piątek, 14 października 2016

Wina przypadku/Lirry 3


* Nie mam pojęcia czy ktoś to przeczyta.
*Nie zmuszam do tego nikogo. Podoba Ci się to czytaj nie to zamknij strone i tyle. 
*Jeżeli podoba Ci się, FF a masz jakieś drobne uwagi to przyjmę konstruktywną krytykę, ale nie hejty, bo jak komuś kompletnie nie podoba się to, co znajduję się na tym blogu to nie rozumiem po, co czyta dalej. 
* Zastanawiałam się nad zrezygnowaniem z tego bloga, bo nie publikuję tylko tutaj... 



Bo nawet anioł by się skusił...



Liam:

Mam bardzo złe przeczucia, co do tego koncertu. Stadion wypełniony po brzegi, scena przygotowana, band już się rozgrzewa, a ja, co chwilę przyłapuję Louisa Tomlinsona na przypatrywaniu mi się z diabelskim uśmieszkiem. Każdy, kto choć trochę go zna wie, że nie wróży to nic dobrego. Nie mam pojęcia, co tym razem ten pokemon wymyślił, ale potem prawdopodobnie będę miał ochotę go zamordować...

Wchodzimy na scenę, a raczej wskakujemy i na chwilę moje obawy idą w zapomnienie, bo kiedy tyle osób śpiewa z nami piosenki, piszczy i po prostu dobrze się bawi dzięki nam to wszystkie myśli uciekają z głowy. Trzy szybkie utwory jeden po drugim potrafią dać w kość, kiedy jednocześnie się śpiewa, biega, skacze i jeszcze próbuję tańczyć. Dlatego z ulgą siadam na schodkach przy Little Things. Dzięki temu, że Magament pilnuję żeby Louis był daleko, od Hazzy to Tomlinson może bez żadnych podejrzeń siedzieć z Malikiem. Uśmiecham się pod nosem, bo kto by się kurwa spodziewał, że ta dwójka? Niby czasem znalazła się jakaś fanka, która coś tam dostrzegała, ale zazwyczaj w kontekście przyjaźni, a tu tak niespodzianka. Zayn śmieję się z trudem łapiąc powietrze na coś, co powiedział mu Louis, a później zerkają na Harry'ego, który odpowiada im zdezorientowanym spojrzeniem. Nie dziwie mu się... mnie przeraża sam Tommo obserwujący mnie, a kiedy zaprzęgnął do pomocy swojego chłopaka to aż strach się bać, co wykombinują. Trzeba przyznać, że odkąd wiemy o nich zachowują się znacznie swobodniej i widać te szczenięce spojrzenia i to słynne przyciąganie... trochę jak magnesy jak jeden idzie w prawo to drugi automatycznie też zapieprza w prawo. Jak Malik siedzi w kącie zmęczony to Lou wycisza swoją głośną osobowość dopasowując się do nastroju chłopaka. Największym szokiem był jednak dla mnie Zayn wymyślający samodzielnie dowcipy i ten dumny błysk w oczętach Tomlinsona... Szatan i jego zdolny uczeń.

Harry:


Cały wieczór czuje na sobie czyjeś spojrzenie, a stalkerami okazują się być Louis i Zayn. Do tego te ich porozumiewawcze spojrzenia i zadowolone uśmieszki... Tak to zdecydowanie nie wróży dla mnie nic dobrego. Później jednak skupiam się na fanach i muzyce kompletnie zapominając o dziwnym zachowaniu przyjaciół. To mój największy błąd tego dnia, bo pierwsza zasada przetrwania powinna brzmieć: Nie lekceważ Louisa Tomlinsona i jego durnych pomysłów. Liam i Louis znowu stoczyli wojnę na wodę i jestem przekonany, że Tommo doskonale wiedział, co zrobi mi widok koszulki Payno przyklejającej się do jego torsu. Dobrze, że to już koniec koncertu inaczej moglibyśmy mieć kolejny skandal pod tytułem: Harry Styles podniecił się podczas występu. Fanki i ich zajebista wyobraźnie nie potrzebują lepszej zachęty do pisania fanfiction. W zasadzie mi to nie przeszkadza, przyznam, że przeczytałem kilka, do których linki mi wysyłały. Jednak szerokim łukiem omijałem wszystkie otagowane Larry. Z tego, co mówił Tomlinson to Zayn i tak nie reagował za dobrze na to hasło. Zresztą... najczęściej szukałem tych znacznie rzadziej pisanych... Niall raz o mało nie umarł od śmiechu, kiedy dostał powiadomienie o jakimś OT5 nie miał pojęcia, co to no i kliknął. Mówi, że to pierwszy i ostatni raz. Do tej pory Louis się z niego nabija, że ma słabe nerwy. Z kolei Tomlinson bez bicia przyznaję się do regularnego czytania o sobie i Zaynie, a Malik twierdzi, że nasze fanki mają całkiem niezłe pojęcie o tym, co piszą...

Koncert się kończy, pisk fanów jest ogłuszający, a migające światła powodują lekkie zdezorientowanie. Dlatego kolejny raz tracę równowagę i potykam się o własne nogi. Chłopaki oczywiście cicho się śmieją.
- Może na następne urodziny powinieneś dostać ochraniacze i kask?- Pyta niewinnie Zayn. Przewracam oczami, bo nie ma sensu tego komentować.
- Pierwszy pod prysznic!- Woła Niall zerkając jakoś dziwnie na Zouisa.
- My zajmujemy drugi!- Odpowiada automatycznie Louis jakby to było oczywiste. No nic, trudno poczekam...
- Tylko nie pieprzcie się tam...- Mówi Liam zmęczonym głosem.- Chciałbym z siebie zmyć te wszystkie napoję, którymi zostałem zaatakowany.- Dodaję patrząc groźnie na Tomlinsona, ale ten się tylko wyszczerza. Payno odpowiada mu środkowym palcem i wszyscy wybuchamy śmiechem. Kiedy chłopaki znikają pod prysznicami siadam na fotelu i czuję jak koszula przylega mi do spoconych pleców. Nic przyjemnego... wolę sobie nawet nie wyobrażać jak czuję się Liam skoro Lou oblał go na sam koniec colą...
- Mam nadzieję, że się pospieszą.- Mówi cicho i nie jestem pewien czy zwraca się do mnie czy bardziej wypowiada myśli na głos. Głowę odchyloną ma do tyłu, a oczy zamknięte to całkiem niezły widok dla mnie. Zagryzam wargę, żeby przypadkiem nie wypuścić żadnego westchnięcia albo, co gorsza jęku.- Jak tam twoje plecy po upadku?- Pyta i słychać szczere zmartwienie w jego glosie.
- Nie jest źle, pewnie zostanie niewielkie otarcie i może siniak, ale prawie wcale nie bolą. Zresztą przyzwyczaiłem się często mam takie obrażenia.- Uśmiecham się nieznacznie, a on podnosi głowę patrząc na mnie uważnie.
- Faktycznie ostatnio częściej przydarzają Ci się takie „wypadki"... coś nie tak?
- Nie... chyba. Może jestem zmęczony bardziej niż zwykłe, trochę dokucza mi bezsenność.- Nie mam pojęcia, dlaczego się do tego przyznaję i to właśnie jemu, ale spojrzenie jelonka od zawsze potrafiło wyciągnąć ze mnie każdą tajemnicę.
- Musisz się dobrze kryć, bo nic nie zauważyłem...
- Czytam.- To moja jedyna odpowiedź i na szczęście nie zdarza zapytać o nic więcej, bo Louis z Zaynem wytaczają się z łazienki.
- No to chłopaki jedna wolna możecie iść.- Mówi rozbawiony Louis, a ja uśmiercam go wzrokiem. Niall otwiera kolejne drzwi i wychodzi z włosami wciąż ociekającymi wodą.
- Zamoczyłem sobie ręcznik.- Marudzi skrzacik, a ja śmieję się cicho. Czyli nie jestem jedynym pechowcem dzisiaj.


Liam zbiera swoje rzeczy i znika za drzwiami, z których wypełzł Niall mnie, więc niestety zostaję iść pod prysznic po Zouisie i mam szczerą nadzieję, że nie zostawili tam nic po sobie. Chyba trwało to za krótko, żeby zdążyli zrobić cokolwiek poza całowaniem i to pewne pocieszenie, bo nie chciałbym wdepnąć w spermę żadnego z nich.Ciśnienie wody jest średnie, zawsze jak w takich miejscach, ustawiam słuchawkę tak, żeby strumień dosięgał również moich loków. Nie mam czasu ani zbytnio siły na długi prysznic, dlatego temperaturę ustawiam na letnią, żeby się lekko orzeźwić. Jednak z włosami nie mogę pozwolić sobie na pośpiech, bo ich później kurwa nie rozplącze. Chłopaki nie mają pojęcia, jakie to jest utrapienie. Przez ciągłe stylizację moja czupryna przypomina po umyciu stóg siana... albo gniazdo. Dlatego zawsze muszę nakładać odżywkę i nie ważne, co ktoś by mówił na ten temat. Nigdy więcej nie popełnię tego błędu i nie pominę tej czynności, bo przypłacam to później zajebistym bólem i kłębkiem włosów na grzebieniu. Współczuję dziewczynom,naprawdę.


Spieszę się jak mogę, ale i tak spędzam w łazience dwadzieścia minut, a kiedy wychodzę widzę, że nikogo nie ma w garderobie i już mam iść do wyjścia, kiedy drzwi od drugiej za mną się otwierają i staję w nich Liam.
- Gdzie reszta?- Jest jakiś dziwnie spięty, a jego brwi zmarszczone.- Mam bardzo złe przeczucia...
- Nie wiem, może już wyszli do samochodu... wiesz, że Louis szybko się niecierpliwi.- Podchodzę do drzwi szarpię za klamkę i... kurwa nic się nie dzieję. Ktoś nas zamknął.- Haha chłopaki, niezły kawał, a teraz nas wypuście!- Krzyczę, ale odpowiada mi tylko cisza.
- Zabiję Tomlinsona.- Warczy Payno za moimi plecami. Przeszukuję swoje rzeczy i czegoś szuka.- No zajebie go! Sprawdź czy masz telefon, bo mój zabrali.- Szybko przeskakuję do swojej podręcznej, niewielkiej torby i to, co tam jest zdecydowanie nie jest tym, co powinno tam być!
- Nie mam...- Wzdycham. Liam próbuję otworzyć drzwi, ale to bezcelowe, od kiedy nasze garderoby zawsze mają solidne zamykanie na wypadek gdyby jacyś fani przedarli się ochronie. Obchodzę pomieszczenie dookoła w poszukiwaniu czegokolwiek: telefonu czy może tabletu jednej ze stylistek, ale jak na złość nic nie ma. Cokolwiek zaplanowali zrobili to dokładnie. I nagle dociera do mnie, dlaczego tu jesteśmy. Lou chce nas zeswatać, ale zapomniał o tym, że to tylko moje żałosne uczucia, Payno jest całkowicie hetero.
- Nie wyjdziemy stąd... jak dorwę tych idiotów to im nogi z dupy powyrywam!- Li jest wkurzony i to porządnie. Obaj jesteśmy zmęczeni po koncercie i głodni, mnie dodatkowo bolą plecy po upadku. Wiem, że Tommo chciał dobrze, ale to po prostu nie mogło się udać odkąd tylko jedna strona była zainteresowana.- Hazz, co z tobą?- Pyta, Liam ciszej i spokojniej.
- Nic.- Mruczę- Głodny jestem i wykończony, plecy mnie bolą.
- Powinienem mieć jakieś przeciwbólowe.- Szatyn przeszukuję mniejsze, boczne kieszenie swojego plecaka i wyjmuję jakieś tabletki. Coś z ibuprofenem. Kiwam mu z wdzięcznością i łykam od razu dwie. Człapię z powrotem na kanapę, zastanawiając się jak długo oni chcą nas tu trzymać. Czuję, że na czymś siedzę... podnoszę się i sięgam po to ręką: to koperta. Niepewnie wyciągam jej zawartość: zwykła kartka złożona na cztery...
- Co masz?- Payno zauważa, że coś znalazłem.- Jak miło zostawili nam wiadomość...- Kpi i przejmuję ode mnie list.

-Chłopaki nie wkurzajcie się na nas za bardzo, albo jak tam chcecie i tak jesteśmy poza zasięgiem waszych rąk. Za to wy macie siebie jak najbardziej dostępnych...- Myślę, że mniej subtelnym nie można było być.- Spędzicie tam dwadzieścia cztery godziny i ani minuty krócej. Nie ma możliwości żebyście się wydostali wcześniej opłaciliśmy to... Bez obaw nie damy wam umrzeć z głodu: w rogu garderoby jest niewielka lodówka i zostawiliśmy wam tam wcześniej zamówione jedzenie, kilka piw. Gdzieś na fotelach powinna leżeć reklamówka z wodą mineralną i karton z pizzą. Zimna, ale jakoś przeżyjecie. Pewnie zastanawia was, dlaczego? Cóż wiem o was obu coś istotnego i mam nadzieję, że ta doba sam na sam wystarczy wam żeby się odpowiednio uporać z tym napięciem między wami..- Li urywa i mogę zauważyć, że jest lekko różowy na twarzy. Hm... może to zamknięcie było warte tego widoku?- Wasz ulubiony terapeuta: Louis i jego dzielni asystenci: Zayn i Naill...
- Tak...- Wzdycham.-To by było na tyle. Przynajmniej zostawili nam coś do żarcia.- Idę we wskazanym przez Lou kierunku.

Zwijam opakowanie z lekko jeszcze ciepłą pizzą i sięgam po jedno piwo z lodówki. Siadam z powrotem obok Liama i podaję mu butelkę, a sam zabieram się za jedzenie.
- A ty nie pijesz? Wiesz przydałoby się i tobie coś na nerwy...
- Wziąłem przeciwbólowe, a odkąd nie możemy stąd wyjść to nie chcę ryzykować nawet minimalnie.- Li  przytakuję i przez jakiś czas panuję cisza.



Liam:

Moje przeczucia się sprawdziły... kiedy ja się w kocu nauczę ufać samemu sobie? Powinienem był się domyślić, ze ta cholera coś kombinuję, bo od rana chodził taki jakiś dziwnie zadowolony z siebie. Jakby wyszedł mu wyjątkowo udany kawał, ale machnąłem na to ręką. Stwierdzając, że najwyraźniej mieli z Zaynem bardzo udaną noc i dlatego Tommo ma minę jak kot, który nawpierdalał się rybek z akwarium. Dumny łowca z pełnym żołądkiem... Jeszcze na dodatek ta cholerna notatka, naprawdę namieszała mi w głowię. Z tego, co pisze ten „terapeuta" wynika, że zarówno ja jak i Styles mu się do czegoś przyznaliśmy. Skoro tak to może istnieje taka minimalna szansa na szczęśliwe zakończenie i dla mnie? Jednak, jeśli to tylko manipulacja ze strony Tommo i zrobię z siebie idiotę...
- Li?- Budzę się z myślowego transu na cichy głos loczka.- Chcesz kawałek?- Wyciąga do mnie opakowanie z jedzeniem i dopiero teraz zdaję sobie sprawę, że ostatnio jadłem na dwie godziny przed koncertem. Kończymy pizzę, a ja dopijam wywietrzały już alkohol. Niby niewiele, ale pozwoliło mi się trochę uspokoić. Hazz na chwilę znika w łazience, a ja przypominam sobie, co Lou zostawił w moim plecaku. Mimowolnie się czerwienie i skrępowanie wraca, bo wiem, że muszę jakoś utrzymać libido na wodzy, a to nie będzie proste, kiedy Styles jest zmęczony i niepewny bardzo klei się do innych osób. Zazwyczaj jest to Louis, a odkąd Zayn zrobił się bardziej zazdrosny to Niall. Mnie jakoś omija i jeśli się nad tym dłużej zastanowić to są dwa wnioski: albo mnie nie cierpi, albo z jakiegoś powodu nie czuję się komfortowo tak blisko mnie. Jednak przypominam sobie ten moment w Torbusie jakiś czas temu. Reakcję jego ciała na najmniejsze muśniecie.... Czy to możliwe żeby?
- Nad czym tak myślisz?- Podskakuję lekko na jego głos tuż przy moim uchu. Styles śmieje się cicho i z powrotem wskakuję na kanapę tuż obok mnie. Chwyta cienki koc leżący w rogu i zarzuca na swoje plecy, krzywi się lekko na ten szybki ruch. Niewiele myśląc podwijam nieznacznie jego koszulę i widzę, że otarcie jest całkiem sporę.- Nic mi nie będzie.- Mówi. Wiem to jednak nie mogę ot tak wyłączyć tego instynktu opiekuńczego. Zanim uświadamiam sobie, co dokładnie robię obejmuję go i ramieniem... niby przyjacielski gest, on ma głowę ułożoną wygodnie na moim ramieniu, a mi nie pozostaję nic innego jak ciche dopasowanie.


- W sumie nie jest tak źle, co?- Pyta i zaskakuję zarówno mnie jak i samego siebie sądząc po jego bardzo niepewnej minie.
- Zdecydowanie.- Odpowiadam szczerząc się. Później nie mówimy nic istotnego. Wspominam koncert i jego, co śmieszniejsze momenty. Styles łaskocze mnie w szyję swoimi lokami, ale kto by narzekał?
- Louis dostał dzisiaj jakiegoś szału z tą wodą...- Stwierdzam.- Później jeszcze ta nieszczęsna cola.
- Hej! Przynajmniej fanki były szczęśliwe...- Mruga sugestywnie, a ja czuję, że powoli moja samokontrola jest coraz mniejsza. Jeszcze kilka takich gestów i pójdzie w cholerę.
- Na pewno nie bardziej, niż kiedy ty pomyliłeś statyw mikrofonu z rurą do tańca...- Chce tak grać to ma...
- Możliwe... jednak pokaz był niezły, sam przyznasz?- Unosi kącik ust. Kurwa mać! Gdzie moje słynne opanowanie, kiedy jest mi potrzebne?! Penis siad! Wcale się mnie nie słucha...
- Uhm... Nie najgorszy.- Wykrztuszam z trudem bardziej skupiając się na poprawianiu się na kanapie tak, żeby nie zauważył, że ta jego gadka jakoś na mnie wpływa.
- Mówisz, że nie najgorszy... chcesz powtórkę?- Pyta żartem. Myślę: Teraz albo nigdy.
- Co zrobisz, jeśli powiem, że tak?- Żartobliwy ton pozostał, ale pytam serio i on chyba wychwytuję tą różnicę, bo zerka na mnie.
- Liam... ty nie żartujesz tak do końca, prawda?- Kręcę głową i sprawdzam jego reakcję. Oczy jak spodki i szybki oddech.- Powiedz mi, o czym Louis pisał? Co mu powiedziałeś?
- Hazz...
- Powiedz.- Jego głos jest tak słaby, że myślę: pierdolić to i po prostu robię to, co chcę.
- Przyszpilił mnie i musiałem przyznać, że zależy mi na tobie bardziej niż mi się wydawało...
- A jest tak?- Idiota. Czasami naprawdę zastanawiam się, dlaczego te ważne i trudne słowa trzeba powtarzać kilkakrotnie... jakby raz nie był wystarczająco stresujący.
- Tak, jest. Całkiem nieźle rozumiem Zayna też byłem zazdrosny o Larry'ego...- Nie zdarzam zapytać go, co on na to wszystko, bo w następnej sekundzie ten napaleniec siedzi na moich kolanach, a w ustach już czuję jego język. Co mi pozostaję? Odpowiedzieć na to... Po jakimś czasie łapiemy oddech.- Rozumiem, że to twoja wersja „ja ciebie też".- Uśmiecha się jak zadowolony Gremlin i jeszcze raz muska moje usta.


- Mamy jeszcze jakieś dwadzieścia... może  osiemnaście godzin Li...- Mruczy mi do ucha.- Powiedz mi, co dostałeś w prezencie od terapeuty?- Skąd on...?- Ja znalazłem kilka butelek lubrykantu i karteczkę, że drugą część niespodzianki masz ty...
- Prezerwatywy...- Jęczę, bo ta cholera wierci się na moich kolanach, raz po raz ocierając się swoim kroczem o mojego twardego penisa.
- Myślisz, że możemy?
- Możemy wszystko, jeśli zechcemy.- Odpowiadam.- Tylko jedno pytanie, spróbujemy po prostu być czymś więcej niż tylko pieprzeniem i przyjaciółmi? Wiesz, bo ja tak na serio z tym...- Plątam się ze zdenerwowania.
- Li... wyglądasz w tym momencie tak, że nawet anioł by się skusił, a ja zdecydowanie nie mam białych skrzydełek... bardziej ogon i różki...  plus mam obsesję na twoim punkcie już jakiś czas...
- Tak?- Śmieję się.- Jak dużo Louis słyszał?
- Za dużo.- Odpowiada i stwierdzam, że jednak nie zabiję, Tomlinsona jak już się wydostaniemy z tej garderoby. Nagle te kilkanaście godzin to zdecydowanie za mało.

Harpia Stiles!8



Kolejny dzień w domu Stilińskich zaczyna się dla Isaaca całkiem nieźle, od domowego śniadania i dokończenia kolejnej książki, którą pożyczył od szatyna. Później dopiero uświadamia sobie, że od rana nigdzie nie widział Petera ani Louisa i nie wie, co o tym myśleć. Nie chce wtykać nos w nie swoje sprawy i dopytywać, ale nic nie może poradzić na niepokój związany z nieobecnością anioła. Zdążył się już przywiązać do tego skrzydlatego chłopaka. Pomimo, że znali się krótko Lahey całkowicie mu ufał i mógłby nawet podzielić się z nim szczegółami swojego bolesnego dzieciństwa. Nie o wszystkim powiedział Scottowi czy Derekowi, były pewne tematy tak trudne, że nie był w stanie zmusić się do zwierzenia się z nich komukolwiek. Inna sprawa, że podświadomie nie ufał żadnemu z nich na tyle, aby powierzyć im coś tak osobistego. Jak się później okazało ciałem słusznie, bo McCall był dosyć fałszywy, a Derek nieszczególnie przejął się jego nieobecnością w stadzie. Ani razu nie był go odwiedzić, a podobno alfy odczuwają więź z betami i czują się w pewnym stopniu za nie odpowiedzialne. Isaac jest pewien, że to gówno prawda, albo może to Derek jest jakimś wyjątkiem. Fakty mówią same za siebie, bo w żadnym momencie, w którym blondyn potrzebował kogoś, kto zapewniłby mu odrobinę poczucia bezpieczeństwa czy spokoju alfy nie było. Zawsze miał coś ważniejszego, prawdopodobnie nie wiedział nawet, że Isaaca nadal męczą koszmary z jego ojcem w roli głównej. Czasami pojawia się też matka, albo Scott patrzący na niego pogardą i obrzydzeniem. Zawsze budzi się mokry od potu i z urwanym oddechem i już już chce krzyczeć i wołać o pomoc, ale wtedy powstrzymuję go to, że oni na pewno nie mają ochoty zajmować się taką żałosną kupką nieszczęścia, jaką on jest. Dlatego zagryza własną dłoń tak by żaden dźwięk się z niego nie uwolnił, niejednokrotnie jego ciałem wstrząsa bezgłośny płacz. Najbardziej ze wszystkiego chciałby, żeby ktoś przy nim był, ale nigdy tego kogoś nie znajduję obok. Nie ważne jak długo na wpół przytomnie przeszukuję drugą stronę łóżka. Nie zdarzyło się jeszcze tak, zęby faktycznie poczuł czyjeś ciepło przy sobie. Wszędzie jest pustka i chłód otaczające go z każdej strony. Wtedy podnosi kołdrę pod brodę i szczelniej się nią otula licząc na to, ze fizyczne ciepło przegoni emocjonalny mróz. Miłość to przyjemne ciepło, a on od najmłodszych lat był jej pozbawiony. Od ojca uświadczył tylko zimnych i oślizgłych macek nienawiści i pogardy. Gdy wszystko zdawało zmierzać w dobry kierunku i myślał, że wataha stanie się jego rodziną... wszystko się posypało: przez przypadek dowiedzieli się o tym, że jest gejem. Przez to doświadczył tyle bólu i nienawiści, że wzdryga się na samo wspomnienie imion pozostałych wilkołaków.
Louis zauważył, że z Isaaciem dzieję się coś niedobrego. Zawsze jakaś scena w filmie czy głośniejszy hałas przynosiły złe wspomnienia, a blondyn dryfował po nich oderwany od rzeczywistości. Louis wyczuwał niepokój i strach chłopaka równie mocno jak swoje własne emocje, na początku nie był zbyt pewien, co robić w takich momentach, ale z czasem zorientował się, że wystarczy lekki dotyk, aby chłopak się ocknął. Dlatego teraz, kiedy anioła nie było w pobliżu Isaac odrobinę panikuję. Oczywiście nie umyka to uwadze Stilińskiego.

- Co się dzieję? Dlaczego zrobiłeś się taki niespokojny?- Stiles jest zaciekawiony jak i zaniepokojony, bo stan emocjonalny Isaaca nadal pozostawia wiele do życzenia. Czasami szatyn zastanawia się ile jeszcze ten chłopak musiał się nacierpieć, czego doświadczyć, a oczy monie nie mają zielonego pojęcia. Wcale nie tak, że chce zmuszać blondyna do zwierzeń, ale uważa, że zrobiłoby mu się odrobinę lżej gdyby komuś o tym powiedział. Był skłonny spędzać z chłopakiem dwadzieścia cztery godziny na dobę, aby mieć tylko pewność, że nie przegapi momentu, w którym ten by go potrzebował.
- Nic, naprawdę.- Westchną Lahey, bo Stiles jest zdecydowanie zbyt spostrzegawczy. Czego on oczekiwał po harpii? Przecież im nic nie umknie, a już na pewno nie prawie dwukrotne przyspieszenie akcji serca i nerwowe wybijanie rytmu stopą, oraz strzelanie z palców. Czego nawiasem Stiles sam czasem nadużywał szczególnie w wyjątkowo stresujących czy niekomfortowych dla niego sytuacjach. Dlatego teraz bez problemu mógł zauważyć, że coś jest nie w porządku z Laheyem.

- Czekaj, bo uwierzę.- Sarknął Stiliński i wywrócił oczami.- Kłam innym, ale nie mnie. Nie musisz i nie przyniesie Ci to, żadnych efektów, bo po pierwsze marny z ciebie kłamca, a po drugie mam takie same tiki nerwowe jak ty i rozpoznaję u Ciebie wszystkie podręcznikowe objawy zdenerwowania, a wręcz paniki. Dlatego zapytam jeszcze raz: Co się dzieję Blondi?- Lahey chwilę się zastanawiał czy rzeczywiście może to powiedzieć, ale ostatecznie się poddaję i z uwagą zaczyna obserwować swoje paznokcie. Niestety Stiles jak to on nie odpuszcza tak łatwo i dwoma palcami unosi podbródek wyższego chłopaka. Marszczy pytająco brew i czeka, aż blondyn się zbierze.
- Gdzie reszta? Peter, Louis?- Pyta cicho i gdyby zmysły Stilesa naprawdę były ludzkie to nie miałby nawet szans na usłyszenie tego. Chociaż raz był z nich pożytek, bo jak do tej pory nasłuchał się tylko masy drwin i obelg pod swoim adresem wymienianych pomiędzy osobnikami ze sfory Dereka. Myśleli, że ich nie słyszy i wyzywali go tuż obok niego, a on musiał udawać, że niczego nie słyszy i nadal głupkowato się uśmiechać i z życzliwością podchodzić do każdego z nich. Najbardziej bolało go, gdy Scott przyłączył się do tych żarcików i naśmiewania się z niego. Początkowo Stiles myślał, że może McCall jest na niego o coś zły i w ten sposób się wyżywa, ale gdy to powtarzało się kilkakrotnie... Zrozumiał, że aby być akceptowanym przez resztę watahy Scott dopasował się do nich i ich ulubionej rozrywki, jaką było szydzenie ze słabego człowieczka.

- To Cię tak dręczyło?- Zapytał z niedowierzaniem, a Isaac delikatnie się zarumieniał. Stiliński momentalnie walnął sobie solidnego liścia. Przysuną się bliżej blondyna i w uspokajającym geście położył mu rękę na karku, był to niezawodny sposób na opanowanie nerwów tego chłopaka, a odkrył go Louis i to przez zupełny przypadek...
- Uhm... zastanawiałem się po prostu czy Peter nie wrócił do watahy, bo miał mnie dość, a Louis uciekł od Ciebie... Ja tutaj jestem i on na pewno nie wyobrażał sobie tego w ten sposób. Przyjechał, a zamiast spędzać czas z tobą musi niańczyć jakiegoś sierotowatego wilkołaka, który nawet nie potrafi się sam obronić.
- Zgłupiałeś Isaac...- westchnął Stiles.- Każdy z nas jest szczęśliwy, że ma Cię tutaj. Jesteś może jeszcze odrobinę nie w formie, głównie psychicznej.  Myślę, że powinieneś o tym komuś powiedzieć i nie mówię żebym od razu to był ja.- Chwila przerwy na dwa głębsze oddech i zebranie myśli w spójną całość.- Nie wiem, dlaczego myślisz, że ktoś mógłby mieć Cię dość, ale jeśli o mnie chodzi to jestem święcie przekonany, że z takim przyjacielem jak ty mogę przetrwać nawet do późnej starości... A weź pod uwagę, że harpię starzeją się w cholernie wolnym tempie. Dlatego uświadomię Cię, ze pomęczysz się ze mną jeszcze kilka ładnych lat.
- Dzięki, chyba?- Mruknął speszony wilkołak.
- Co do Lou i Petera to ten pierwszy pojechał załatwić jakieś swoje sprawy w sąsiednim mieście, a Hale musi trochę pomóc siostrzeńcowi, bo Derek kompletnie nie Radzi sobie z tą rozwrzeszczaną bandą idiotów...

Przepraszam za błędy :// No i powtórzenia, bo z tym mam największy problem...

piątek, 7 października 2016

Harpia Stiles! 7



Tydzień pozwolił Stilesowi i jego nowym współlokatorem wyrobić pewne przyzwyczajenia i dostosować się do niektórych dziwactw czy uzależnień. Isaac był bezapelacyjnie największym fanem serialu Caselle wśród wilkołaków. Ekscentryczny pisarz pakujący się bez przerwy w tarapaty wzbudzał w blondynie taki entuzjazm jak u sześciolatki kolorowa bajka. Louis, cóż akurat wszystkie jego nawyki Stiliński znał równie dobrze, co swoje. Do tej bardzo rozbudowanej listy trzeba jednak dopisać rozwijającą się obsesję na punkcie bezpieczeństwa i ogólnie pojętej ostrożności. Zawsze przed zaśnięciem sprawdza barierę, a Stiles po przebudzeniu parokrotnie zastał anioła wgapiającego się w przestrzeń za oknem.
- Ktoś tam był, na granicy osłony domu.- Odpowiadał na nieme pytanie młodszego chłopaka. Stiliński zaczął mieć pewne podejrzenia, co do tożsamości podglądacza, ale nie chciał robić sobie zbędnej nadziei, bo ta niejednokrotnie doprowadziła go do załamania nerwowego i dewastacji własnego pokoju, a czasami wycięcia w pień jakiegoś oddalonego kawałka lasu czy rozkruszenia średniej wielkości skały na popiół. Dlatego nic nie mówił i po prostu pozwalał Louisowi się sobą zaopiekować. Czuł dziwne ciepło na myśl o tym, że jest taki ktoś, kto zrobi wszystko, aby był bezpieczny. Wiedział, że anioł stanąłby pomiędzy nim a zagrożeniem, co na równi mu imponowało, co irytowało, bo Louis doskonale wiedział, że Stiles potrafi sam o siebie zadbać i nie jest żadną niewiastą w potrzebie, którą zabiję mocniejszy podmuch wiatru. Tak, w zasadzie to jest pewien, że nie uśmierciłoby go nawet stado wkurwionych wilkołaków. Na początku samolubnie i nie przejmując się kiepską formą psychiczną Isaaca, Stiliński chciał odwetu Eriki czy kogoś ze stada, bo kiedy wyszła na jaw jego prawdziwa natura nie musiałby się już pilnować i mógłby konkretnie skopać dupsko jakiemuś zbyt pewnemu siebie wilkołakowi. Niestety Lou wybił mu szybko ten pomysł z głowy, co dziwniejsze zazwyczaj skory do potyczki Peter też nie był za tą konfrontacją. Wytłumaczyli mu, że Lahey nadal panicznie boi się, że stado nadal będzie go dręczyć. Jeśli myśleli, że to uspokoi nastolatka to grubo się pomylili... Świadomość, że przez tą nadpobudliwą, agresywną, niepotrafiącą zapanować nad instynktami zgraję Isaac nadal, co noc zrywa się z krzykiem doprowadzała go do szału. Tylko smutne oczyska blondyna były w stanie powstrzymać go przed małym rewanżem. Tym razem dopilnowałby, żeby walczył równy z równym... Oni wszyscy przeciwko niemu. Nawet by się nie spocił, tak szczerze...  oni za to przez tydzień wyłuskiwaliby tojad spod skóry. Małe, wredne złośliwce. Wściekał się, ale tak naprawdę nadal odczuwał pewną więź z każdym ze stada nawet agresywną dziewczyną Boyda... Wiedział, że ich zachowanie to po części wina złej organizacji watahy, ale to nie tak, że brak poczucia stabilizacji i bezpieczeństwa mają prawo wyładowywać na innych.
- Może jednak sprawdzisz, co słychać u mojego ciężko myślącego siostrzeńca?- Zapytał Peter widząc zamyślonego nastolatka.- Przecież to nie tak, zę sama troska Cię do czegoś zobowiązuję.
- Raczej nie. Myślę, że potrzebuję samodzielnie naprawić relację z resztą grupy. Jeśli do końca tygodnia nie będziesz widział rezultatów to wrócę... Zresztą i tak mieliśmy to w planach, bo Isaac strasznie przywiązał się do Lou i bez niego nie ma zamiaru wracać do watahy- Peterowi na tą nową informację aż zaświeciły się oczka z podekscytowania.
- Czyli mówisz, że Derek dostanie was i aniołka albo wcale?- Widać było, że to go szalenie bawi.
- Tak, mniej więcej. Tylko przedstawimy to w łagodniejszej wersji, a jeśli się nie zgodzi to dopiero wtedy postawimy ultimatum.- Stiles westchnął zniechęcony najbliższymi wydarzeniami, bo coś mu podpowiadało, że Derek kompletnie nie radzi sobie z betami. Nawet, jeśli Stiliński na spółkę z Louisem i Isaakiem przekonali starszego, że powinien wrócić i pomóc rodzinie... Peter dosyć obrazowo przedstawił ostatnią potyczkę pomiędzy Derekiem, a Scottem. Nie było to nic miłego, bo McCall zarzucił alfie brak kompetencji a z kolei Derek zaczął kpić z młodszego, ze włazi w dupe łowcom i kto wie może dogadał się już z nimi, co do ceny za głowy wszystkich z watahy. Od tamtej pory, żaden z nich nawet nie patrzy w kierunku drugiego.
- Dokładnie.- Wtrąca od niechcenia Louis, bardziej skupiając się na uspokajaniu Isaaca- Będzie musiał jakoś przecierpieć moją obecność- Lahey jest zdenerwowany zbliżającym się spotkaniem z watahą. Co prawda ma jeszcze jakieś pięć dni, ale mimo wszystko Lahey wątpi czy byłby gotowy na to za rok... Gdyby to zależało od niego zostałby w tym salonie do końca życia, najlepiej z Louisem tuż obok i z ręką anioła w swoich splątanych, przydługich włosach. Miło mieć kolejnego przyjaciela, to wszystko, co chodzi po głowie blondyna odkąd Louis przeniósł część opieki ze zbuntowanego Stilesa na niego. Bycie dla kogoś ważnym jest dla niego niezwykłą odmianą po latach zaniedbywania i poniżania przez ojca. Później trafił do watahy i myślał, ze wreszcie znalazł rodzinę. Może i tak było dopóki McCall nie odkrył jego zauroczenia... Tak teraz Lahey jest pewien, że nie był zakochany, bo przecież nie mogłoby mu przejść tak szybko... Teraz czuje tylko żal po przyjaciela, jakim był dla niego, McCall, bo mimo wszystko Scott przed tą całą aferą z homofobią był całkiem niezawodnym kumplem. Wspierał blondyna po przejściach z ojcem... dlatego Lahey zauroczył się bardziej w samym uczucia bycia chcianym i potrzebnym niż w samym chłopaku. Przeżył też ciężki szok przez to, że Scott całkowicie zmienił do niego nastawienie tylko i wyłącznie przez orientację. Westchnął ciężko i bardziej wtulił się w ciepłą rękę Louisa ciesząc się uczuciem ciepła na swojej skórze i pewności, że będąc tutaj z nimi jest całkowicie bezpieczny.
Stiles jest całkowicie zafascynowany tym jak blondyn z każdym dnem coraz bardziej odzyskuję swoją pogodną delikatnie sarkastyczną osobowość. Więzi między czwórką mężczyzn zacieśniają się, Peter wszystkich traktuję z lekkim przymrużeniem oka, ale to taki jego urok. Louis stał się pogodniejszy i Stiles coraz rzadziej może oglądać jego zamyślone, pogrążone w bolesnych wspomnieniach obliczę. Sam nastolatek wbrew sobie nadal tęskni za tym upartym, aroganckim zapatrzonym w siebie wilkołakiem. Nie zdaję sobie sprawy, że ten zły alfa czuję się bardzo podobnie do niego. Dodatkowym czynnikiem wkurwiającym Dereka jest to, że Peter codziennie przynosi do domu nową porcję, świeżego zapachu Stilińskiego... Tak samo jest tego wieczora, a brunet ma ochotę zatrzasnąć wujowi drzwi przed nosem, ale mimo wszystko tego nie robi, a starszy mijając go ma wyjątkowo zadowolony wyraz twarzy. Jak zwykle: uwadze Petera nic nie umknie!

poniedziałek, 3 października 2016

Harpia Stiles! 6

Derek zastanawia się, jakim cudem w tak krótkim czasie udało mu się stracić osoby, którym na nim w jakimś stopniu zależało. W zamian został z zapatrzonym w siebie i własne potrzeby Jacksonem, który czasami dostrzega jedynie Lydię i tylko ona może jakoś na niego wpłynąć. Rudowłosa zresztą też powoli traci do niego cierpliwość i alfa obawia się trochę, co będzie, jeśli dziewczyna zerwie z aroganckim wilkołakiem. Oprócz tej bety miał jeszcze, McCalla, ale on chwilowo był bezużyteczny, bo zamiast mózgu posiadał sieczkę i nastoletnie hormony, które prowadziły go prosto do łóżka córki łowców... Derek widział w nim trochę siebie sprzed kilku lat i to był żałosny widok. Stwierdza, że jeśli on sam prezentował się, chociaż w połowie tak jak Scott to Peter powinien był go zamknąć w piwnicy albo przywiązać do drzewa w lesie... Zagadką dla alfy była pozostała dwójka: spokojny wręcz ospały Boyd i wiecznie nabuzowana energią i wściekłością Erica. Czasami miał wrażenie, że zachodzi między nimi pewien rodzaj symbiozy, bo tylko w obecności blondynki chłopak odrobinę się ożywiał pokazując, że posiada pewne cechy żywego organizmu. Natomiast dziewczyna trochę się wyciszała i uspokajała. Przynajmniej nie uśmiercała wszystkich i wszystkiego do dokoła, albo przynajmniej ograniczała się do agresji słownej i wzrokowej.
Derek cicho wzdycha już któryś raz podczas tego treningu. Wszystko jest nie tak, Erica i Jackson bez przerwy skaczą sobie do gardeł i chociaż ich partnerzy starają się ich jakoś uspokoić, na niewiele się to zdaję. Wystarczy jedna złośliwa uwaga i cała lawina rusza od początku. Przez to nic nie zrobili, a chciał ich nauczyć pracowania w zespole... Oni, chociaż się pojawili, bo McCall kompletnie olał jego ustalenia i poszedł na randkę z Alison. Brunet zastanawiał się nad tym gdzie jest Peter, bo Isaac nadal nie wyleczył się całkowicie, a nawet gdyby tak było to Derek wątpił czy blondyn wróci do jego watahy. Stiles zajął się swoim życiem, w końcu teraz nie jest sam, ma Louisa inną nadnaturalną istotę, która dotrzymuję mu kroku. Chciałby móc powiedzieć, że nie przejął się straceniem nastolatka. Już nawet nie chodzi o to, że jako harpia byłby ważnym i potężnym sojusznikiem. Najnormalniej w świecie brakuję mu chłopaka i nie wie jak mógł się nie zorientować, że już dawno przestało mu przeszkadzać gadulstwo i lekka nadpobudliwość młodszego. Można nawet powiedzieć, że polubił tą jego głośną osobowość, która stanowiła pewnego rodzaju przeciwwagę do jego własnego cichego charakteru. Nie żeby zawsze taki był, bo parę lat do tyłu jeszcze przed Kate był całkiem podobny do Stilińskiego, może nie mówił z szybkością światła, ale znacznie więcej niż teraz. Laura czasami, gdy dorastali i chciała czasami od niego odpocząć płaciła mu dolara od każdego kwadransa ciszy. Jeśli znudziło mu się gadanie po angielsku przerzucał się na hiszpański czy włoski, bo te dwa języki opanował do perfekcji jeszcze w szkole podstawowej. Gdy tak z perspektywy patrzy na siebie stwierdza, że był całkiem radosnym i sympatycznym może czasami odrobinę irytującym dzieciakiem. Mimo wszystko większość otoczenia darzyła go sympatią i szacunkiem. Nie rozumiał, więc jakim cudem Stiles wzbudzał w nim na początku tyle negatywnych emocji. Wzdryga się na przypomnienie wszystkich tych agresywniejszych zachowań względem chłopaka, bo wtedy był pewien, że nastolatek jest człowiekiem, dosyć ciapowatym i nieskoordynowanym ruchowo w dodatku. Przez co traktował go jak kogoś słabego i nie obawiał się, się odwetu z jego strony. Nie czuję się dumny teraz uświadamiając sobie to wszystko. Niestety wiedział, że nic już z tym nie może zrobić. Jedyne, co może uzyskać próbując to solidny wpierdol, bo Stiles wyraźnie stracił do niego cierpliwość. Pomimo, że nie chciał tego do siebie dopuścić to domyślał się, że młodszy jest w nim zadurzony i parę razy zdarzyło mu się to wykorzystać. Nawet nie do końca świadomie zmanipulować nastolatka tak, że w zamian za chwilową uwagę alfy wykonywał najgorsze zadania. Przekopywał się przez sterty starych legend i podań w poszukiwaniu wzmianek o innych rasach lub wszystkim tym, czego potrzebował Derek. Przygotowywał harmonogramy ćwiczeń i wszystkie bety wyładowywały swój gniew na nim, chociaż zwiększona liczba treningów była pomysłem bruneta. Nigdy nie zdarzyło mu się, ze by Stiles mu się przeciwstawił, aż do tamtego wieczoru, kiedy kazał mu szukać informacji o nim samym... Musiało być to dosyć zabawne dla Stilińskiego, że Derek pozujący na taką groźną alfę nie dostrzega odpowiedzi, chociaż ma ją pod nosem. Później wszystko się posypało, najpierw wyznanie Isaaca i szał Scotta. Agresja pozostałych bet za wyjątkiem Boyda, ale tego czarnoskórego wilkołaka nic chyba nie ruszy...
Kolejnym ciosem dla Dereka był zapach Stilesa na sobotnim spotkaniu. Dla alfy było to coś tak oczywistego, ze aż się wzdrygną na wspomnienie o tym. Po raz kolejny obrazy zalały jego biedny mózg. Stiles i Louis. Harpia i Anioł. Widział jak młodszy chłopak patrzył na skrzydlatego przyjaciela. Nie zdawał sobie sprawy, że zazdrość jest tak niszczącym uczuciem, ale to może, dlatego, że występuję ona u niego w pakiecie z poczuciem winy i żalem do samego siebie. Przez dwa cholerne lata, Stiles cały czas był obok niego i pomagał mu we wszystkim. Bezwarunkowo i ślepo szedł za nim w każde niebezpieczeństwo, szczegół, że dla harpii mało istot było groźnych. Derek nie zorientował się przez ten czas, że zaczął odwzajemniać to, co czuję nastolatek. Odpychał od siebie to jak najdalej, nie chciał znowu czuć, a ten żwawy chłopak wdarł się do jego spokojnego, poukładanego życia z siłą huraganu i powywracał wszystko do góry nogami. Teraz, kiedy było za późno na cokolwiek, Derek zaczął odczuwać dziwną pustkę, gdy chłopaka nie było obok niego. Nie wcinał swoich sarkastycznych uwag wszędzie gdzie tylko się dało. Nagle zrobiło się zbyt cicho, a brunet zdążył się już przyzwyczaić do nieustannego chaosu i dźwięcznego śmiechu, jakim był Stiles. Nie ma tylko pojęcia jak mógłby go odzyskać. Nie ma nic, w czym byłby lepszym wyborem dla Stilińskiego niż ten przeklęty Louis.
- Derek!!!- Syczy Erica- Powiedz temu idiocie napakowanemu testosteronem, że nie jestem Stilesem i nie dam mu się obrażać na każdym kroku! Jeszcze jedna uwaga rozszarpię mu gardło i zamilknie na wieczność!- Alfa unosi oczy ku niebu. Niemo błagając o jakiś ratunek, bo on z nimi zwariuję.