louis wyczuwał niepokój i strach chłopaka równie mocno jak swoje własne emocje, na początku nie był zbyt pewien, co robić w takich momentach, ale z czasem zorientował się, że wystarczy lekki dotyk, aby chłopak się ocknął. Dlatego teraz, kiedy anioła nie było w pobliżu Isaac odrobinę panikuję. Oczywiście nie umyka to uwadze Stilińskiego.

- Co się dzieję? Dlaczego zrobiłeś się taki niespokojny?- Stiles jest zaciekawiony jak i zaniepokojony, bo stan emocjonalny Isaaca nadal pozostawia wiele do życzenia. Czasami szatyn zastanawia się ile jeszcze ten chłopak musiał się nacierpieć, czego doświadczyć, a oczy monie nie mają zielonego pojęcia. Wcale nie tak, że chce zmuszać blondyna do zwierzeń, ale uważa, że zrobiłoby mu się odrobinę lżej gdyby komuś o tym powiedział. Był skłonny spędzać z chłopakiem dwadzieścia cztery godziny na dobę, aby mieć tylko pewność, że nie przegapi momentu, w którym ten by go potrzebował.
- Nic, naprawdę.- Westchną Lahey, bo Stiles jest zdecydowanie zbyt spostrzegawczy. Czego on oczekiwał po harpii? Przecież im nic nie umknie, a już na pewno nie prawie dwukrotne przyspieszenie akcji serca i nerwowe wybijanie rytmu stopą, oraz strzelanie z palców. Czego nawiasem Stiles sam czasem nadużywał szczególnie w wyjątkowo stresujących czy niekomfortowych dla niego sytuacjach. Dlatego teraz bez problemu mógł zauważyć, że coś jest nie w porządku z Laheyem.

- Czekaj, bo uwierzę.- Sarknął Stiliński i wywrócił oczami.- Kłam innym, ale nie mnie. Nie musisz i nie przyniesie Ci to, żadnych efektów, bo po pierwsze marny z ciebie kłamca, a po drugie mam takie same tiki nerwowe jak ty i rozpoznaję u Ciebie wszystkie podręcznikowe objawy zdenerwowania, a wręcz paniki. Dlatego zapytam jeszcze raz: Co się dzieję Blondi?- Lahey chwilę się zastanawiał czy rzeczywiście może to powiedzieć, ale ostatecznie się poddaję i z uwagą zaczyna obserwować swoje paznokcie. Niestety Stiles jak to on nie odpuszcza tak łatwo i dwoma palcami unosi podbródek wyższego chłopaka. Marszczy pytająco brew i czeka, aż blondyn się zbierze.
- Gdzie reszta? Peter, Louis?- Pyta cicho i gdyby zmysły Stilesa naprawdę były ludzkie to nie miałby nawet szans na usłyszenie tego. Chociaż raz był z nich pożytek, bo jak do tej pory nasłuchał się tylko masy drwin i obelg pod swoim adresem wymienianych pomiędzy osobnikami ze sfory Dereka. Myśleli, że ich nie słyszy i wyzywali go tuż obok niego, a on musiał udawać, że niczego nie słyszy i nadal głupkowato się uśmiechać i z życzliwością podchodzić do każdego z nich. Najbardziej bolało go, gdy Scott przyłączył się do tych żarcików i naśmiewania się z niego. Początkowo Stiles myślał, że może McCall jest na niego o coś zły i w ten sposób się wyżywa, ale gdy to powtarzało się kilkakrotnie... Zrozumiał, że aby być akceptowanym przez resztę watahy Scott dopasował się do nich i ich ulubionej rozrywki, jaką było szydzenie ze słabego człowieczka.

- To Cię tak dręczyło?- Zapytał z niedowierzaniem, a Isaac delikatnie się zarumieniał. Stiliński momentalnie walnął sobie solidnego liścia. Przysuną się bliżej blondyna i w uspokajającym geście położył mu rękę na karku, był to niezawodny sposób na opanowanie nerwów tego chłopaka, a odkrył go Louis i to przez zupełny przypadek...
- Uhm... zastanawiałem się po prostu czy Peter nie wrócił do watahy, bo miał mnie dość, a Louis uciekł od Ciebie... Ja tutaj jestem i on na pewno nie wyobrażał sobie tego w ten sposób. Przyjechał, a zamiast spędzać czas z tobą musi niańczyć jakiegoś sierotowatego wilkołaka, który nawet nie potrafi się sam obronić.
- Zgłupiałeś Isaac...- westchnął Stiles.- Każdy z nas jest szczęśliwy, że ma Cię tutaj. Jesteś może jeszcze odrobinę nie w formie, głównie psychicznej.  Myślę, że powinieneś o tym komuś powiedzieć i nie mówię żebym od razu to był ja.- Chwila przerwy na dwa głębsze oddech i zebranie myśli w spójną całość.- Nie wiem, dlaczego myślisz, że ktoś mógłby mieć Cię dość, ale jeśli o mnie chodzi to jestem święcie przekonany, że z takim przyjacielem jak ty mogę przetrwać nawet do późnej starości... A weź pod uwagę, że harpię starzeją się w cholernie wolnym tempie. Dlatego uświadomię Cię, ze pomęczysz się ze mną jeszcze kilka ładnych lat.
- Dzięki, chyba?- Mruknął speszony wilkołak.
- Co do Lou i Petera to ten pierwszy pojechał załatwić jakieś swoje sprawy w sąsiednim mieście, a Hale musi trochę pomóc siostrzeńcowi, bo Derek kompletnie nie Radzi sobie z tą rozwrzeszczaną bandą idiotów...

Przepraszam za błędy :// No i powtórzenia, bo z tym mam największy problem...

piątek, 7 października 2016

Harpia Stiles! 7



Tydzień pozwolił Stilesowi i jego nowym współlokatorem wyrobić pewne przyzwyczajenia i dostosować się do niektórych dziwactw czy uzależnień. Isaac był bezapelacyjnie największym fanem serialu Caselle wśród wilkołaków. Ekscentryczny pisarz pakujący się bez przerwy w tarapaty wzbudzał w blondynie taki entuzjazm jak u sześciolatki kolorowa bajka. Louis, cóż akurat wszystkie jego nawyki Stiliński znał równie dobrze, co swoje. Do tej bardzo rozbudowanej listy trzeba jednak dopisać rozwijającą się obsesję na punkcie bezpieczeństwa i ogólnie pojętej ostrożności. Zawsze przed zaśnięciem sprawdza barierę, a Stiles po przebudzeniu parokrotnie zastał anioła wgapiającego się w przestrzeń za oknem.
- Ktoś tam był, na granicy osłony domu.- Odpowiadał na nieme pytanie młodszego chłopaka. Stiliński zaczął mieć pewne podejrzenia, co do tożsamości podglądacza, ale nie chciał robić sobie zbędnej nadziei, bo ta niejednokrotnie doprowadziła go do załamania nerwowego i dewastacji własnego pokoju, a czasami wycięcia w pień jakiegoś oddalonego kawałka lasu czy rozkruszenia średniej wielkości skały na popiół. Dlatego nic nie mówił i po prostu pozwalał Louisowi się sobą zaopiekować. Czuł dziwne ciepło na myśl o tym, że jest taki ktoś, kto zrobi wszystko, aby był bezpieczny. Wiedział, że anioł stanąłby pomiędzy nim a zagrożeniem, co na równi mu imponowało, co irytowało, bo Louis doskonale wiedział, że Stiles potrafi sam o siebie zadbać i nie jest żadną niewiastą w potrzebie, którą zabiję mocniejszy podmuch wiatru. Tak, w zasadzie to jest pewien, że nie uśmierciłoby go nawet stado wkurwionych wilkołaków. Na początku samolubnie i nie przejmując się kiepską formą psychiczną Isaaca, Stiliński chciał odwetu Eriki czy kogoś ze stada, bo kiedy wyszła na jaw jego prawdziwa natura nie musiałby się już pilnować i mógłby konkretnie skopać dupsko jakiemuś zbyt pewnemu siebie wilkołakowi. Niestety Lou wybił mu szybko ten pomysł z głowy, co dziwniejsze zazwyczaj skory do potyczki Peter też nie był za tą konfrontacją. Wytłumaczyli mu, że Lahey nadal panicznie boi się, że stado nadal będzie go dręczyć. Jeśli myśleli, że to uspokoi nastolatka to grubo się pomylili... Świadomość, że przez tą nadpobudliwą, agresywną, niepotrafiącą zapanować nad instynktami zgraję Isaac nadal, co noc zrywa się z krzykiem doprowadzała go do szału. Tylko smutne oczyska blondyna były w stanie powstrzymać go przed małym rewanżem. Tym razem dopilnowałby, żeby walczył równy z równym... Oni wszyscy przeciwko niemu. Nawet by się nie spocił, tak szczerze...  oni za to przez tydzień wyłuskiwaliby tojad spod skóry. Małe, wredne złośliwce. Wściekał się, ale tak naprawdę nadal odczuwał pewną więź z każdym ze stada nawet agresywną dziewczyną Boyda... Wiedział, że ich zachowanie to po części wina złej organizacji watahy, ale to nie tak, że brak poczucia stabilizacji i bezpieczeństwa mają prawo wyładowywać na innych.
- Może jednak sprawdzisz, co słychać u mojego ciężko myślącego siostrzeńca?- Zapytał Peter widząc zamyślonego nastolatka.- Przecież to nie tak, zę sama troska Cię do czegoś zobowiązuję.
- Raczej nie. Myślę, że potrzebuję samodzielnie naprawić relację z resztą grupy. Jeśli do końca tygodnia nie będziesz widział rezultatów to wrócę... Zresztą i tak mieliśmy to w planach, bo Isaac strasznie przywiązał się do Lou i bez niego nie ma zamiaru wracać do watahy- Peterowi na tą nową informację aż zaświeciły się oczka z podekscytowania.
- Czyli mówisz, że Derek dostanie was i aniołka albo wcale?- Widać było, że to go szalenie bawi.
- Tak, mniej więcej. Tylko przedstawimy to w łagodniejszej wersji, a jeśli się nie zgodzi to dopiero wtedy postawimy ultimatum.- Stiles westchnął zniechęcony najbliższymi wydarzeniami, bo coś mu podpowiadało, że Derek kompletnie nie radzi sobie z betami. Nawet, jeśli Stiliński na spółkę z Louisem i Isaakiem przekonali starszego, że powinien wrócić i pomóc rodzinie... Peter dosyć obrazowo przedstawił ostatnią potyczkę pomiędzy Derekiem, a Scottem. Nie było to nic miłego, bo McCall zarzucił alfie brak kompetencji a z kolei Derek zaczął kpić z młodszego, ze włazi w dupe łowcom i kto wie może dogadał się już z nimi, co do ceny za głowy wszystkich z watahy. Od tamtej pory, żaden z nich nawet nie patrzy w kierunku drugiego.
- Dokładnie.- Wtrąca od niechcenia Louis, bardziej skupiając się na uspokajaniu Isaaca- Będzie musiał jakoś przecierpieć moją obecność- Lahey jest zdenerwowany zbliżającym się spotkaniem z watahą. Co prawda ma jeszcze jakieś pięć dni, ale mimo wszystko Lahey wątpi czy byłby gotowy na to za rok... Gdyby to zależało od niego zostałby w tym salonie do końca życia, najlepiej z Louisem tuż obok i z ręką anioła w swoich splątanych, przydługich włosach. Miło mieć kolejnego przyjaciela, to wszystko, co chodzi po głowie blondyna odkąd Louis przeniósł część opieki ze zbuntowanego Stilesa na niego. Bycie dla kogoś ważnym jest dla niego niezwykłą odmianą po latach zaniedbywania i poniżania przez ojca. Później trafił do watahy i myślał, ze wreszcie znalazł rodzinę. Może i tak było dopóki McCall nie odkrył jego zauroczenia... Tak teraz Lahey jest pewien, że nie był zakochany, bo przecież nie mogłoby mu przejść tak szybko... Teraz czuje tylko żal po przyjaciela, jakim był dla niego, McCall, bo mimo wszystko Scott przed tą całą aferą z homofobią był całkiem niezawodnym kumplem. Wspierał blondyna po przejściach z ojcem... dlatego Lahey zauroczył się bardziej w samym uczucia bycia chcianym i potrzebnym niż w samym chłopaku. Przeżył też ciężki szok przez to, że Scott całkowicie zmienił do niego nastawienie tylko i wyłącznie przez orientację. Westchnął ciężko i bardziej wtulił się w ciepłą rękę Louisa ciesząc się uczuciem ciepła na swojej skórze i pewności, że będąc tutaj z nimi jest całkowicie bezpieczny.
Stiles jest całkowicie zafascynowany tym jak blondyn z każdym dnem coraz bardziej odzyskuję swoją pogodną delikatnie sarkastyczną osobowość. Więzi między czwórką mężczyzn zacieśniają się, Peter wszystkich traktuję z lekkim przymrużeniem oka, ale to taki jego urok. Louis stał się pogodniejszy i Stiles coraz rzadziej może oglądać jego zamyślone, pogrążone w bolesnych wspomnieniach obliczę. Sam nastolatek wbrew sobie nadal tęskni za tym upartym, aroganckim zapatrzonym w siebie wilkołakiem. Nie zdaję sobie sprawy, że ten zły alfa czuję się bardzo podobnie do niego. Dodatkowym czynnikiem wkurwiającym Dereka jest to, że Peter codziennie przynosi do domu nową porcję, świeżego zapachu Stilińskiego... Tak samo jest tego wieczora, a brunet ma ochotę zatrzasnąć wujowi drzwi przed nosem, ale mimo wszystko tego nie robi, a starszy mijając go ma wyjątkowo zadowolony wyraz twarzy. Jak zwykle: uwadze Petera nic nie umknie!

poniedziałek, 3 października 2016

Harpia Stiles! 6

Derek zastanawia się, jakim cudem w tak krótkim czasie udało mu się stracić osoby, którym na nim w jakimś stopniu zależało. W zamian został z zapatrzonym w siebie i własne potrzeby Jacksonem, który czasami dostrzega jedynie Lydię i tylko ona może jakoś na niego wpłynąć. Rudowłosa zresztą też powoli traci do niego cierpliwość i alfa obawia się trochę, co będzie, jeśli dziewczyna zerwie z aroganckim wilkołakiem. Oprócz tej bety miał jeszcze, McCalla, ale on chwilowo był bezużyteczny, bo zamiast mózgu posiadał sieczkę i nastoletnie hormony, które prowadziły go prosto do łóżka córki łowców... Derek widział w nim trochę siebie sprzed kilku lat i to był żałosny widok. Stwierdza, że jeśli on sam prezentował się, chociaż w połowie tak jak Scott to Peter powinien był go zamknąć w piwnicy albo przywiązać do drzewa w lesie... Zagadką dla alfy była pozostała dwójka: spokojny wręcz ospały Boyd i wiecznie nabuzowana energią i wściekłością Erica. Czasami miał wrażenie, że zachodzi między nimi pewien rodzaj symbiozy, bo tylko w obecności blondynki chłopak odrobinę się ożywiał pokazując, że posiada pewne cechy żywego organizmu. Natomiast dziewczyna trochę się wyciszała i uspokajała. Przynajmniej nie uśmiercała wszystkich i wszystkiego do dokoła, albo przynajmniej ograniczała się do agresji słownej i wzrokowej.
Derek cicho wzdycha już któryś raz podczas tego treningu. Wszystko jest nie tak, Erica i Jackson bez przerwy skaczą sobie do gardeł i chociaż ich partnerzy starają się ich jakoś uspokoić, na niewiele się to zdaję. Wystarczy jedna złośliwa uwaga i cała lawina rusza od początku. Przez to nic nie zrobili, a chciał ich nauczyć pracowania w zespole... Oni, chociaż się pojawili, bo McCall kompletnie olał jego ustalenia i poszedł na randkę z Alison. Brunet zastanawiał się nad tym gdzie jest Peter, bo Isaac nadal nie wyleczył się całkowicie, a nawet gdyby tak było to Derek wątpił czy blondyn wróci do jego watahy. Stiles zajął się swoim życiem, w końcu teraz nie jest sam, ma Louisa inną nadnaturalną istotę, która dotrzymuję mu kroku. Chciałby móc powiedzieć, że nie przejął się straceniem nastolatka. Już nawet nie chodzi o to, że jako harpia byłby ważnym i potężnym sojusznikiem. Najnormalniej w świecie brakuję mu chłopaka i nie wie jak mógł się nie zorientować, że już dawno przestało mu przeszkadzać gadulstwo i lekka nadpobudliwość młodszego. Można nawet powiedzieć, że polubił tą jego głośną osobowość, która stanowiła pewnego rodzaju przeciwwagę do jego własnego cichego charakteru. Nie żeby zawsze taki był, bo parę lat do tyłu jeszcze przed Kate był całkiem podobny do Stilińskiego, może nie mówił z szybkością światła, ale znacznie więcej niż teraz. Laura czasami, gdy dorastali i chciała czasami od niego odpocząć płaciła mu dolara od każdego kwadransa ciszy. Jeśli znudziło mu się gadanie po angielsku przerzucał się na hiszpański czy włoski, bo te dwa języki opanował do perfekcji jeszcze w szkole podstawowej. Gdy tak z perspektywy patrzy na siebie stwierdza, że był całkiem radosnym i sympatycznym może czasami odrobinę irytującym dzieciakiem. Mimo wszystko większość otoczenia darzyła go sympatią i szacunkiem. Nie rozumiał, więc jakim cudem Stiles wzbudzał w nim na początku tyle negatywnych emocji. Wzdryga się na przypomnienie wszystkich tych agresywniejszych zachowań względem chłopaka, bo wtedy był pewien, że nastolatek jest człowiekiem, dosyć ciapowatym i nieskoordynowanym ruchowo w dodatku. Przez co traktował go jak kogoś słabego i nie obawiał się, się odwetu z jego strony. Nie czuję się dumny teraz uświadamiając sobie to wszystko. Niestety wiedział, że nic już z tym nie może zrobić. Jedyne, co może uzyskać próbując to solidny wpierdol, bo Stiles wyraźnie stracił do niego cierpliwość. Pomimo, że nie chciał tego do siebie dopuścić to domyślał się, że młodszy jest w nim zadurzony i parę razy zdarzyło mu się to wykorzystać. Nawet nie do końca świadomie zmanipulować nastolatka tak, że w zamian za chwilową uwagę alfy wykonywał najgorsze zadania. Przekopywał się przez sterty starych legend i podań w poszukiwaniu wzmianek o innych rasach lub wszystkim tym, czego potrzebował Derek. Przygotowywał harmonogramy ćwiczeń i wszystkie bety wyładowywały swój gniew na nim, chociaż zwiększona liczba treningów była pomysłem bruneta. Nigdy nie zdarzyło mu się, ze by Stiles mu się przeciwstawił, aż do tamtego wieczoru, kiedy kazał mu szukać informacji o nim samym... Musiało być to dosyć zabawne dla Stilińskiego, że Derek pozujący na taką groźną alfę nie dostrzega odpowiedzi, chociaż ma ją pod nosem. Później wszystko się posypało, najpierw wyznanie Isaaca i szał Scotta. Agresja pozostałych bet za wyjątkiem Boyda, ale tego czarnoskórego wilkołaka nic chyba nie ruszy...
Kolejnym ciosem dla Dereka był zapach Stilesa na sobotnim spotkaniu. Dla alfy było to coś tak oczywistego, ze aż się wzdrygną na wspomnienie o tym. Po raz kolejny obrazy zalały jego biedny mózg. Stiles i Louis. Harpia i Anioł. Widział jak młodszy chłopak patrzył na skrzydlatego przyjaciela. Nie zdawał sobie sprawy, że zazdrość jest tak niszczącym uczuciem, ale to może, dlatego, że występuję ona u niego w pakiecie z poczuciem winy i żalem do samego siebie. Przez dwa cholerne lata, Stiles cały czas był obok niego i pomagał mu we wszystkim. Bezwarunkowo i ślepo szedł za nim w każde niebezpieczeństwo, szczegół, że dla harpii mało istot było groźnych. Derek nie zorientował się przez ten czas, że zaczął odwzajemniać to, co czuję nastolatek. Odpychał od siebie to jak najdalej, nie chciał znowu czuć, a ten żwawy chłopak wdarł się do jego spokojnego, poukładanego życia z siłą huraganu i powywracał wszystko do góry nogami. Teraz, kiedy było za późno na cokolwiek, Derek zaczął odczuwać dziwną pustkę, gdy chłopaka nie było obok niego. Nie wcinał swoich sarkastycznych uwag wszędzie gdzie tylko się dało. Nagle zrobiło się zbyt cicho, a brunet zdążył się już przyzwyczaić do nieustannego chaosu i dźwięcznego śmiechu, jakim był Stiles. Nie ma tylko pojęcia jak mógłby go odzyskać. Nie ma nic, w czym byłby lepszym wyborem dla Stilińskiego niż ten przeklęty Louis.
- Derek!!!- Syczy Erica- Powiedz temu idiocie napakowanemu testosteronem, że nie jestem Stilesem i nie dam mu się obrażać na każdym kroku! Jeszcze jedna uwaga rozszarpię mu gardło i zamilknie na wieczność!- Alfa unosi oczy ku niebu. Niemo błagając o jakiś ratunek, bo on z nimi zwariuję.

poniedziałek, 26 września 2016

HArpia Stiles! 5


Kiedy zegar ścienny wybija godzinę dwudziestą, szeryf wraca z posterunku zastaję w swoim domu niecodzienny widok. Jego syn w kuchennym fartuchu matki, a Peter Hale w tym należącym do niego przygotowują kolację. Na kanapie siedzi ulubieniec pana domu Louis. John byłby bardzo szczęśliwy gdyby Stiles zechciał zainteresować się nim w ten szczególny sposób. Niestety marzenie ściętej głowy, bo już dawno zauważył u syna znaczące ślady zauroczenia Derekiem. Stwierdza, że nic z tym nie może zrobić, bo w końcu Stiles skończył już osiemnaście lat i może robić, co mu się żywnie podoba. Jedynym plusem jest to, że sam nastolatek też chyba nie jest zachwycony tym, że to akurat młodszy Hale jest obiektem jego uczuć. Dlatego szeryf jeszcze całkowicie nie osiwiał, bo gdyby Stiles związał się z tym ponurym osobnikiem to musiałby uzupełnić zapas naboi z tojadem i strzelać w dupę wilkołaka za każdym razem, kiedy zrani jego syna. Teraz też miał na to wielką ochotę, co prawda Stiles nigdy nie skarżył się na nic, ale szeryf doskonale wiedział, że alfa nie jest zbyt miły dla jego syna. Kompletnie nie rozumiał, więc dlaczego nastolatek tak uparcie trwał przy stadzie Dereka.
- Dobry wieczór proszę pana.- Wita się cicho Isaac Lahey i dopiero podchodząc bliżej kanapy John jest w stanie dostrzec go zza oparcia. Blondyn leży z głową na kolanach Louisa, a anioł powoli przeczesuję jego włosy. Widać, że Lahey oberwał i to dosyć mocno, wściekłość się w nim gotuję, bo ten chłopak już wystarczająco się w życiu nacierpiał. Jeśli intuicja go nie zawodzi to obrażenia Isaaca mają coś wspólnego z watahą.
- Dobry, miło Cię widzieć miejmy nadzieję, że zostaniesz z nami na trochę dłużej niż dzisiejszy wieczór. Mnie często nie ma wieczorami, a czasami również w nocy... Myślę, że Stilesowi bardzo przydałoby się towarzystwo.- Patrzył z wyczekiwaniem na chłopaka.- Nie przyjmuję odmowy droga młodzieży. A teraz skoro wszystko jasne to, co nasze kuchareczki zrobiły na kolacje?- Pyta głośno.
- Jeszcze raz mówiąc o mnie użyjesz formy żeńskiej to zacznę chodzić w różowych spódniczkach!- Odkrzykuje Stiles z kuchni, a wszyscy wybuchają śmiechem.
- To byłoby gorące, nie wiem jak utrzymałbym ręce z daleka.- Słychać przytłumiony głos Petera, a chwilę później bolesny jęk.- Za, co to było? Powiedziałem prawdę!
- I właśnie za prawdę oberwałeś.- Zaśmiał się Stiles.- Nie waż się nawet wyobrażać mnie sobie w spódniczkach... Jesteś dosyć wiekowy, a to trochę podchodzi pod pedofilie...
- Nie, jesteś pełnoletni.- Słychać odgłos uderzenia i cichy syk Petera.
- Panowie, my nadal czekamy na tą kolację!- Krzyknął Louis z rozbawieniem. Po kolejnych przepychankach i uszczypliwościach wilkołak i Stiliński wnoszą jedzenie do salonu. Wszyscy rozsiadają się na podłodze dookoła małego stolika. Panuję miła atmosfera, co chwilę ktoś żartuję i słychać głośny śmiech. Isaac myśli, że mógłby w takim domu zostać do końca życia, Peter jest spokojniejszy i szczęśliwszy, kiedy na każdym kroku nie wypomina mu się jego błędów, a kiedy Louis w przyjaznym geście poklepuje go po plecach jednocześnie trzęsąc się ze śmiechu czuję, że tu pasuję. Myśli, że z nikim nie był tak do końca sobą. Może to moc tego miejsca, albo to po prostu zasługa Stilesa. Uśmiecha się do swoich myśli i przygląda każdemu po kolei, zastanawia się jak jego siostrzeniec mógł być takim tłuczkiem, żeby nie docenić, ba w ogóle nie zauważyć takiego prezentu od losu, jakim był Stiles. Starszy wilkołak doskonale wie, że Stiliński ma słabość do Dereka, ale teraz, kiedy wie, że szatyn nie jest naiwnym dzieciakiem ze szczenięcym wzrokiem, tylko młodym mężczyzną, dosyć silnym jak cała jego rasa, żeby być dokładnym. Szczerze to Stiles jest atrakcyjny nawet dla niego, ale zdaję sobie sprawę, że chłopak nigdy nie spojrzy na niego w ten sposób. Zresztą, co się dziwić: jest młody, chce się wyszaleć i robi to. Derek miał szanse zatrzymać go przy sobie, ale chyba teraz to już niemożliwe. Zresztą Peter wątpił, że alfa ma na tyle dobry gust by w ogóle patrzyć na Stilińskiego pod tym kątem. Derek za bardzo zajęty jest uwodzeniem kolejnych znudzonych mężatek i numerkami na jeden wieczór, żeby chociaż pomyśleć o kimś na stałe.
Po posiłku, kiedy naczynia są już w zmywarce, a John głośno chrapie w swoim pokoju rozsiadają się na kanapie, chwilę kłócą się o to, co będą oglądać. Drobne przepychanki o pilota, Isaac stęka, kiedy ktoś uderza go w zranione żebra i w ramach przeprosin Louis od razu oddaję mu pilota. Lahey uśmiecha się kącikiem ust i Stiles jest całkowicie pewien, że ta przebiegła, blond bestia wszystko zaplanowała. Kończą oglądając „ Zieloną Milę". Stiliński wtula się w bok Lou, a Isaac spogląda na nich od czasu do czasu. Kiedy dostrzega jak ręka anioła przesuwa się w górę i w dół po udzie Stilińskiego ciężko przełyka ślinę. Louis od razu zastyga w bezruchu, ale chichocze cicho. Jeśli Stiles nie miałby nic przeciwko to on chętnie zrobiłby małą prezentację temu uroczemu blondynowi, oczywiście kiedy Petera nie będzie w pobliżu. Tylko, że Peter nie ma najmniejszej ochoty na powrót do loftu tam gdzie nie czuję się chciany i potrzebny. Zdecydowanie bardziej odpowiada mu dom Stilińskich i może nawet spać na podłodze w salonie byleby zostać tutaj.
- Spać.- Jęczy Stiles i powoli wstaję z kanapy, rozprostowuję kości, kiedy przechyla głowę coś strzyka mu w szyi i wilkołaki krzywią się na ten nieprzyjemny odgłos.- Peter zostajesz, prawda?
- Tak, zdecydowanie.
- Może być kanapa, albo zapytaj Isaaca czy nie ma nic przeciwko żeby podzielić się z tobą łóżkiem.
- Nie ma problemu.- Mówi cicho Lahey, bo prawda jest taka, że trochę boi się zostać sam. Wie, że to irracjonalne, ale obawia się zemsty watahy. Chociaż Derek obiecał mu, że jest bezpieczny, kiedy on wie, ale Erica nie jest taka głupia, jaką udaję i parę razy już umiała obejść zakaz alfy. Starszy wilkołak chyba wyczuwa jego strach, bo w geście pocieszenia pociera jego ramię. Lahey uśmiecha się z wdzięcznością.
- Tylko cicho tam panowie!- Woła jeszcze Peter- Nie zapominajcie, że mamy trochę lepszy słuch niż przeciętny człowiek i nie koniecznie chcemy słuchać ścieżki dźwiękowej do pornosa w waszym wykonaniu...- Isaac rumieni się patrząc na chłopaków. Całkowicie wypadło mu z głowy, że jeszcze dzisiaj rano Stiliński przyznał się do sypiania z facetem. Musiał mieć na myśli Louisa, bo kogo innego. Zagryza wargę skanując sylwetki chłopaków nie wydają się być speszeni słowami wilkołaka. Stiles patrzy na niego z zagryzioną wargą, a Lou krzywo się uśmiecha i mruga do blondyna. Jeśli ma być szczery sam ze sobą to on nie miałby nic przeciwko słuchaniu, a najchętniej to by jeszcze sobie popatrzył. Peszy się na swoje myśli i z wzrokiem wbitym w podłogę kieruję się do swojej tymczasowej sypialni, a później prosto pod letni prysznic.
Tej nocy nie słychać żadnych jednoznacznych odgłosów z sypialni obok i Lahey troszeczkę oddycha z ulgą, bo przewiduję, że wyobraźnia wypaliłaby mu mózg. Chwilę męczy się z ponurymi myślami zanim zaśnie, Peter wyczuwając, że młodszego coś dręczy instynktownie dotyka jego karku. Na chwilę blondyn się spina, ale później, kiedy rozpoznaję dotyk rozluźnia się, a wszystkie myśli odpływają, pozostawiając po sobie tylko błogą pustkę. Czasami dobrze jest odłożyć coś na potem. Przecież przez jedną noc świat się nie zawali im na głowy, prawda?
Za oknem w odległości kilkudziesięciu metrów od domu siedzi samotna alfa, zagryzając wargę do krwi i wbijając szpony w nogę tak by bólem fizycznym zagłuszyć ten emocjonalny... Najgorsza jest świadomość, że traci najważniejsze osoby przez swoją głupotę.

sobota, 24 września 2016

Harpia Stiles! 4

Rozdział. 4

Po jakichś piętnastu minutach zawrotnie szybkiej jazdy dopierają do domu Stiińskich. Isaac kurczowo zaciska dłonie na pasach bezpieczeństwa, a Stiles stwierdza, że Lou jest szalonym piratem drogowym. Tylko, że on nie ma nic przeciwko sam kocha szybkość i adrenalinę. Jest też może odrobinę zauroczony tym jak przyjaciel wygląda ze zrelaksowanym, szczęśliwym uśmiechem na twarzy. Czegoś takiego nie widuję u Louisa zbyt często, ze względu na jego bolesne wspomnienia, które nawiedzają starszego chłopaka zdecydowanie zbyt często. Stiles bardzo chciałby móc zrobić coś, aby zneutralizować tą truciznę wszczepiona w serce szatyna. Zastanawia się też, co zrobiłby gdyby kiedyś na swojej drodze spotkał kobietę, która spowodowała to emocjonalne spustoszenie u Louisa. Jest całkowicie pewien, że jego harpia część przejęłaby kontrolę i mógłby ją przypadkiem boleśnie uśmiercić, albo przynajmniej dotkliwie uszkodzić. Doskonale rozumiał, co to znaczy źle ulokować uczucia, właśnie teraz zaczyna separację od swojego uzależnienia, jakim jest Derek Hale. Nie rozumie siebie, bo ten facet nawet w przypływie swojego miłosierdzia i dobrego humoru nie był przyjaźnie do niego nastawiony. Cały czas nim pomiatał i dawał odczuć, że Stiles jest od nich gorszy, wyżywał na nastolatku swoją złość i niepowodzenia. Nic nie robił sobie z tego, że chłopak może poczuć się zraniony przez słowa czy agresywne zachowanie. Tak w skrócie to miał go kompletnie gdzieś, a mimo to Stiles nie umiał go sobie wybić z głowy. Czasami zastanawiał się czy nie padł ofiarą jakiegoś głupiego uroku czy zaklęcia, bo to zdecydowanie nie było normalne uczucie. Częściowo mógł zrzucić winę na swoją harpią naturę i instynkt nakazujący chronić rodzinę. Niestety nie wszystko dało się pod to podciągnąć, a już na pewno nie jego skłonność masochistyczną, która objawiła się w formie obsesji na punkcie Dereka. Oto są trzej pechowcy: Stiles, Isaac i Louis, każdy z nich kiepsko trafił z obiektem uczuć.

- Nie wiem jak wy, ale ja padam ze zmęczenia.- Powiedział Stiliński do swoich kompanów. Wszyscy wytoczyli się powoli z samochodu i ciężko powłócząc nogami weszli do domu. Pierwsze, co dało się zauważyć to brak obecności ojca Stilesa. Chłopak czasami za nim tęsknił, ale rozumiał go cały ten nadnaturalny świat może być nieco przerażający i to nic dziwnego, że staruszek wycofał się, kiedy tylko syn zaczął coraz bardziej angażować się w życie watahy.
- Lahey pokój gościnny jest od dzisiaj do twojej dyspozycji, ma też osobną łazienkę.- Powiedział do blondyna jednocześnie otwierając drugie drzwi na prawo. Isaac padł na zaścielone łóżko nawet nie kłopocząc się zdjęciem butów, odetchnął przyjemnym zapachem wypranej pościeli. Stiles chwilę przyglądał mu się z rozbawieniem, bo pomimo, że blondyn był od niego wyższy i z wyglądu poważniejszy, to nadal miał coś w sobie z zagubionego szczeniaka. Teraz dodatkowo był osłabiony i zraniony, czym wzbudzał, w Stilińskim ogromne pokłady instynktu opiekuńczego. Wiedział, że tylko cudem zdołał się tam powstrzymać przed rozszarpaniem Eriki za bezpośredni atak na Laheya, a Scott uszedł z życiem przez to, że Stiles nadal miał z nim pewną więź i pomimo silnej chęci uszkodzenia dawnego przyjaciela nie potrafiłby tego zrobić.
- Stiles?- Głos Isaaca wybudza go z zamyślenia- Dziękuję.
- Spoko, nie musisz. Właściwie to był pomysł Louisa, genialny szkoda, że nie ja na to wpadłem... Niestety byłem troszeczkę rozkojarzony powstrzymywaniem żądzy mordu mojej harpii.
- Hmm, co do tego... wydaję mi się, że się domyślałem, ale nie wiedziałem dokładnie, czym jesteś, a nie chciałem zdradzać Cię przed resztą. Dlatego o nic nie pytałem.
- Dzięki, teraz wiem, że wszystkie moje sekrety będą z tobą bezpieczne. Peter też okazał się być bardziej domyślny niż reszta...- Stiles aż uśmiechnął się na wspomnienie zawiedzionej miny starszego wilkołaka, kiedy odpuścił już Derekowi.
- Tak, Peter wcale nie jest taki zły.- Powiedział cicho Isaac- Wiedział o mnie, o tym, że mam coś do Scotta. Mówił mi, ostrzegał, że to zły pomysł, żebym mu się przyznawał, ale oczywiście nie posłuchałem.- Przez chwilę panuję cisza, żaden z nich nie wie, co powiedzieć. Stiles chciałby umieć znaleźć jakieś słowa pocieszenia dla Isaaca, ale może i nie ma szczęścia, jeśli chodzi o wybieranie obiektu uczuć to nadal jego serce nigdy nie było potraktowane jak niepotrzebny śmieć. Cóż to prawdopodobnie dzięki temu, że nikomu nie przyznał się do tego, co czuję. Niestety Isaac miał tą wątpliwą przyjemność poczuć gorzki smak odrzucenia, a wręcz nienawiści i Stiliński kompletnie nie wie, co ma zrobić. Na szczęście jego wątpliwości rozwiewa aniołek, który jak gdyby nigdy nic wskakuję na łóżko obok blondyna i zachęcająco klepie w materac przywołując Stilesa. Lahey chwilę patrzy od jednego do drugiego, tak jakby zastanawiał się, co oni do cholery wyprawiają. Dlatego szatyn z krzywym uśmieszkiem ląduję po drugiej stronie Isaaca.

- Teraz panowie idziemy spać, a nad całą resztą będziemy myśleć potem.- Mówi z rozbawieniem widząc zszokowaną minę blondyna.- To chyba jasne, że nie zostawimy Cię dzisiaj samego. Jeśli obiecujesz mnie nie zaślinić to może nawet pozwolę Ci zrobić sobie ze mnie swoją żywą poduszkę.- Mówi i mruga do wilkołaka, a Lou trzęsie się ze śmiechu. Chwilę później anioł przykrywa ich grubym kocem, a Isaac zaczyna bezgłośnie płakać. Dopiero teraz, kiedy ma czas pomyśleć dociera do niego, co się stało. Został odrzucony i wyśmiany, zaatakowany przez stado, którego był częścią. Mimo to teraz zasypiając w obcym łóżku z przyjacielem i kompletnie obcym chłopakiem czuję się bezpieczniej niż kiedykolwiek wcześniej w swoim życiu. Potrzebuje teraz kogoś, kto poskłada go z tych rozsypanych części i jeszcze może stróża, który będzie czuwał nad nim, gdy jest osłabiony. Rany nadal całkowicie się nie zagoiły, a te w psychice zostaną z nim na długi czas. Wie, że jego dzisiejsi oprawcy są tak blisko i za nic w świecie nie może odsunąć od siebie uczucia niepokoju. Kiedy anioł wplata palce w jego włosy, a Stiles smacznie pochrapuje po drugiej stronie ostatecznie się odpręża i pozwala swoim zmęczonym powiekom opaść. Kto wie, może jutro będzie lepszy dzień??


Louis przygląda się chłopakom, ale sam narazie nie chce zasypiać w obawie przed niespodziewanymi gośćmi. Nie jest więc zdziwiony kiedy bariera wokół domu zostaje naruszona, a on spina wszystkie mięśnie gotowy do szybkiego ataku. Chwilę później staje oko w oko z odrobinę zawstydzonym Peterem. Jego to akurat się nie spodziewał.
- Co ty tu robisz?!
- Nie mogłem sobie miejsca znaleźć... Co z Isaaciem?- Wilkołak tęsknie zerka w kierunku łóżka i Louis uśmiecha się na to, bo wychodzi na to, że dla starszego to Stiles jest odpowiednikiem alfy, bo kiedy nie mógł znaleźć oparcia w Dereku, Stiles zapewnił mu poczucie stabilizacji i tak o prostu dał kredyt zaufania, a starszy wilkołak teraz oddaje go z odsetkami.- Mógłbym zostać?
- Jak dla mnie spoko, ale co na to twój alfa?- Pyta Louis z uniesionymi brwiami.
- Cóż... Sam mnie wywalił z domu.- Lou tylko unosi brwi.- Możliwe, że odrobinkę, tak tyci tyci dokuczałem mu z powodu dzisiejszej potyczki ze Stilesem.
- Tyci tyci, co?- Pyta Lahey po przebudzeniu.- Czyli morda nie zamykała Ci się odkąd pojechaliśmy, co?- Peter tylko krzywo się uśmiecha i niczym niewiniątko wzrusza ramionami. Cała jego postawa mówi: Ja nic nie zrobiłem, ja nic nie wiem... Tylko dlaczego nikt mu nie wierzy?

piątek, 23 września 2016

Harpia Stiles! 3

Rozdział. 3 

-O niczym.- Odpowiada twardo Stiles. Nie ma zamiaru nic mówić. Nie ufa żadnemu z nich, Tak nie zachowują się przyjaciele, ani tym bardziej rodzina, którą wataha powinna być. Chronimy swoich, to najważniejsza zasada każdego stada, ale w tym nic nie jest jak powinno być. Alfa właśnie pozwolił betom na zaatakowanie Isaaca. Stiliński odciął zmysły od reszty stada i skupił się w stu procentach na rannym blondynie, przyklęk przy nim i bardzo delikatnie obejrzał jego rany, część się goiła, ale te głębsze, zadane przez Erice nadal krwawiły.
-Podejdź tu.- Warknął patrząc twardo na Dereka. Wilkołak wbrew oczekiwaniom wszystkich spełnił jego żądanie zamiast zacząć nową kłótnie.- To jest to, do czego doprowadziłeś, wilki nie atakują swoich.- Hale nic nie powiedział tylko w szoku wpatrywał się w szramy na torsie Isaaca. Możliwe, że był trochę przerażony, zdał sobie sprawę, że nad niczym nie panuję. Nie ma pojęcia, co zrobić, bo o dziwo ten irytujący bachor ma rację: To nie zdarza się w zgranych watach żeby wszystkie bety zwróciły się przeciwko jednemu osobnikowi. Oczywiście są spory, konflikty i nawet bójki jak w każdej rodzinie, ale nie ma czegoś takiego jak to. Nie ma znęcania się grupowego.
- Ja, naprawdę nie...- Sapnął i przykucnął przy blondynie, na co ten jeszcze bardziej się skulił, uciekając przed jego dotykiem.- Nie zagoją się szybko bez pomocy alfy... Nie zrobię Ci krzywdy.- Powiedział cicho, spokojnie i monotonnie. Isaac powoli rozluźnił mięśnie i kiwnął niepewnie głową. Hale przyłożył rękę do każdej głębszej rany nastolatka zabierając część jego bólu i wysyłając wiązkę magii. Krwawienie ustało, ale chłopak był wyraźnie osłabiony i tracił przytomność. Peter warknął na zbliżającego się do nich Scotta.
- Trzeba zanieść go do łóżka i pozwolić mu odpocząć.- Mruknął Derek, chcąc podnieść Laheya. Niestety ręka Stilińskiego powstrzymała go z szybkością błyskawicy, kiedy blondyn zaczął się trząść ze strachu.
- Nie, oni tam są... ja nie mogę.- Szlochał przerażony
- Będę Cie piłował.- Powiedział Peter stanowczo, ale młody nadal kręcił głową.
- Nic Ci nie zrobią. Nie, kiedy wiem...- Westchnął Derek
- Ta jasne, bo uwierzę- Prychnął Isaac.
- Przestań się mazać- Warknęła Erica, a w oczach chłopaka odznaczyła się panika- Ciota.- Splunęła, blondyn odskoczył prosto na Stilesa który pewnie przytrzymał go w miejscu.
- Spokojnie.- Szepnął.
- Możesz jechać z nami.- Odezwał się Louis- Do domu Stilińskiego, jestem pewien, że szeryf nawet nie zauważy, a nawet, jeśli, to raczej nic nie powie.- Kiedy nastolatek spojrzał z nadzieją na szatyna, do Dereka dotarło, że traci właśnie jednego członka stada i to jednego z lepszych, na rzecz bandy agresywnych, bezmózgich idiotów.

- Gdyby matka to widziała...- Sarknął.
- Taa- Mruknął Peter zgadzając się.
- Isaac nigdzie, kurwa z wami nie pojedzie.- Powiedział twardo patrząc w oczy najpierw aniołowi, a późnej Stilesowi.
- Nie ty o tym decydujesz.- Odwarknął nastolatek, a lekko szurnięty wujek zaśmiał się pod nosem. Robi się ciekawie.
- Jestem alfą, więc to oczywiste, że ja.
- Nie potrafiłeś zapewnić mu bezpieczeństwa wcześniej, nie zrobisz też tego teraz.
- Może ty razem ze swoim aniołkiem będziesz mógł to zrobić? Nie rozśmieszaj mnie. W życiu nie spotkałem nikogo tak słabego i bezbronnego. Jesteś jak porcelanowa laleczka. Jak spadniesz ze zbyt dużej wysokości to zostaną z ciebie tylko okruchy.- Coś dziwnego mignęło w oczach młodszego, a w następnej chwili Derek odbijał się już plecami od sporego drzewa. Nie miał pojęcia, co jest granę, możliwe, że to Louis broni swojego przyjaciela. Nie znał się an aniołach, nigdy wcześniej żadnego nie spotkał. Czytał w dziennikach matki, ale to było tak dawno... Nie dokończył myśli, bo przed oczami mignął mu obraz rozwścieczonego Stalińskiego.
- Stil- Powiedział Louis zaniepokojonym głosem- Uspokój się, nie chcesz chyba ukatrupić swojej watahy, prawda?
- Próbuję nie.- Warknął młody przez zaciśnięte zęby. Kiedy zamroczenie wywołane uderzenie osłabło, a wzrok wilkołaka wrócił do normy zauważył, że koszulka Stilesa dziwnie odstaje na plecach. Powoli podniósł się na równe nogi, jęcząc cicho na ból w kręgosłupie i prawej ręce. Zwrócił tym na siebie uwagę nastolatka, który w jednej sekundzie był przy nim. Docisnął go z powrotem do pnia. Jego tęczówki były srebrne, a źrenice maksymalnie się zwęziły, przypominając kształtem kocie. Dereka oblał zimny pot, uświadomił sobie, że przez bardzo długi czas igrał z własnym życiem. Wystawiając się na pewną śmierć za każdym razem, kiedy wkurzał nastolatka.

- Czym jesteś?- Zapytał niepewnie, chociaż prawdopodobnie znał odpowiedź
- Harpią.- Powiedział nad wyraz spokojnie młodszy.- Peter miał rację, jesteś strasznie tępy.- Derek podniósł spojrzenie na wuja, który nie wyglądał na zaskoczonego obrotem sytuacji.
- Wiedziałeś?- Zapytał z wyrzutem w głosie. Mógł powiedzieć! Wtedy Derek każdego dnie nie robiłby z siebie idioty. Zastanawiał się, co Stiles musiał o nim myśleć i jakim cudem powstrzymywał się od skręcania mu karku.
- Tak- Westchnął Peter.- To naprawdę nie było takie ciężkie do odkrycia, jeśli kiedyś dużo czasu spędzało się wśród harpii. Cóż głównie to kobiet... nie wiem, dlaczego, ale były bardzo zainteresowane moją skromną osobą w celach...
- Wiemy, jakich.- Powiedział rozbawiony Isaac. Powoli podnosząc się na nogi z pomocą Louisa.- Stiles jestem cholernie zmęczony i obolały... jeśli twoja propozycja gościny nadal jest aktualna, to chętnie bym skorzystał.
- Nie dacie mi się pobawić? Skoro i tak prawda wyszła na jaw... Mógłbym troszeczkę wyładować swoją trzyletnią frustrację.- Tu przeniósł swoje oczy na Dereka- Kiedy ten idiota bez przerwy mnie obrażał, traktował gorzej niż chłopca na posyłki. Myślisz, że nie miałem nic lepszego do roboty w piątkowe czy sobotnie wieczory tylko grzebanie się księgach, traktatach i paktach?-Stiliński Parsknął śmiechem.- Całej polityce między wilkołakami a łowcami?! Znajdowanie rozwiązań na coraz to nowe wasze problemy? Żeby potem nie usłyszeć nawet zwykłego dziękuję.
- Stiles ja...


- Zamknij się.- Powiedział takim lodowatym tonem, że bruneta przeszły ciarki.- Nic mnie to nie obchodzi, co masz do powiedzenia. Zauważyłeś, że nie jestem tak bezużyteczny jak Ci się wydawało, i co? Nagle zaczniesz mnie lubić? Wiem, że nie jestem częścią stada, ale niestety moja natura mnie zdradziła. Nie miałem w pobliżu nikogo ze swojego gatunku, a mimo wszystko nikt nie lubi być sam Derek. No może z wyjątkiem Ciebie. Nawet Peter, który na początku miał zapędy sadystyczne wie, że w stadzie jesteście silniejsi. Wyleczył się z części ran psychicznych... Jednak nie do końca, bo to byłoby możliwe tylko w silnym stadzie, gdzie funkcjonują jakieś normy. Gdzie zapewnione jest wsparcie alfy i pozostałych członków watahy
- Też wiem, że w pojedynkę jesteśmy łatwym celem.- Powiedział niepewnie alfa, a Stiliński zaśmiał się bez humoru.
- Nie wydaję mi się. Separujesz się od reszty, gówno obchodzi Cię to, że Erica i Jackson nie radzą sobie z agresją i wyżywają się na innych, Boyd żałuję, że został wilkołakiem a Scott... on cóż, akurat McCall jest idiotą i homofobem. Jeżeli chcesz zachować to stado musisz spiąć dupę i zacząć coś robić dla nich. Przesłań myśleć o tym, co było. Stworzyłeś sobie nową rodzinę, ale jak każda nie jest idealna. Ogarnij ich i siebie, jestem pewien, że Peter może Ci pomóc, ale ty musisz mu na to pozwolić. Od tej pory radź sobie beze mnie.
- Co? O czym ty mówisz?
- Od teraz nie będę się mieszał w twoje sprawy.- Odsunął się, a Derek patrzył na niego zszokowany. Obserwował jak kolor tęczówek chłopaka wraca do normy, a spojrzenie łagodnieje, kiedy przenosi je na Louisa i Isaaca.- Panowie jedziemy do domu.
- Och wreszcie!- Cieszy się anioł.
- Już?- W tym samym czasie odzywa się zawiedziony Peter.- Ja chce jeszcze! W życiu nie widziałem Dereka tak potulnego... Normalnie jak wystraszona wiewiórka.- Alfa zauważył coś dziwnego w zachowaniu wuja. Sposób, w jaki patrzy na Stalińskiego, jak się do niego zwraca. Peter najzwyczajniej w świecie czuł szacunek do młodego. To było coś, bo starszy Hale nie szanował nikogo od czasu śmierci matki Dereka, nie czuł respektu przed nikim... Alfa zdaję sobie sprawę, że Stiles pomagał mu nawet nieświadomie zapanować nad najbardziej niesfornym członkiem stada. Ogarnia go panika: jak on sobie do cholery poradzi z sarkastycznym, upierdliwym, obrażalskim, humorzastym Peterem.
 Mam przejebane- To jego ostatnia myśl, zanim anioł, harpia i pobity wilkołak znikają z jego podwórka.

Mówię Hej wszystkim którzy przeczytali :D

czwartek, 22 września 2016

Harpia Stiles! 2

 Rozdział. 2

Stiles budzi się nieco zdezorientowany jest mu ciepło i najchętniej wcale nie ruszałby się z łóżka przez cały dzień. Jest też całkowicie pewien, że w sobotni poranek mógłby sobie odrobinę odpocząć. Zwłaszcza, że prawie całą noc nie spał. Niestety upierdliwie dzwoniący telefon uniemożliwia ponowne odpłynięcie w kierunku objęć morfeusza. Louis podnosi głowę z poduszki i patrzy na niego błagalnie, więc nastolatek lituję się w końcu i niechętnie wygrzebuję się z pościeli by znaleźć swój telefon w spodniach rzuconych na podłogę. Nawet nie patrząc na wyświetlacz odbiera z ziewnięciem:
-Halo?
 - Kurwa Stiles tylko mi nie mów, że jeszcze spałeś.- Wykrzyknął oburzony Scott- Zebranie zaczęło się jakieś pięć minut temu i Derek raczej nie jest szczęśliwy, że nie ma swoich materiałów o harpii! Więc rusz dupę i się pospiesz!
 - McCall jak Boga kocham, długotrwałe przebywanie z Halem Ci szkodzi, coraz bardziej się do niego upodabniasz.
 - Cóż dziękuję.- Warknął ostro Scott - To nie był komplement.- Dodał jeszcze Stiliński- Będę za dwadzieścia minut, ale nie zdążę wziąć prysznica... Cokolwiek będziecie czuć to będzie to wina tak wczesnej pory spotkania.
 - Wiem jak śmierdzi twój pot. Ruszaj się!- McCall się rozłączył, a Stiles z westchnięciem odwrócił się do komody wygrzebując z niej potrzebną bieliznę i czyste skarpetki dla siebie i świeży ręcznik dla Lou.
  - Nie była to zbyt przyjacielska rozmowa.- Powiedział szatyn, a chwilę później ciepła para rąk oplotła nastolatka w tali. Louis złożył delikatny pocałunek na łopatce młodszego.- Nie możesz pozwolić im się tak traktować. Wiem, że nie chcesz żeby wiedzieli, kim jesteś, ale mimo wszystko za to, co dla nich robisz nawet, jako człowiek należy Ci się szacunek.
 - To nie takie proste Lou. Zawsze mieli mnie za nadpobudliwego dzieciaka nienadającego się do niczego, nawet w szkole. Tylko Scott traktował mnie inaczej. Teraz jest gorzej, ale mimo wszystko są dla mnie jak rodzina, nie chce ich stracić.
 - A chcesz stracić samego siebie?- Zapytał starszy. Obaj doskonale znali odpowiedź, więc nie było potrzeby na nie odpowiadać.

 Stiles skoczył do łazienki na szybką toaletę, żeby, chociaż z ust mu nie cuchnęło. Ubrał się w ekspresowym tempie, zgarniając ubrania z podłogi, bo była sobota i powinien robić pranie, jeśli chce mieć, w czym iść do szkoły w poniedziałek. Niestety jakiś zrzędliwy wilkołak wymyślił spotkanie watahy, nastolatek rozumiałby jeszcze gdyby on był jej pełnoprawnym członkiem, ale prawie całe stado uważało go za nic niewarte gówno, nadające się tylko do roli: Przynieś, wynieś, pozamiataj. Był jeszcze Peter patrzący na niego z lekkim niepokojem i zaciekawieniem, ale teraz Stiles już rozumiał, dlaczego. Isaac też nie traktował go jak reszta wydawało się, że nawet go lubi, ale ulega presji grupy. Z westchnieniem zerknął na siebie w lustrze i zorientował się, że ma na sobie nie swoją koszulkę. Dzwoniący telefon powiedział mu jednak, że zdecydowanie nie ma czasu na jej przebranie. - Dobrze w niej wyglądasz- Zaśmiał się Louis z wyraźnym zadowoleniem przyglądając się malince w połowie wystającej zza dekoltu w serek. Idiota, pomyślał Stiles. Ugryzienia jak i ślady po paznokciach zagoiłyby się gdyby napił się krwi. Tak leczyły się harpie, na takie „ obrażenia" wystarczyłyby dosłownie dwa łyczki, ale Louis odmówił tłumacząc, że nie po to się tyle namęczył, żeby teraz wszystko zniszczyć. Chyba odrobinę za bardzo wziął sobie radę Petera do serca. Każdy w wilkołak w promieniu kilometra będzie mógł wiedzieć, co Stiliński robił przez większość nocy. Miał tylko nadzieję, że jeśli Derek będzie chciał go za to udusić to wujaszek stanie w jego obronie. Cóż raczej w obronie, Dereka, bo jeśli Stiles się zbytnio przestraszy wypuści na wierzch swoją drugą naturę, a tego alfa mógłby nie przeżyć. Wsiada do samochodu, przekręca kluczyk i kurwa nic się nie dzieję. Zaklina swój samochód.
 - Nie dzisiaj malutki, bo inaczej wielki, zły alfa może rozszarpać mnie razem z tobą na kawałeczki.- Próbuję jeszcze raz odpalić, bez skutecznie.- Uwierz nie chcesz tego.
 - Stiles!- Krzyczy Lou przez okno jego pokoju.- Weź mój.- Rzuca mu kluczyki.- Później zerknę na twojego Jeepa. Jak Cię znam to znowu naprawiałeś go na taśmę izolacyjną...- Dziękować niebiosom, za seksownego aniołka z zamiłowaniem do motoryzacji!
 - Dziękuję!- Wskakuję do odrestaurowanego mustanga. Louis ma słabość do strych szybkich samochodów. Szatyn tylko się śmieję, kiedy młodszy rusza z piskiem opon. Minęło zdecydowanie więcej niż dwadzieścia minut, Derek będzie wkurwiony. Zerka na pudło z papierami, bezpiecznie siedzące na siedzeniu pasażera. Kilka ważniejszych informacji zebrał do notatek i być może Wilkołak nie będzie próbował zabić go już na początku spotkania.

Kiedy dociera pod stary dom w lesie, cała wataha już jest, dzieję się coś dziwnego: ktoś z kimś znowu walczy, ale kiedy widzą, czym przyjechał odwracają głowy w szoku. Wysiada i łapię za pudło z księgami. Podchodzi odrobinę bliżej i specjalnie ustawia się tak by wiatr niósł jego zapach od wilkołaków. Nie chciał już na początku zebrania wszczynać afery... Peter uśmiechną się do niego promiennie i okay to było lekko przerażające.
 - Nowy samochód?- Zapytał Wujaszek. - Nie, mój odmówił współpracy. Pożyczyłem od przyjaciela...
 - Tego, którego wczoraj poznałem?- Stiles skinął głową, a Starszy Hale podszedł do mustanga, ale w taki sposób by przejść tuż koło nastolatka.
- Ma dobru gust.
 - Ummm, Tak: Mam te materiały o harpiach, takie ogóle i najważniejsze. Nie stanowią zagrożenia, jeśli wy nie będziecie ich niepokoić, chyba, że którąś zdenerwujecie wtedy może być nie ciekawie.- Mruknął i Podał swoje notatki Derekowi. Właśnie wtedy kierunek wiatru się zmieniał, a zapach Stilesa dotarł do wilkołaków. Te najbliżej aż jęknęły. Stiles się zarumienił, bo to było bardzo oczywiste, co oznaczała ta woń. Peter staną odrobinę bliżej niego.
- Młody czy ty masz koszulkę na lewą stronę?- Zachichotał.
 - Możliwe, spieszyłem się.- Westchnął, wiedział, że teraz już po nim.
 - Czy ty...?- Wydukał w końcu Scott.
 - Czy z kimś spałem: tak. Czy tym kimś był facet: Tak. Coś jeszcze?!
 - Nie zbliżaj się do mnie!- Warknął McCall, parę osób poparło jego słowa.- Najpierw jeden pedał się we mnie zakochał- Wrzasnął i wymierzył silny cios Isaacowi, co dziwne blondyn nie próbował się zasłonić. Do Stilesa dotarło, co to znaczy- a teraz mój kumpel puszcza się z innym pedałem!- Scott chciał kopnąć leżącego Laheya, ale Boyd go obezwładnił. Erica patrzyła od Stilesa do Isaaca z pogardą, a Derek miał brwi zmarszczone i widać było, że nie jest zadowolony z takiego obrotu sprawy.
 - Dziwka- Warknął Scott i splunął na Isaaca, który skulił się jeszcze bardziej i to było za dużo dla Stilesa. Telepatycznie wezwał Louisa, bo cokolwiek się stanie on nadal musi ukrywać swoją prawdziwą naturę, mógłby kogoś zabić, a mimo wszystko tego nie chce.
 - Derek.- Powiedział Peter.
 - To nie jest moja sprawa. Nie jestem od ich sercowych zawirowań!- Powiedział zimnym głosem.- Z kimkolwiek się pieprzą to ma zostać z dala ode mnie. Nic mnie to nie interesuję.
 - Nie nadajesz się na alfę, a tym bardziej na...- Tu Stiles wcale nie delikatnie wbił mu harpii szpon w łopatkę. Starszy Hale zdecydowanie za wiele wie o obyczajach jego rasy, to aż zastanawiające..
 - Odpieprz się- Mówi Derek. Do Stilesa docierają coraz to nowe negatywne emocję, co do niego, ale zdecydowanie bardziej skierowane są do Isaaca. Stiles stawia mur i nie pozwala tej fali nienawiści przeniknąć do niego, nauczył się tego już w szkole. Nie było to dla niego nic nowego. Lahey też swoje wycierpiał, ale chyba nie umiał się uodpornić. Wiać było po nim, że to go boli, a to jedynie dawało satysfakcję reszcie.


 - Peter ma rację.- Mruknął Stiles- Kilka twoich bet znęca się fizycznie i psychicznie nad Isaaciem, który przypominam także jest w twoim stadzie... Powinieneś reagować, a ty tym czasem masz to totalnie w dupie. Uwierz przez to wszystko, co kazałeś mi znaleźć wiem więcej o wilkołakach niż bym chciał... Alfa powinien być: Opiekunem i Obrońcą stada. Dom Watahy schronem dla jej członków. Przemieniłeś ich i zostawiłeś samych sobie.- Jego potok słów przerwało silne uderzenie. Czół jak z jego nosa cieknie krew, ale nie przejmował się tym. W razie, gdy zrobi się zbyt niebezpiecznie: ucieknie.
- Zamknij się śmieciu! Nie masz prawa mówić o czymś, co nie dotyczy ciebie, jesteś żałosny. Tak bardzo chciałeś czyjejś uwagi, że się nad tobą zlitowałem i łaskawie pozwoliłem Ci poczuć się potrzebnym, ale nie jesteś i nigdy nie byłeś częścią stada, nie masz prawa wnikać w nasze wewnętrzne sprawy.- Stiles tylko smutno się uśmiechnął, doskonale wiedział, że tym był dla wilkołaka.
 - Nie powiedziałeś nic, czego bym nie wiedział.- Mruknął, tuż za nimi korzystając z zamieszania Erica zatopiła pazury w Isaacu. Zapach krwi to było dla Stilesa za dużo. Czuł, że jego skrzydła desperacko chcą wydostać się z otworów pod łopatkami, oczy na chwilę zamigotały srebrnym blaskiem.
 - Peter.- Sarknął, bo wiedział, że jest na granicy- Idź po Laheya.- Starszy niechętnie się od nich oddalił.- Muszę się stąd ewakuować.
 - No, co?- Zapytał Derek z drwiną- Popłaczesz się teraz, a może chcesz do mamusi?
 - Módl się żeby nigdy nie spotkać mojej matki.- Powiedział Stiles zdławionym głosem. Szamotanina za nimi ustała, a obok niego wylądował Louis. Wszyscy wpatrywali się w niego z niedowierzaniem. Nic dziwnego, byli jak dzieci w tym nadprzyrodzonym świecie, nie wiedzieli o tylu rzeczach. Lou złożył swoje biało-srebrne skrzydła za plecami. Peter praktycznie przyniósł Isaaca na rękach, wszędzie była krew, a zmysły Stilesa wariowały
. - W porządku?- Najstarszy wilkołak zapytał Stilińskiego, a ten tylko skinął głową.
 - Czym jesteś?!- Zapytał Derek patrząc niewiedzącym, przerażonym wzrokiem na Louisa - Aniołem. Dokładanie to w połowie, ale nie wdajmy się w szczegóły.- Odpowiedział niedbale jednocześnie ścierając krew z policzka Stilesa.
- Czy nie wiesz, że to trochę nieostrożne wkurzać kogoś kto mógłby roznieść twoją całą, śmieszną watahę za jednym podejściem?
 - O czym ty mówisz?!

Harpia Stiles! 1


 Rozdział. 1

Derek miał kolejną paranormalną zagadkę do rozwiązania, ale ani myślał w piątkowy wieczór grzebać się we wszystkich tych księgach Deatona. Po chwili namysłu stwierdził, że podrzuci to wszystko Stilesowi. Nawet nie zastanawiał się czy młodszy nie ma przypadkiem jakichś planów na wieczór. Zwinął z krzesła swoją niezniszczalną, skórzaną kurtkę i kartony z papierami, zapakował do samochodu i ruszył z piskiem opon. Cała droga zajmuję mu tylko kilka minut. Zatrzymał się kilka metrów od domu Stilińskiego, nie chcąc być zauważonym przez szeryfa. Bez wcześniejszej zapowiedzi wślizgnął się przez okno do pokoju szatyna, zastał go wpatrującego się w otwartą szafę. Derek zauważył, że Stiliński wygląda lepiej niż zazwyczaj, ale tylko potrząsnął głową na swoje dziwne myśli i cicho odchrząknął
 - Mam dla Ciebie zadanie, potrzebuję żebyś znalazł mi coś w papierach Weterynarza. Pojawiło się jakieś stworzenie, nie wiem, co to do cholery jest! Wiem jedynie, że jest cholernie szybkie. Dowiedz się jak to złapać i zabić.
 - Po pierwsze: Cześć.- Nastolatek patrzy ze zmarszczonym czołem na starszego.- Poza tym, dlaczego sam tego nie zrobisz?!- Warknął, bo na tą noc miał znacznie ciekawsze plany niż grzebanie się w nudnych papierach. Zresztą wie, że Derek widział jego... Naprawdę nie chciał żeby jego mała tajemnica wyszła na jaw. Tak długo udało mu się to przed nimi ukrywać. Wystarczyło, że zapomniał się na chwilę i dał się ponieść prędkości, by przez przypadek zahaczyć częściowo o terytorium watahy.
- Bo ja mam ciekawsze rzeczy do robienia, a ty i tak gnijesz w pokoju, więc: zrobisz to co Ci każe!- Stiles wzdycha tylko, bo wie, że jak będzie tak długo się denerwował to jego samokontrolę szlak trafi.

 Liczył dzisiaj na trochę czasu dla siebie, planował złapać kilka najpotrzebniejszych rzeczy do plecaka i pojechać do większego miasta trochę się zabawić, bo te wszystkie wydarzenia ostatnich tygodni znacznie nadszarpnęły jego nerwy. Potrzebował dla równowagi troszeczkę miłej rozrywki. Miał nadzieję dostać ją w jakimś ciemnym klubie, oraz zabrać trochę na później do niewielkiego prywatnego mieszkania. Ostatecznie mógł po raz kolejny zadzwonić do Louisa. Byli czymś w rodzaju przyjaciół z korzyściami. Niejednokrotnie ratowali siebie nawzajem, kiedy napięcie robiło się zbyt wielkie. Cóż było to wygodne przy ich trybie życia: Stilesa cały czas zajmowało pilnowanie by ta owłosiona banda nie wpakowała się w jakieś poważne kłopoty, a starszy miał swoje obowiązki. To, aż śmieszne, że oni obaj skończyli razem w łóżku: On był harpią, a Lou półaniołem. Całkiem dwa różne gatunki. Mimo tych różnic mieli coś co zdecydowanie ich łączyło: uczucie do najmniej odpowiednich osób. Z tym, że Stiles nigdy nie próbował nic z tym robić, a Louis został zraniony do tego stopnia, że był gotowy własnoręcznie wyrwać sobie serce, byleby tylko przestać czuć cokolwiek. Tak się poznali. Byli dla siebie chwilowym zapomnieniem.

- Dobrze dawaj te papiery i spierdalaj!- Wrzasnął nastolatek, bo ma zdecydowanie dosyć jak na jeden wieczór. Zupełnie nie rozumie swoich uczuć do tego apodyktycznego idioty. Myśli, że jeszcze nie jest za późno, aby zadzwonić do Lou. Droga z jego miasta zajmie mu nieco ponad godzinę, a w tym czasie Stiles zdążyłby wyciągnąć z tej sterty zżółkłych papierów kilka ogólnych informacji o swojej rasie. Coś, co da do zrozumienia Derekowi, że Harpia nie jest zagrożeniem dla watahy, jeśli się jej nie wkurwi. Prawda jest taka, że ma coś w rodzaju instynktu „macierzyńskiego" względem każdego osobnika ze stada. Bardzo mu zależy, więc to trochę przykre, że oni mają go za kompletnie bezwartościowego. Doskonalę zdaję sobie sprawę, że teraz nawet Scott patrzy na niego trochę inaczej. Tak naprawdę nic o nim nie wiedzą, ale nie zamierza tego zmieniać. Jest jak jest, gdyby naprawdę lubili go, jako człowieka i szanowali za każdą zarwaną noc przez szukanie informacji dla alfy, może przyznałby się, czym jest. Jedną z zasad Harpii jest to, żeby nie ufać tym, którzy nie ufają im. Więc nie zanosi się na to, aby ktokolwiek z watahy miał poznać jego sekrecik.
- Postawiłem pudło na biurku.- Derek uśmiechnął się za zadowoleniem.

Hale cieszył się jak głupi się z kolejnego wolnego wieczoru. Myślał, że trochę poćwiczy, a potem może z resztą watahy obejrzą jakiś durny film z kolekcji Petera. Nawet nie wysilił się na tyle, żeby chociaż skinąć młodszemu na pożegnanie i ewakuował się tą samą drogą którą przyszedł. Zajechał jeszcze po jakieś żarcie. Kiedy dotarł pod dom, zobaczył, że stado już jest, a wujaszek siedzi na schodach ze zniesmaczonym wyrazem na twarzy. Ożywił się, kiedy  wyczuł zapach Stilińskiego na siostrzeńcu. Jednak zmarszczył brwi, gdy nie dostrzegł nastolatka.
 - Gdzie Stiles?-Zapytał starszy Hale.
 - Podrzuciłem mu papiery od Deatona. Wiesz, że spotkałem coś nietypowego na naszym terytorium. Coś, co miało niewielkie skrzydełka i poruszało się z taką prędkością, że w większości widziałem tylko rozmazany kształt.- Peter miał ochotę poinformować tego idiotę, że widział, Stilesa, ale wolał poczekać na rozwój wydarzeń. Zajęło mu trochę czasu, ale w końcu zrozumiał, czym jest młody Stiliński. Mężczyźni wśród Harpii są niesamowicie rzadcy. Rodzą się jeden na sto. Są cholernie potężni i Peter wolałby, nigdy nie wkurzyć za bardzo nastolatka. Cóż... lubił, gdy jego głowa jest pewnie przytwierdzona do szyi. Nie kręci go dekapitacja, ale Dereka najwyraźniej tak... Sądząc po tym jak traktuję młodszego chłopaka. Tylko patrzeć, aż Stilesowi braknie samokontroli.
 - Zdajesz sobie sprawę, że gdybyś przywiózł go ze sobą to uporalibyśmy się z tym szybko i nie musiałby zarywać nocy?
 - Co ty się tak przejmujesz?- Zaśmiała się Erica- To tylko Stiles...
 - Naprawdę, dziwię się, że on jeszcze nie ma was dosyć...- Westchnął Starszy Hale i zwinął kluczyki od auta Dereka.- A i drogi siostrzeńcze! Tak dla waszej informacji stworzenie, które widziałeś to Harpia. Lepiej mieć ją po swojej stronie. Wkurzona bez trudu rozszarpałaby na kawałeczki całe stado..., Jeśli jednak uzna nas za swoją rodzinę, to będzie chronić za wszelką cenę.
 - Skąd wiesz?!- Zaciekawił się Scott.
 - Wiem. Znałem kilka kobiet Harpii i nawet jednego mężczyznę.
 - Jeden na sto...- Mruknął cicho Derek marszcząc brwi.
- Widzę, że coś jednak pamiętasz z nauk matki młodzieńcze.- Stwierdził Starszy z sarkazmem- A teraz panie i panowie wybaczą, że opuszczę ich jakże miłe towarzystwo i pojadę pomóc „grzebać się w papierach".
 - Musimy się dowiedzieć, kim ona jest i przeciągnąć ją na swoja stronę. – Powiedział Derek. Peter miał ochotę śmiać się na głos z debilności bruneta. To niemożliwe, żeby on był synem swojej matki, a już na pewno nie jest jego siostrzeńcem. To przerażające, że ktoś z tak opornym mózgiem był z nim spokrewniony!

 ***

 Louis przyjechał nie całą godzinę po telefonie od przyjaciela, a Stiles woli nawet nie zastanawiać się ile praw ludzkich, czy też nie złamał, żeby zjawić się tak szybko. Zresztą nie miał czasu myśleć, kiedy starszy coraz mocniej napierał na jego usta jednocześnie pozbawiając go kolejnych części garderoby. To takie znajome uczucie, bycie całowanym przez niego i Stiles zaczął żałować, że nie mógł swoich żałosnych uczuć ulokować w tym pół-aniołku. Ręce starszego badają strukturę skóry na klatce piersiowej Stilińskiego, a usta suną coraz bardziej w dół. Nastolatek nie zamierza mu być dłużny: zdjął z niego czarną koszulkę, dłońmi przejechał po jego plecach, a pod opuszkami palców czuł skaryfikację skrzydeł, każda malutka blizna, to osobne piórko. Doskonalę wiedział, że nakręca to Louisa jak nic innego. Kiedy chce odpiąć zamek własnych spodni, ale Lou się odsuwa.
 - Ktoś przekroczył barierę ochronną wokół domu.- Stwierdził z niepokojem pół-anioł.
- To pewnie tylko ojciec.- Mruknął zawiedziony nastolatek, ale po chwili uświadomił sobie że to za wcześnie jak na szeryfa. Jednak nie pozwolił zejść starszemu ze swoich bioder. Pocałował go uspokajająco w ramię i Louis został na swoim miejscu, ale nadal wszystkie jego zmysły skupiały się na otoczeniu. Czekają. Nie mija minuta jak słychać, że intruz zamierza dostać się przez okno, a chwilę później Peter Hale wskoczył do sypialni Stylińskiego, tak jak do własnej. Co do cholery jest z tymi pieprzonymi wilkołakami dzisiaj?! Peter wytrzeszczył śmiesznie oczy na sytuację, w jakiej nakrył młodszego. Naprawdę spodziewał się zastać wszystko tylko nie to. Podejrzewał, że Stilesa kręcą również faceci, a na pewno ma słabość do jego Siostrzeńca. Jednak, co innego myśleć, a widzieć...
 - Ummm. Derek mówił, że szukasz informacji. Chyba jednak nie...
- Czego chcesz?
 - Chciałem pomóc, ale raczej tego nie potrzebujesz.- Stiles był zdziwiony słysząc szczerość i zadowolenie w głosie wilkołaka.- Niegrzeczny aniołek- Zamruczał patrząc na Louisa, a ten tylko wyszczerzył ząbki w uśmiechu i wzruszył ramionami.
 - Trochę przeszkadzasz.- Oznajmił Louis mrugając do Petera.
 - Okay, okay już się zmywam... Tylko dwie rzeczy Stiles: ja wiem, kim jesteś.
 - J-jak to?- Młodszy poruszył się niespokojnie ze zdenerwowaniem patrząc na wilkołaka
- No proszę Cię nie sądzisz chyba, że jestem tak samo kiepskim obserwatorem jak reszta stada? Poza tym miałem przyjaciółki Harpie.
 - Przyjaciółki?- Wątpi Lou. Wilkołak tylko wzruszył ramionami.- Druga sprawa?
 - Zanim jutro spotkasz się z watahą, upewnij się, że odpowiednio mocno Cię czuć, tym, czym będziecie się zajmować.- Zaśmiał się Peter, kiwną im głową i zostawił ich samych. Kilka minut dezorientacji i oszołomienia po tej niespodziewanej wizycie i wracają do przerwanego zajęcia.

 Peter Hale całą drogę powrotną chichotał niczym naćpana nastolatka. Wiedział, że kolejny dzień na pewno dostarczy mu masę atrakcji.

wtorek, 6 września 2016

Wina Przypadku/Lirry

Gdyby wolno mi było chcieć Ciebie...


Liam:
Jedziemy do kolejnego miasta. Jestem przerażony tym, że Louis zaczął cos podejrzewać. On nigdy nie wie, kiedy odpuścić. Czasami widzę jak przygląda mi się z cwanym uśmiechem i aż boję się pomyśleć, co kombinuję. Rozsiadamy się przed telewizorem i oglądamy parę odcinków jakiegoś kryminalnego serialu. Po dwóch godzinach Niall zasypia, a Harry idzię pod prysznic. Zostaję sam z Tommo i Zaynem. Oglądam w ciszy przez jakiś czas, ale gdy tylko powieki Malika opadają, a jego powolny oddech sugeruję, że zasnął na ramieniu swojego chłopaka, oczy Tommo momentalnie odrywają się od ekranu i skupiają się na mnie. Kurwa, wiedziałem!
- Liam?
- Co chcesz Tomlinson?- Pytam zrezygnowany, bo wiem, że z nim i tak nie wygram.
- Chcesz mi coś powiedzieć?- Pyta poważnym totem.
- Raczej nie.
- Na pewno? Mnie się jednak wydaję, że lepiej dla ciebie byłoby jakbyś się komuś wygadał. Przy Harrym wyglądasz jak bomba zegarowa i zastanawiam się, kiedy w końcu wybuchniesz.- Mówi wesoło.
- Coo?!- Nie sądziłem, że będzie aż tak bezpośredni. Czy on w ogóle myśli? Co by było gdyby ktoś słyszał naszą rozmowę.
- Nie udawaj, widzę jak na niego patrzysz, dziwne, że się nie ślinisz... I ta twoja zazdrość, gdy myślałeś, że z nim jestem.
- Louis...- Nie wiem, co mam powiedzieć żeby wyplątać się z tej rozmowy. Nagle się zatrzymujemy. Zbawienie! Okazało się, że opona poszła. Tomlinson zanosi Malika na pryczę, Niall i Harry już śpią jak zabici. Liczę na to, że na dzisiaj mam rozmowę z głowy. Niestety Lou wyciąga mnie z Torbusa, Siadamy na trawie on odpala fajkę. Przez parę minut w ciszy przyglądamy się jak ekipa męczy się ze zmianą koła na kompletnym pustkowiu. Czuję jak Louis dotyka mojego ramienia, chyba chce być wspierający. Nie wytrzymuję i chowam twarz w dłoniach.
- Daj sobie spokój, moja sytuacja to nie to samo, co twoja i Malika...
- Skąd wiesz?- Pyta- przez rok żaden z was się nie zorientował. Co jeśli powiem, że ty jesteś prawię tak dobrym aktorem jak ja, a Hazz zasługuję na Oscara?
- O czym ty do chuja mówisz?! Przyznaje, że ja faktycznie jestem zakochany w Stylesie od jakiegoś czasu, ale nie wydaję mi się żeby on...
- Będzie trudniej niż myślałem- marudzi Tomlinson.- Dobrze, że chociaż przyznałeś się do swoich uczuć. – Westchnąłem. Było mi trochę głupio, że on odkrył mój sekret. Na szczęście w porę przypomniałem sobie, że on jest z innym chłopakiem w związku. Pomyślałem: co mi tam, może, chociaż trochę mi pomoże jak się wygadam.
- Myślę, że nie mam siły tego przed tobą ukrywać skoro i tak rzucasz mi te swoje wszechwiedzące spojrzenia...- zaśmiał się.
- Wiesz, że chcę tylko pomóc.
- Wiem?
- Liam!! Może i bywam upierdliwy, złośliwy, ale jeśli chodzi o coś tak poważnego potrafię się zachować.- Tak, to akurat była prawda. Poddaję się.
- Louis, nie daję sobie z tym rady. Czasami, to za dużo... jego gesty i słowa dają mi jakąś pierdoloną, niepotrzebną nadzieję, a na końcu i tak zawsze czeka rozczarowanie, bo z jego strony to tylko przyjacielskie zachowanie. Przypominanie sobie tego każdego dnia mnie dobija.
- Tak jakby dokładnie wiem, o czym mówisz, przerabiałem to jakiś czas... Uwierz zanim się zeszliśmy wcale nie było u mnie kolorowo. Nadrabiałem uśmiechem i wygłupami, ale cały czas analizowałem wszystko. Okazało się, że do zakończenia moich psychicznych i fizycznych męczarni, (bo wzwód po tym jak tylko dotykał mnie dłużej niż parę sekund był męczący i dość kłopotliwy... szczególnie podczas koncertu...), ale nie o tym miało być- roześmiał się, a ja razem z nim.- Wracając koniec tych tortur nastąpił dość niespodziewanie: wystarczyło, że zostaliśmy sami no i trochę czegoś na odwagę.
- Chciałbym, żeby w moim przypadku też było to takie proste...
- Co jeśli powiem, że jest?- Unosi brew.
- Nie obraź się, Lou, ale nie sądzę.- Wzdycham i podnoszę się z ziemi- Dzięki że mogłem z kimś pogadać.
- Spoko. Nie myśl, że to koniec rozmowy. Wrócimy do tematu.
- Niech Ci będzie.- Odpowiadam- ale nie dzisiaj... nie mam na to siły.
- Gdyby coś, to jestem...- mówi niby w żartach- jeżeli będzie trzeba i ma Ci to pomóc, to mogę nawet fantazji erotycznych wysłuchać.- Mruga zaczepnie. W ten pokręcony sposób mówi, że każdy mogę rozmawiać z nim o wszystkim, a on nie będzie mnie w żaden sposób oceniać.
- Dzięki Tommo.- Mówię wesoło- może skorzystam z propozycji.
- W co ja się wpakowałem. – Wzdycha teatralnie- Dobranoc Li, jak chcesz to prycza nad Hazzą jest wolna- unoszę brew.- Ja zmieszczę się z Zaynem.
- Ok. Lou?
- Hm?
- Błagam, powiedz, że nie nigdy nie pieprzyliście się, gdy my sobie smacznie spaliśmy...- udaję przerażenie.
- Naprawdę chciałbyś, żebym kłamał?

Harry:

Obudziłem się i od razu wiedziałem, że coś jest nie w porządku. Brakowało tego charakterystycznego szumu i uczucia przemieszczania się. Podniosłem się niechętnie z pryczy i chciałem zapytać Louisa, co jest grane, ale nie było go na łóżku. Zerknąłem na pozostałe posłania: Niall i Zayn spali jak niemowlaki, ale brakowało Liama i Louisa. Podreptałem na przód autobusu i od jednego z ochroniarzy dowiedziałem się, że przebiliśmy oponę i teraz część ekipy męczy się z jej zmianą, bo utknęliśmy na środku jakiegoś pustkowia. Nadal nie wiedziałem gdzie podziała się pozostała dwójka... Wziąłem z lodówki jakiś napój owocowy i siadłem na blacie. Spojrzałem przez okno i dostrzegłem znajome sylwetki. Payne i Lou siedzieli na trawie zawzięcie o czymś dyskutując. Wyglądało to jakby Liam zwierzał się Tomlinsonowi z jakichś problemów, aż skręcało mnie z ciekawości, o czym rozmawiają. Gdy Li schował twarz w dłoniach, wyglądając przy tym na załamanego, sam poczułem jakbym miał się za chwilę rozpłakać. Tak bardzo chciałbym do nich podejść i po prostu się do niego przytulić, składać te durne, błahe obietnice, że wszystko będzie dobrze. Wiedziałem jednak, że nie mogę cokolwiek go dręczy świadomie wybrał Louisa żeby mu się zwierzyć. Z moich rozmyślań wyrwał mnie huk i masa przekleństw naszego kierowcy. Gdy ponownie zerknąłem na chłopaków widziałem, że Li ma słaby uśmiech na twarzy i niepewnie wstaję z ziemi, Tommo jednak go zatrzymuję i jeszcze coś do niego mówi. Jakieś pięć minut później humor Payno jest wyraźnie lepszy. Gdyby nie fakt, że jesteśmy w znanym zespole i inny zawód nie będzie konieczny w przyszłości, sam wysłałbym, Tommo na studia psychologiczne. Myślę, że byłby w tym genialny. Wracają do autobusu, Lou tylko kiwa mi głową z radosnym uśmieszkiem, i od razu wślizguję się na pryczę swojego chłopaka. Trochę zastanawia mnie jak oni obaj się na niej mieszczą, bo mnie zdarzyło się parę razy spaść na podłogę. Od tamtej pory zawsze zajmuję łóżka na dolę, przynajmniej upadek jest mniej bolesny. Liam sięga po jakieś cudem zachowane piwo, po chwili z za serków tofu i jogurtów wyjmuję kolejne i mi podaję.
- To mój schowek liczę na to, że jeśli się podzielę nie zdradzisz mojej tajemnicy reszcie?- Otwieram i biorę pierwszy łyk.
Zsuwam się z blatu i siadam na podłodze, plecami opierając się o kuchenne szafki. Uśmiecham się do niego, odwzajemnia gest i w tym momencie muszę sobie powtarzać: Harry, idioto tlen jest naprawdę niezbędny do życia. Oddychaj! Wreszcie udaję mi się odwrócić od niego wzrok.
- Twoja tajemnica jest ze mną bezpieczna. Czasem możesz się podzielić, taki niewielki haracz...
- Spoko, loczek.- Odpowiada i siada koło mnie na tyle blisko, że czuję jak nasze ramiona i nogi się stykają. Zerkam na niego, wygląda jakby rozmyślał nad czymś poważnym. Oczywiście nie wytrzymuję i pytam:
- Widziałem jak gadałeś z Lou...- Podnosi na mnie zdziwione spojrzenie- Li, co jest? Nie wyglądasz na przesadnie szczęśliwego...
- Hazz... naprawdę nie mogę Ci powiedzieć, przynajmniej nie teraz.- Mówi powoli jakby zastanawiał się nad każdym słowem.
- Dlaczego?
- To jest cholernie trudne... mógłbyś nie zrozumieć.- Chce zaprotestować- Obiecuję jednak, że kiedy będę mieć na tyle siły to powiem. Co ty na to?
- Niech Ci będzie...- marudzę, ale wiem, że jak on nie chce powiedzieć to nie wolno nikogo na siłę męczyć.- Tylko pamiętaj, że jakby, co to jestem. Może nie jestem tak dobry w psychologicznych rzeczach jak Louis, ale wygadać się zawsze możesz.
- Wiem Harry.- Mówi i uśmiecha się. Nie jest to jednak radosne. Przypomina, to podróbkę uśmiechu, falsyfikat. Coś, co ma udawać, że wszystko jest w porządku, kiedy wcale tak nie jest. Tym razem jednak odpuszczam sobie dalszą dyskusję na ten temat, bo wiem, że Tommo już go pewnie o to wymęczył. Prawdopodobnie teraz najbardziej ze wszystkiego potrzebuję na chwilę o tym zapomnieć. Parę minut siedzimy w ciszy, kończąc chłodny napój. Nieświadomie przechylam głowę, kładąc ją na jego ramieniu. Chichocze i odgarnia moje loki ze swojej twarzy. Przeczesuję przez nie palcami próbując założyć je za ucho, a ja prawie mruczę z przyjemności. Co mogę poradzić? Uwielbiam, kiedy ktoś bawi się moimi włosami. W tym Momocie czuję się całkowicie odprężony i szczęśliwy, myślę, że mógłbym zostać w tym miejscu do końca życia. Nagle coś nietypowego przychodzi mi do głowy.
- Liam?
- Hm?- Mamroczę sennie.
- Skoro Louis i Zayn są razem tak długo, a my o niczym nie wiedzieliśmy... zresztą Louis coś takiego zasugerował, to myślisz, że oni...- I w tym momencie milkne, czerwieniąc się jak głupi.
- Pieprzą się kiedy my śpimy?- Kiwam głową. A on się śmieję.
- Kiedy Lou dzisiaj powiedział, że śpi z Zaynem... to samo przyszło mi do głowy. Powiedziałem mu cytuję: „Błagam, powiedz, że nie nigdy nie pieprzyliście się, gdy my sobie smacznie spaliśmy".
- No i co Ci odpowiedział?- zerkam na niego.
- Zapytał czy chcę aby kłamał...- Krzywię się, modląc się żeby nigdy seksili się na pryczy nade mną...
- Naprawdę miałem nadzieje, że usłyszę coś w stylu „ Nigdy nie robimy tego gdy jesteście w pobliżu"- Wzdycham teatralnie.- No ale przecież to Louis, to było do przewidzenia.
- Ta...- odpowiada i chwile mi się przygląda- Co myślisz o tym, że oni są razem, ale bez ściemniania Hazz?- Marszczę brwi.
- Nie spodziewałem się tego, ale patrząc na nich widać, że do siebie pasują. Teraz gdy wiem na co patrzeć, widzę jak szukają swojego wzroku i dotyku, gdy coś jest nie tak, albo gdy coś ich zdenerwuję. Może zabrzmi to dziwnie i patetycznie, ale myślę, że dopiero gdy są razem są kompletni...- Widzę jak przetwarza to co mu powiedziałem.- A ty, coś nie tak?
- Nie.- stanowcza odpowiedź- Widzę co dzieję się z każdym z nich gdy mówi nawet jakąś głupotę o drugim. Mam nadzieję, że zostanie tak na zawsze, bo nie chciałbym stracić żadnego z nich...- Trochę rozumiem jego tok myślenia, bo gdyby między Lou a Zaynem coś się spieprzyło... Kurwa nawet wole sobie tego nie wyobrażać.- Myślę też, że chciałbym być kiedyś tak szczęśliwy jak oni teraz.- Dodaję cichszym poważnym tonem i niepewnie na mnie zerka. Nie wiem co się dzieję, ale przez jakąś minutę siedzimy wgapiając się w siebie, robi to z mojego mózgu i serca kompletną galaretę. Kurwa czuję się jak jakaś ameba albo ukwiał, ślimak czy coś równie głupiego. Gdy odwracamy wzrok, on niepewnie się podnosi rozcierając ścierpnięte nogi. Podaję mi rękę i szybko pomaga mi wstać. Wreszcie postanawiamy iść spać, na koniec jeszcze zaczepnie przebiega ręką po moich lokach, plątając je jeszcze bardziej.
- Dobranoc Hazz.
- Dobranoc- odpowiadam. Gdy jestem już na łóżku pozwalam mojemu uśmiechowi wypłynąć. Jestem przekonany, że nawet przez sen szczerzyłem się jak głupi.

Liam:

 Najpierw rozmowa z Tomlinsonem trochę poprawiła mój nastrój, a później Hazz całą swoją osobą przegnał resztę przygnębienia. Zaciekawił mnie jego pogląd na związek naszych przyjaciół. To co powiedział upewniło mnie w przekonaniu, że nigdy nie był zainteresowany Louisem w ten sposób, bo gdyby tak było na pewno byłby zazdrosny i nie zdołałby tego ukryć całkowicie. Po tym co od niego usłyszałem, stwierdzam, że jest otwarty i tolerancyjny, ale nic jak na razie nie daję mi prawa przypuszczać, że on sam jest chociażby biseksualny. Westchnąłem na przypomnienie ciepła jego dotyku i uczucia loków łaskoczących mnie po szyi. Zdecydowanie chciałbym czuć tego więcej i częściej. Do tego, to jak mruczał gdy przeczesywałem jego loki... bałem się trochę, że jak to zrobię, popatrzy na mnie jak na idiotę i szybko się odsunie, ale on tylko mocniej wtulił się w moje ramie. Jeżeli tak działa na niego tak niewinna czysto platoniczna pieszczota, to ciekawe co zrobiłby gdybym... Kurwa znowu to sobie robie. Znów śnie na jawie. Fantazjuję o młodszym przyjacielu, a mają mnie za tego najgrzeczniejszego z zespołu... Ciekawe z której strony? Gdybym miał taką możliwość, gdyby Harry był mną zainteresowany, to mógłbym im udowodnić w bardzo szybkim tempie, że do grzecznego chłopca mi w chuj daleko. Przez te myśli o Stylesie mam mały problem w bokserkach. Mimo to próbuję zasnąć, ale gdy przekręcam się na drugi bok, a szorstki materiał ociera się o mój wrażliwy członek, frustracja jest nie do opanowania. Odpuszczam i myślę, że skoro co poniektórzy mogą sobie bez krępacji wkładać gdy my śpimy, to nic się nie stanie gdy ja szybko sobie obciągnę. Chowam twarz w poduszkę i z ulgą ściągam uciskającą mnie bieliznę. Po wszystkim czyszczę się chusteczkami nawilżającymi, które w razie właśnie takich sytuacji zawsze mam schowane pod prześcieradło, i zakładam powrotem bokserki. Teraz może już zasnę.
Rano, a raczej bliżej południa sądząc po tym, że większość śpiochów już wstała, bardzo niechętnie zwlekam się z ciepłego łóżka. Chwytam pierwsze lepsze ubranie i kieruję się w stronę łazienki. Oczywiście z moim szczęściem pod drzwiami zderzam się z półnagim ociekającym wodą Harrym... Serio?! Myślę, że on jakimś cudem wie o tym co do niego czuję i świadomie chce sprawdzić co musi zrobić abym stracił nad sobą kontrolę. Zanim tak się stanie szybko przemykam obok niego do łazienki zaszczycając go tylko słabym uśmiechem. Zatrzaskuję drzwi i wzdycham z ulgą, bo gdybym patrzył na niego chociażby sekundę dłużej, to najprawdopodobniej pod prysznicem musiałbym powtórzyć wieczorną czynność.

Louis:
 
Upewniłem się, że obaj są zainteresowani, teraz nie pozostaje mi nic innego jak doprowadzić do tego aby wyznali sobie, to co czują. Proste mogłoby się wydawać, ale weź zmuś do tego dwóch upartych, ślepych osłów. Cały dzień się im przypatruję, teraz dopiero widzę jak bardzo oczywiści są. Wzdycham z bezsilności, bo na samych ukradkowych spojrzeniach, to oni daleko nie zajdą. Wiem to z własnego doświadczenia. Zayn zauważył, że dziwnie się zachowuje i rzuca mi pytające spojrzenia, a ja tylko wzruszam ramionami. Później mówię bezgłośnie. Może Hazzz ani Li mnie nie zabiją jak podzielę się ich tajemnicami z moim chłopakiem. Potrzebuję pomocy, bo sam co najwyżej mogę ich do siebie przywiązać albo spiąć kajdankami...