poniedziałek, 26 września 2016

HArpia Stiles! 5


Kiedy zegar ścienny wybija godzinę dwudziestą, szeryf wraca z posterunku zastaję w swoim domu niecodzienny widok. Jego syn w kuchennym fartuchu matki, a Peter Hale w tym należącym do niego przygotowują kolację. Na kanapie siedzi ulubieniec pana domu Louis. John byłby bardzo szczęśliwy gdyby Stiles zechciał zainteresować się nim w ten szczególny sposób. Niestety marzenie ściętej głowy, bo już dawno zauważył u syna znaczące ślady zauroczenia Derekiem. Stwierdza, że nic z tym nie może zrobić, bo w końcu Stiles skończył już osiemnaście lat i może robić, co mu się żywnie podoba. Jedynym plusem jest to, że sam nastolatek też chyba nie jest zachwycony tym, że to akurat młodszy Hale jest obiektem jego uczuć. Dlatego szeryf jeszcze całkowicie nie osiwiał, bo gdyby Stiles związał się z tym ponurym osobnikiem to musiałby uzupełnić zapas naboi z tojadem i strzelać w dupę wilkołaka za każdym razem, kiedy zrani jego syna. Teraz też miał na to wielką ochotę, co prawda Stiles nigdy nie skarżył się na nic, ale szeryf doskonale wiedział, że alfa nie jest zbyt miły dla jego syna. Kompletnie nie rozumiał, więc dlaczego nastolatek tak uparcie trwał przy stadzie Dereka.
- Dobry wieczór proszę pana.- Wita się cicho Isaac Lahey i dopiero podchodząc bliżej kanapy John jest w stanie dostrzec go zza oparcia. Blondyn leży z głową na kolanach Louisa, a anioł powoli przeczesuję jego włosy. Widać, że Lahey oberwał i to dosyć mocno, wściekłość się w nim gotuję, bo ten chłopak już wystarczająco się w życiu nacierpiał. Jeśli intuicja go nie zawodzi to obrażenia Isaaca mają coś wspólnego z watahą.
- Dobry, miło Cię widzieć miejmy nadzieję, że zostaniesz z nami na trochę dłużej niż dzisiejszy wieczór. Mnie często nie ma wieczorami, a czasami również w nocy... Myślę, że Stilesowi bardzo przydałoby się towarzystwo.- Patrzył z wyczekiwaniem na chłopaka.- Nie przyjmuję odmowy droga młodzieży. A teraz skoro wszystko jasne to, co nasze kuchareczki zrobiły na kolacje?- Pyta głośno.
- Jeszcze raz mówiąc o mnie użyjesz formy żeńskiej to zacznę chodzić w różowych spódniczkach!- Odkrzykuje Stiles z kuchni, a wszyscy wybuchają śmiechem.
- To byłoby gorące, nie wiem jak utrzymałbym ręce z daleka.- Słychać przytłumiony głos Petera, a chwilę później bolesny jęk.- Za, co to było? Powiedziałem prawdę!
- I właśnie za prawdę oberwałeś.- Zaśmiał się Stiles.- Nie waż się nawet wyobrażać mnie sobie w spódniczkach... Jesteś dosyć wiekowy, a to trochę podchodzi pod pedofilie...
- Nie, jesteś pełnoletni.- Słychać odgłos uderzenia i cichy syk Petera.
- Panowie, my nadal czekamy na tą kolację!- Krzyknął Louis z rozbawieniem. Po kolejnych przepychankach i uszczypliwościach wilkołak i Stiliński wnoszą jedzenie do salonu. Wszyscy rozsiadają się na podłodze dookoła małego stolika. Panuję miła atmosfera, co chwilę ktoś żartuję i słychać głośny śmiech. Isaac myśli, że mógłby w takim domu zostać do końca życia, Peter jest spokojniejszy i szczęśliwszy, kiedy na każdym kroku nie wypomina mu się jego błędów, a kiedy Louis w przyjaznym geście poklepuje go po plecach jednocześnie trzęsąc się ze śmiechu czuję, że tu pasuję. Myśli, że z nikim nie był tak do końca sobą. Może to moc tego miejsca, albo to po prostu zasługa Stilesa. Uśmiecha się do swoich myśli i przygląda każdemu po kolei, zastanawia się jak jego siostrzeniec mógł być takim tłuczkiem, żeby nie docenić, ba w ogóle nie zauważyć takiego prezentu od losu, jakim był Stiles. Starszy wilkołak doskonale wie, że Stiliński ma słabość do Dereka, ale teraz, kiedy wie, że szatyn nie jest naiwnym dzieciakiem ze szczenięcym wzrokiem, tylko młodym mężczyzną, dosyć silnym jak cała jego rasa, żeby być dokładnym. Szczerze to Stiles jest atrakcyjny nawet dla niego, ale zdaję sobie sprawę, że chłopak nigdy nie spojrzy na niego w ten sposób. Zresztą, co się dziwić: jest młody, chce się wyszaleć i robi to. Derek miał szanse zatrzymać go przy sobie, ale chyba teraz to już niemożliwe. Zresztą Peter wątpił, że alfa ma na tyle dobry gust by w ogóle patrzyć na Stilińskiego pod tym kątem. Derek za bardzo zajęty jest uwodzeniem kolejnych znudzonych mężatek i numerkami na jeden wieczór, żeby chociaż pomyśleć o kimś na stałe.
Po posiłku, kiedy naczynia są już w zmywarce, a John głośno chrapie w swoim pokoju rozsiadają się na kanapie, chwilę kłócą się o to, co będą oglądać. Drobne przepychanki o pilota, Isaac stęka, kiedy ktoś uderza go w zranione żebra i w ramach przeprosin Louis od razu oddaję mu pilota. Lahey uśmiecha się kącikiem ust i Stiles jest całkowicie pewien, że ta przebiegła, blond bestia wszystko zaplanowała. Kończą oglądając „ Zieloną Milę". Stiliński wtula się w bok Lou, a Isaac spogląda na nich od czasu do czasu. Kiedy dostrzega jak ręka anioła przesuwa się w górę i w dół po udzie Stilińskiego ciężko przełyka ślinę. Louis od razu zastyga w bezruchu, ale chichocze cicho. Jeśli Stiles nie miałby nic przeciwko to on chętnie zrobiłby małą prezentację temu uroczemu blondynowi, oczywiście kiedy Petera nie będzie w pobliżu. Tylko, że Peter nie ma najmniejszej ochoty na powrót do loftu tam gdzie nie czuję się chciany i potrzebny. Zdecydowanie bardziej odpowiada mu dom Stilińskich i może nawet spać na podłodze w salonie byleby zostać tutaj.
- Spać.- Jęczy Stiles i powoli wstaję z kanapy, rozprostowuję kości, kiedy przechyla głowę coś strzyka mu w szyi i wilkołaki krzywią się na ten nieprzyjemny odgłos.- Peter zostajesz, prawda?
- Tak, zdecydowanie.
- Może być kanapa, albo zapytaj Isaaca czy nie ma nic przeciwko żeby podzielić się z tobą łóżkiem.
- Nie ma problemu.- Mówi cicho Lahey, bo prawda jest taka, że trochę boi się zostać sam. Wie, że to irracjonalne, ale obawia się zemsty watahy. Chociaż Derek obiecał mu, że jest bezpieczny, kiedy on wie, ale Erica nie jest taka głupia, jaką udaję i parę razy już umiała obejść zakaz alfy. Starszy wilkołak chyba wyczuwa jego strach, bo w geście pocieszenia pociera jego ramię. Lahey uśmiecha się z wdzięcznością.
- Tylko cicho tam panowie!- Woła jeszcze Peter- Nie zapominajcie, że mamy trochę lepszy słuch niż przeciętny człowiek i nie koniecznie chcemy słuchać ścieżki dźwiękowej do pornosa w waszym wykonaniu...- Isaac rumieni się patrząc na chłopaków. Całkowicie wypadło mu z głowy, że jeszcze dzisiaj rano Stiliński przyznał się do sypiania z facetem. Musiał mieć na myśli Louisa, bo kogo innego. Zagryza wargę skanując sylwetki chłopaków nie wydają się być speszeni słowami wilkołaka. Stiles patrzy na niego z zagryzioną wargą, a Lou krzywo się uśmiecha i mruga do blondyna. Jeśli ma być szczery sam ze sobą to on nie miałby nic przeciwko słuchaniu, a najchętniej to by jeszcze sobie popatrzył. Peszy się na swoje myśli i z wzrokiem wbitym w podłogę kieruję się do swojej tymczasowej sypialni, a później prosto pod letni prysznic.
Tej nocy nie słychać żadnych jednoznacznych odgłosów z sypialni obok i Lahey troszeczkę oddycha z ulgą, bo przewiduję, że wyobraźnia wypaliłaby mu mózg. Chwilę męczy się z ponurymi myślami zanim zaśnie, Peter wyczuwając, że młodszego coś dręczy instynktownie dotyka jego karku. Na chwilę blondyn się spina, ale później, kiedy rozpoznaję dotyk rozluźnia się, a wszystkie myśli odpływają, pozostawiając po sobie tylko błogą pustkę. Czasami dobrze jest odłożyć coś na potem. Przecież przez jedną noc świat się nie zawali im na głowy, prawda?
Za oknem w odległości kilkudziesięciu metrów od domu siedzi samotna alfa, zagryzając wargę do krwi i wbijając szpony w nogę tak by bólem fizycznym zagłuszyć ten emocjonalny... Najgorsza jest świadomość, że traci najważniejsze osoby przez swoją głupotę.

sobota, 24 września 2016

Harpia Stiles! 4

Rozdział. 4

Po jakichś piętnastu minutach zawrotnie szybkiej jazdy dopierają do domu Stiińskich. Isaac kurczowo zaciska dłonie na pasach bezpieczeństwa, a Stiles stwierdza, że Lou jest szalonym piratem drogowym. Tylko, że on nie ma nic przeciwko sam kocha szybkość i adrenalinę. Jest też może odrobinę zauroczony tym jak przyjaciel wygląda ze zrelaksowanym, szczęśliwym uśmiechem na twarzy. Czegoś takiego nie widuję u Louisa zbyt często, ze względu na jego bolesne wspomnienia, które nawiedzają starszego chłopaka zdecydowanie zbyt często. Stiles bardzo chciałby móc zrobić coś, aby zneutralizować tą truciznę wszczepiona w serce szatyna. Zastanawia się też, co zrobiłby gdyby kiedyś na swojej drodze spotkał kobietę, która spowodowała to emocjonalne spustoszenie u Louisa. Jest całkowicie pewien, że jego harpia część przejęłaby kontrolę i mógłby ją przypadkiem boleśnie uśmiercić, albo przynajmniej dotkliwie uszkodzić. Doskonale rozumiał, co to znaczy źle ulokować uczucia, właśnie teraz zaczyna separację od swojego uzależnienia, jakim jest Derek Hale. Nie rozumie siebie, bo ten facet nawet w przypływie swojego miłosierdzia i dobrego humoru nie był przyjaźnie do niego nastawiony. Cały czas nim pomiatał i dawał odczuć, że Stiles jest od nich gorszy, wyżywał na nastolatku swoją złość i niepowodzenia. Nic nie robił sobie z tego, że chłopak może poczuć się zraniony przez słowa czy agresywne zachowanie. Tak w skrócie to miał go kompletnie gdzieś, a mimo to Stiles nie umiał go sobie wybić z głowy. Czasami zastanawiał się czy nie padł ofiarą jakiegoś głupiego uroku czy zaklęcia, bo to zdecydowanie nie było normalne uczucie. Częściowo mógł zrzucić winę na swoją harpią naturę i instynkt nakazujący chronić rodzinę. Niestety nie wszystko dało się pod to podciągnąć, a już na pewno nie jego skłonność masochistyczną, która objawiła się w formie obsesji na punkcie Dereka. Oto są trzej pechowcy: Stiles, Isaac i Louis, każdy z nich kiepsko trafił z obiektem uczuć.

- Nie wiem jak wy, ale ja padam ze zmęczenia.- Powiedział Stiliński do swoich kompanów. Wszyscy wytoczyli się powoli z samochodu i ciężko powłócząc nogami weszli do domu. Pierwsze, co dało się zauważyć to brak obecności ojca Stilesa. Chłopak czasami za nim tęsknił, ale rozumiał go cały ten nadnaturalny świat może być nieco przerażający i to nic dziwnego, że staruszek wycofał się, kiedy tylko syn zaczął coraz bardziej angażować się w życie watahy.
- Lahey pokój gościnny jest od dzisiaj do twojej dyspozycji, ma też osobną łazienkę.- Powiedział do blondyna jednocześnie otwierając drugie drzwi na prawo. Isaac padł na zaścielone łóżko nawet nie kłopocząc się zdjęciem butów, odetchnął przyjemnym zapachem wypranej pościeli. Stiles chwilę przyglądał mu się z rozbawieniem, bo pomimo, że blondyn był od niego wyższy i z wyglądu poważniejszy, to nadal miał coś w sobie z zagubionego szczeniaka. Teraz dodatkowo był osłabiony i zraniony, czym wzbudzał, w Stilińskim ogromne pokłady instynktu opiekuńczego. Wiedział, że tylko cudem zdołał się tam powstrzymać przed rozszarpaniem Eriki za bezpośredni atak na Laheya, a Scott uszedł z życiem przez to, że Stiles nadal miał z nim pewną więź i pomimo silnej chęci uszkodzenia dawnego przyjaciela nie potrafiłby tego zrobić.
- Stiles?- Głos Isaaca wybudza go z zamyślenia- Dziękuję.
- Spoko, nie musisz. Właściwie to był pomysł Louisa, genialny szkoda, że nie ja na to wpadłem... Niestety byłem troszeczkę rozkojarzony powstrzymywaniem żądzy mordu mojej harpii.
- Hmm, co do tego... wydaję mi się, że się domyślałem, ale nie wiedziałem dokładnie, czym jesteś, a nie chciałem zdradzać Cię przed resztą. Dlatego o nic nie pytałem.
- Dzięki, teraz wiem, że wszystkie moje sekrety będą z tobą bezpieczne. Peter też okazał się być bardziej domyślny niż reszta...- Stiles aż uśmiechnął się na wspomnienie zawiedzionej miny starszego wilkołaka, kiedy odpuścił już Derekowi.
- Tak, Peter wcale nie jest taki zły.- Powiedział cicho Isaac- Wiedział o mnie, o tym, że mam coś do Scotta. Mówił mi, ostrzegał, że to zły pomysł, żebym mu się przyznawał, ale oczywiście nie posłuchałem.- Przez chwilę panuję cisza, żaden z nich nie wie, co powiedzieć. Stiles chciałby umieć znaleźć jakieś słowa pocieszenia dla Isaaca, ale może i nie ma szczęścia, jeśli chodzi o wybieranie obiektu uczuć to nadal jego serce nigdy nie było potraktowane jak niepotrzebny śmieć. Cóż to prawdopodobnie dzięki temu, że nikomu nie przyznał się do tego, co czuję. Niestety Isaac miał tą wątpliwą przyjemność poczuć gorzki smak odrzucenia, a wręcz nienawiści i Stiliński kompletnie nie wie, co ma zrobić. Na szczęście jego wątpliwości rozwiewa aniołek, który jak gdyby nigdy nic wskakuję na łóżko obok blondyna i zachęcająco klepie w materac przywołując Stilesa. Lahey chwilę patrzy od jednego do drugiego, tak jakby zastanawiał się, co oni do cholery wyprawiają. Dlatego szatyn z krzywym uśmieszkiem ląduję po drugiej stronie Isaaca.

- Teraz panowie idziemy spać, a nad całą resztą będziemy myśleć potem.- Mówi z rozbawieniem widząc zszokowaną minę blondyna.- To chyba jasne, że nie zostawimy Cię dzisiaj samego. Jeśli obiecujesz mnie nie zaślinić to może nawet pozwolę Ci zrobić sobie ze mnie swoją żywą poduszkę.- Mówi i mruga do wilkołaka, a Lou trzęsie się ze śmiechu. Chwilę później anioł przykrywa ich grubym kocem, a Isaac zaczyna bezgłośnie płakać. Dopiero teraz, kiedy ma czas pomyśleć dociera do niego, co się stało. Został odrzucony i wyśmiany, zaatakowany przez stado, którego był częścią. Mimo to teraz zasypiając w obcym łóżku z przyjacielem i kompletnie obcym chłopakiem czuję się bezpieczniej niż kiedykolwiek wcześniej w swoim życiu. Potrzebuje teraz kogoś, kto poskłada go z tych rozsypanych części i jeszcze może stróża, który będzie czuwał nad nim, gdy jest osłabiony. Rany nadal całkowicie się nie zagoiły, a te w psychice zostaną z nim na długi czas. Wie, że jego dzisiejsi oprawcy są tak blisko i za nic w świecie nie może odsunąć od siebie uczucia niepokoju. Kiedy anioł wplata palce w jego włosy, a Stiles smacznie pochrapuje po drugiej stronie ostatecznie się odpręża i pozwala swoim zmęczonym powiekom opaść. Kto wie, może jutro będzie lepszy dzień??


Louis przygląda się chłopakom, ale sam narazie nie chce zasypiać w obawie przed niespodziewanymi gośćmi. Nie jest więc zdziwiony kiedy bariera wokół domu zostaje naruszona, a on spina wszystkie mięśnie gotowy do szybkiego ataku. Chwilę później staje oko w oko z odrobinę zawstydzonym Peterem. Jego to akurat się nie spodziewał.
- Co ty tu robisz?!
- Nie mogłem sobie miejsca znaleźć... Co z Isaaciem?- Wilkołak tęsknie zerka w kierunku łóżka i Louis uśmiecha się na to, bo wychodzi na to, że dla starszego to Stiles jest odpowiednikiem alfy, bo kiedy nie mógł znaleźć oparcia w Dereku, Stiles zapewnił mu poczucie stabilizacji i tak o prostu dał kredyt zaufania, a starszy wilkołak teraz oddaje go z odsetkami.- Mógłbym zostać?
- Jak dla mnie spoko, ale co na to twój alfa?- Pyta Louis z uniesionymi brwiami.
- Cóż... Sam mnie wywalił z domu.- Lou tylko unosi brwi.- Możliwe, że odrobinkę, tak tyci tyci dokuczałem mu z powodu dzisiejszej potyczki ze Stilesem.
- Tyci tyci, co?- Pyta Lahey po przebudzeniu.- Czyli morda nie zamykała Ci się odkąd pojechaliśmy, co?- Peter tylko krzywo się uśmiecha i niczym niewiniątko wzrusza ramionami. Cała jego postawa mówi: Ja nic nie zrobiłem, ja nic nie wiem... Tylko dlaczego nikt mu nie wierzy?

piątek, 23 września 2016

Harpia Stiles! 3

Rozdział. 3 

-O niczym.- Odpowiada twardo Stiles. Nie ma zamiaru nic mówić. Nie ufa żadnemu z nich, Tak nie zachowują się przyjaciele, ani tym bardziej rodzina, którą wataha powinna być. Chronimy swoich, to najważniejsza zasada każdego stada, ale w tym nic nie jest jak powinno być. Alfa właśnie pozwolił betom na zaatakowanie Isaaca. Stiliński odciął zmysły od reszty stada i skupił się w stu procentach na rannym blondynie, przyklęk przy nim i bardzo delikatnie obejrzał jego rany, część się goiła, ale te głębsze, zadane przez Erice nadal krwawiły.
-Podejdź tu.- Warknął patrząc twardo na Dereka. Wilkołak wbrew oczekiwaniom wszystkich spełnił jego żądanie zamiast zacząć nową kłótnie.- To jest to, do czego doprowadziłeś, wilki nie atakują swoich.- Hale nic nie powiedział tylko w szoku wpatrywał się w szramy na torsie Isaaca. Możliwe, że był trochę przerażony, zdał sobie sprawę, że nad niczym nie panuję. Nie ma pojęcia, co zrobić, bo o dziwo ten irytujący bachor ma rację: To nie zdarza się w zgranych watach żeby wszystkie bety zwróciły się przeciwko jednemu osobnikowi. Oczywiście są spory, konflikty i nawet bójki jak w każdej rodzinie, ale nie ma czegoś takiego jak to. Nie ma znęcania się grupowego.
- Ja, naprawdę nie...- Sapnął i przykucnął przy blondynie, na co ten jeszcze bardziej się skulił, uciekając przed jego dotykiem.- Nie zagoją się szybko bez pomocy alfy... Nie zrobię Ci krzywdy.- Powiedział cicho, spokojnie i monotonnie. Isaac powoli rozluźnił mięśnie i kiwnął niepewnie głową. Hale przyłożył rękę do każdej głębszej rany nastolatka zabierając część jego bólu i wysyłając wiązkę magii. Krwawienie ustało, ale chłopak był wyraźnie osłabiony i tracił przytomność. Peter warknął na zbliżającego się do nich Scotta.
- Trzeba zanieść go do łóżka i pozwolić mu odpocząć.- Mruknął Derek, chcąc podnieść Laheya. Niestety ręka Stilińskiego powstrzymała go z szybkością błyskawicy, kiedy blondyn zaczął się trząść ze strachu.
- Nie, oni tam są... ja nie mogę.- Szlochał przerażony
- Będę Cie piłował.- Powiedział Peter stanowczo, ale młody nadal kręcił głową.
- Nic Ci nie zrobią. Nie, kiedy wiem...- Westchnął Derek
- Ta jasne, bo uwierzę- Prychnął Isaac.
- Przestań się mazać- Warknęła Erica, a w oczach chłopaka odznaczyła się panika- Ciota.- Splunęła, blondyn odskoczył prosto na Stilesa który pewnie przytrzymał go w miejscu.
- Spokojnie.- Szepnął.
- Możesz jechać z nami.- Odezwał się Louis- Do domu Stilińskiego, jestem pewien, że szeryf nawet nie zauważy, a nawet, jeśli, to raczej nic nie powie.- Kiedy nastolatek spojrzał z nadzieją na szatyna, do Dereka dotarło, że traci właśnie jednego członka stada i to jednego z lepszych, na rzecz bandy agresywnych, bezmózgich idiotów.

- Gdyby matka to widziała...- Sarknął.
- Taa- Mruknął Peter zgadzając się.
- Isaac nigdzie, kurwa z wami nie pojedzie.- Powiedział twardo patrząc w oczy najpierw aniołowi, a późnej Stilesowi.
- Nie ty o tym decydujesz.- Odwarknął nastolatek, a lekko szurnięty wujek zaśmiał się pod nosem. Robi się ciekawie.
- Jestem alfą, więc to oczywiste, że ja.
- Nie potrafiłeś zapewnić mu bezpieczeństwa wcześniej, nie zrobisz też tego teraz.
- Może ty razem ze swoim aniołkiem będziesz mógł to zrobić? Nie rozśmieszaj mnie. W życiu nie spotkałem nikogo tak słabego i bezbronnego. Jesteś jak porcelanowa laleczka. Jak spadniesz ze zbyt dużej wysokości to zostaną z ciebie tylko okruchy.- Coś dziwnego mignęło w oczach młodszego, a w następnej chwili Derek odbijał się już plecami od sporego drzewa. Nie miał pojęcia, co jest granę, możliwe, że to Louis broni swojego przyjaciela. Nie znał się an aniołach, nigdy wcześniej żadnego nie spotkał. Czytał w dziennikach matki, ale to było tak dawno... Nie dokończył myśli, bo przed oczami mignął mu obraz rozwścieczonego Stalińskiego.
- Stil- Powiedział Louis zaniepokojonym głosem- Uspokój się, nie chcesz chyba ukatrupić swojej watahy, prawda?
- Próbuję nie.- Warknął młody przez zaciśnięte zęby. Kiedy zamroczenie wywołane uderzenie osłabło, a wzrok wilkołaka wrócił do normy zauważył, że koszulka Stilesa dziwnie odstaje na plecach. Powoli podniósł się na równe nogi, jęcząc cicho na ból w kręgosłupie i prawej ręce. Zwrócił tym na siebie uwagę nastolatka, który w jednej sekundzie był przy nim. Docisnął go z powrotem do pnia. Jego tęczówki były srebrne, a źrenice maksymalnie się zwęziły, przypominając kształtem kocie. Dereka oblał zimny pot, uświadomił sobie, że przez bardzo długi czas igrał z własnym życiem. Wystawiając się na pewną śmierć za każdym razem, kiedy wkurzał nastolatka.

- Czym jesteś?- Zapytał niepewnie, chociaż prawdopodobnie znał odpowiedź
- Harpią.- Powiedział nad wyraz spokojnie młodszy.- Peter miał rację, jesteś strasznie tępy.- Derek podniósł spojrzenie na wuja, który nie wyglądał na zaskoczonego obrotem sytuacji.
- Wiedziałeś?- Zapytał z wyrzutem w głosie. Mógł powiedzieć! Wtedy Derek każdego dnie nie robiłby z siebie idioty. Zastanawiał się, co Stiles musiał o nim myśleć i jakim cudem powstrzymywał się od skręcania mu karku.
- Tak- Westchnął Peter.- To naprawdę nie było takie ciężkie do odkrycia, jeśli kiedyś dużo czasu spędzało się wśród harpii. Cóż głównie to kobiet... nie wiem, dlaczego, ale były bardzo zainteresowane moją skromną osobą w celach...
- Wiemy, jakich.- Powiedział rozbawiony Isaac. Powoli podnosząc się na nogi z pomocą Louisa.- Stiles jestem cholernie zmęczony i obolały... jeśli twoja propozycja gościny nadal jest aktualna, to chętnie bym skorzystał.
- Nie dacie mi się pobawić? Skoro i tak prawda wyszła na jaw... Mógłbym troszeczkę wyładować swoją trzyletnią frustrację.- Tu przeniósł swoje oczy na Dereka- Kiedy ten idiota bez przerwy mnie obrażał, traktował gorzej niż chłopca na posyłki. Myślisz, że nie miałem nic lepszego do roboty w piątkowe czy sobotnie wieczory tylko grzebanie się księgach, traktatach i paktach?-Stiliński Parsknął śmiechem.- Całej polityce między wilkołakami a łowcami?! Znajdowanie rozwiązań na coraz to nowe wasze problemy? Żeby potem nie usłyszeć nawet zwykłego dziękuję.
- Stiles ja...


- Zamknij się.- Powiedział takim lodowatym tonem, że bruneta przeszły ciarki.- Nic mnie to nie obchodzi, co masz do powiedzenia. Zauważyłeś, że nie jestem tak bezużyteczny jak Ci się wydawało, i co? Nagle zaczniesz mnie lubić? Wiem, że nie jestem częścią stada, ale niestety moja natura mnie zdradziła. Nie miałem w pobliżu nikogo ze swojego gatunku, a mimo wszystko nikt nie lubi być sam Derek. No może z wyjątkiem Ciebie. Nawet Peter, który na początku miał zapędy sadystyczne wie, że w stadzie jesteście silniejsi. Wyleczył się z części ran psychicznych... Jednak nie do końca, bo to byłoby możliwe tylko w silnym stadzie, gdzie funkcjonują jakieś normy. Gdzie zapewnione jest wsparcie alfy i pozostałych członków watahy
- Też wiem, że w pojedynkę jesteśmy łatwym celem.- Powiedział niepewnie alfa, a Stiliński zaśmiał się bez humoru.
- Nie wydaję mi się. Separujesz się od reszty, gówno obchodzi Cię to, że Erica i Jackson nie radzą sobie z agresją i wyżywają się na innych, Boyd żałuję, że został wilkołakiem a Scott... on cóż, akurat McCall jest idiotą i homofobem. Jeżeli chcesz zachować to stado musisz spiąć dupę i zacząć coś robić dla nich. Przesłań myśleć o tym, co było. Stworzyłeś sobie nową rodzinę, ale jak każda nie jest idealna. Ogarnij ich i siebie, jestem pewien, że Peter może Ci pomóc, ale ty musisz mu na to pozwolić. Od tej pory radź sobie beze mnie.
- Co? O czym ty mówisz?
- Od teraz nie będę się mieszał w twoje sprawy.- Odsunął się, a Derek patrzył na niego zszokowany. Obserwował jak kolor tęczówek chłopaka wraca do normy, a spojrzenie łagodnieje, kiedy przenosi je na Louisa i Isaaca.- Panowie jedziemy do domu.
- Och wreszcie!- Cieszy się anioł.
- Już?- W tym samym czasie odzywa się zawiedziony Peter.- Ja chce jeszcze! W życiu nie widziałem Dereka tak potulnego... Normalnie jak wystraszona wiewiórka.- Alfa zauważył coś dziwnego w zachowaniu wuja. Sposób, w jaki patrzy na Stalińskiego, jak się do niego zwraca. Peter najzwyczajniej w świecie czuł szacunek do młodego. To było coś, bo starszy Hale nie szanował nikogo od czasu śmierci matki Dereka, nie czuł respektu przed nikim... Alfa zdaję sobie sprawę, że Stiles pomagał mu nawet nieświadomie zapanować nad najbardziej niesfornym członkiem stada. Ogarnia go panika: jak on sobie do cholery poradzi z sarkastycznym, upierdliwym, obrażalskim, humorzastym Peterem.
 Mam przejebane- To jego ostatnia myśl, zanim anioł, harpia i pobity wilkołak znikają z jego podwórka.

Mówię Hej wszystkim którzy przeczytali :D

czwartek, 22 września 2016

Harpia Stiles! 2

 Rozdział. 2

Stiles budzi się nieco zdezorientowany jest mu ciepło i najchętniej wcale nie ruszałby się z łóżka przez cały dzień. Jest też całkowicie pewien, że w sobotni poranek mógłby sobie odrobinę odpocząć. Zwłaszcza, że prawie całą noc nie spał. Niestety upierdliwie dzwoniący telefon uniemożliwia ponowne odpłynięcie w kierunku objęć morfeusza. Louis podnosi głowę z poduszki i patrzy na niego błagalnie, więc nastolatek lituję się w końcu i niechętnie wygrzebuję się z pościeli by znaleźć swój telefon w spodniach rzuconych na podłogę. Nawet nie patrząc na wyświetlacz odbiera z ziewnięciem:
-Halo?
 - Kurwa Stiles tylko mi nie mów, że jeszcze spałeś.- Wykrzyknął oburzony Scott- Zebranie zaczęło się jakieś pięć minut temu i Derek raczej nie jest szczęśliwy, że nie ma swoich materiałów o harpii! Więc rusz dupę i się pospiesz!
 - McCall jak Boga kocham, długotrwałe przebywanie z Halem Ci szkodzi, coraz bardziej się do niego upodabniasz.
 - Cóż dziękuję.- Warknął ostro Scott - To nie był komplement.- Dodał jeszcze Stiliński- Będę za dwadzieścia minut, ale nie zdążę wziąć prysznica... Cokolwiek będziecie czuć to będzie to wina tak wczesnej pory spotkania.
 - Wiem jak śmierdzi twój pot. Ruszaj się!- McCall się rozłączył, a Stiles z westchnięciem odwrócił się do komody wygrzebując z niej potrzebną bieliznę i czyste skarpetki dla siebie i świeży ręcznik dla Lou.
  - Nie była to zbyt przyjacielska rozmowa.- Powiedział szatyn, a chwilę później ciepła para rąk oplotła nastolatka w tali. Louis złożył delikatny pocałunek na łopatce młodszego.- Nie możesz pozwolić im się tak traktować. Wiem, że nie chcesz żeby wiedzieli, kim jesteś, ale mimo wszystko za to, co dla nich robisz nawet, jako człowiek należy Ci się szacunek.
 - To nie takie proste Lou. Zawsze mieli mnie za nadpobudliwego dzieciaka nienadającego się do niczego, nawet w szkole. Tylko Scott traktował mnie inaczej. Teraz jest gorzej, ale mimo wszystko są dla mnie jak rodzina, nie chce ich stracić.
 - A chcesz stracić samego siebie?- Zapytał starszy. Obaj doskonale znali odpowiedź, więc nie było potrzeby na nie odpowiadać.

 Stiles skoczył do łazienki na szybką toaletę, żeby, chociaż z ust mu nie cuchnęło. Ubrał się w ekspresowym tempie, zgarniając ubrania z podłogi, bo była sobota i powinien robić pranie, jeśli chce mieć, w czym iść do szkoły w poniedziałek. Niestety jakiś zrzędliwy wilkołak wymyślił spotkanie watahy, nastolatek rozumiałby jeszcze gdyby on był jej pełnoprawnym członkiem, ale prawie całe stado uważało go za nic niewarte gówno, nadające się tylko do roli: Przynieś, wynieś, pozamiataj. Był jeszcze Peter patrzący na niego z lekkim niepokojem i zaciekawieniem, ale teraz Stiles już rozumiał, dlaczego. Isaac też nie traktował go jak reszta wydawało się, że nawet go lubi, ale ulega presji grupy. Z westchnieniem zerknął na siebie w lustrze i zorientował się, że ma na sobie nie swoją koszulkę. Dzwoniący telefon powiedział mu jednak, że zdecydowanie nie ma czasu na jej przebranie. - Dobrze w niej wyglądasz- Zaśmiał się Louis z wyraźnym zadowoleniem przyglądając się malince w połowie wystającej zza dekoltu w serek. Idiota, pomyślał Stiles. Ugryzienia jak i ślady po paznokciach zagoiłyby się gdyby napił się krwi. Tak leczyły się harpie, na takie „ obrażenia" wystarczyłyby dosłownie dwa łyczki, ale Louis odmówił tłumacząc, że nie po to się tyle namęczył, żeby teraz wszystko zniszczyć. Chyba odrobinę za bardzo wziął sobie radę Petera do serca. Każdy w wilkołak w promieniu kilometra będzie mógł wiedzieć, co Stiliński robił przez większość nocy. Miał tylko nadzieję, że jeśli Derek będzie chciał go za to udusić to wujaszek stanie w jego obronie. Cóż raczej w obronie, Dereka, bo jeśli Stiles się zbytnio przestraszy wypuści na wierzch swoją drugą naturę, a tego alfa mógłby nie przeżyć. Wsiada do samochodu, przekręca kluczyk i kurwa nic się nie dzieję. Zaklina swój samochód.
 - Nie dzisiaj malutki, bo inaczej wielki, zły alfa może rozszarpać mnie razem z tobą na kawałeczki.- Próbuję jeszcze raz odpalić, bez skutecznie.- Uwierz nie chcesz tego.
 - Stiles!- Krzyczy Lou przez okno jego pokoju.- Weź mój.- Rzuca mu kluczyki.- Później zerknę na twojego Jeepa. Jak Cię znam to znowu naprawiałeś go na taśmę izolacyjną...- Dziękować niebiosom, za seksownego aniołka z zamiłowaniem do motoryzacji!
 - Dziękuję!- Wskakuję do odrestaurowanego mustanga. Louis ma słabość do strych szybkich samochodów. Szatyn tylko się śmieję, kiedy młodszy rusza z piskiem opon. Minęło zdecydowanie więcej niż dwadzieścia minut, Derek będzie wkurwiony. Zerka na pudło z papierami, bezpiecznie siedzące na siedzeniu pasażera. Kilka ważniejszych informacji zebrał do notatek i być może Wilkołak nie będzie próbował zabić go już na początku spotkania.

Kiedy dociera pod stary dom w lesie, cała wataha już jest, dzieję się coś dziwnego: ktoś z kimś znowu walczy, ale kiedy widzą, czym przyjechał odwracają głowy w szoku. Wysiada i łapię za pudło z księgami. Podchodzi odrobinę bliżej i specjalnie ustawia się tak by wiatr niósł jego zapach od wilkołaków. Nie chciał już na początku zebrania wszczynać afery... Peter uśmiechną się do niego promiennie i okay to było lekko przerażające.
 - Nowy samochód?- Zapytał Wujaszek. - Nie, mój odmówił współpracy. Pożyczyłem od przyjaciela...
 - Tego, którego wczoraj poznałem?- Stiles skinął głową, a Starszy Hale podszedł do mustanga, ale w taki sposób by przejść tuż koło nastolatka.
- Ma dobru gust.
 - Ummm, Tak: Mam te materiały o harpiach, takie ogóle i najważniejsze. Nie stanowią zagrożenia, jeśli wy nie będziecie ich niepokoić, chyba, że którąś zdenerwujecie wtedy może być nie ciekawie.- Mruknął i Podał swoje notatki Derekowi. Właśnie wtedy kierunek wiatru się zmieniał, a zapach Stilesa dotarł do wilkołaków. Te najbliżej aż jęknęły. Stiles się zarumienił, bo to było bardzo oczywiste, co oznaczała ta woń. Peter staną odrobinę bliżej niego.
- Młody czy ty masz koszulkę na lewą stronę?- Zachichotał.
 - Możliwe, spieszyłem się.- Westchnął, wiedział, że teraz już po nim.
 - Czy ty...?- Wydukał w końcu Scott.
 - Czy z kimś spałem: tak. Czy tym kimś był facet: Tak. Coś jeszcze?!
 - Nie zbliżaj się do mnie!- Warknął McCall, parę osób poparło jego słowa.- Najpierw jeden pedał się we mnie zakochał- Wrzasnął i wymierzył silny cios Isaacowi, co dziwne blondyn nie próbował się zasłonić. Do Stilesa dotarło, co to znaczy- a teraz mój kumpel puszcza się z innym pedałem!- Scott chciał kopnąć leżącego Laheya, ale Boyd go obezwładnił. Erica patrzyła od Stilesa do Isaaca z pogardą, a Derek miał brwi zmarszczone i widać było, że nie jest zadowolony z takiego obrotu sprawy.
 - Dziwka- Warknął Scott i splunął na Isaaca, który skulił się jeszcze bardziej i to było za dużo dla Stilesa. Telepatycznie wezwał Louisa, bo cokolwiek się stanie on nadal musi ukrywać swoją prawdziwą naturę, mógłby kogoś zabić, a mimo wszystko tego nie chce.
 - Derek.- Powiedział Peter.
 - To nie jest moja sprawa. Nie jestem od ich sercowych zawirowań!- Powiedział zimnym głosem.- Z kimkolwiek się pieprzą to ma zostać z dala ode mnie. Nic mnie to nie interesuję.
 - Nie nadajesz się na alfę, a tym bardziej na...- Tu Stiles wcale nie delikatnie wbił mu harpii szpon w łopatkę. Starszy Hale zdecydowanie za wiele wie o obyczajach jego rasy, to aż zastanawiające..
 - Odpieprz się- Mówi Derek. Do Stilesa docierają coraz to nowe negatywne emocję, co do niego, ale zdecydowanie bardziej skierowane są do Isaaca. Stiles stawia mur i nie pozwala tej fali nienawiści przeniknąć do niego, nauczył się tego już w szkole. Nie było to dla niego nic nowego. Lahey też swoje wycierpiał, ale chyba nie umiał się uodpornić. Wiać było po nim, że to go boli, a to jedynie dawało satysfakcję reszcie.


 - Peter ma rację.- Mruknął Stiles- Kilka twoich bet znęca się fizycznie i psychicznie nad Isaaciem, który przypominam także jest w twoim stadzie... Powinieneś reagować, a ty tym czasem masz to totalnie w dupie. Uwierz przez to wszystko, co kazałeś mi znaleźć wiem więcej o wilkołakach niż bym chciał... Alfa powinien być: Opiekunem i Obrońcą stada. Dom Watahy schronem dla jej członków. Przemieniłeś ich i zostawiłeś samych sobie.- Jego potok słów przerwało silne uderzenie. Czół jak z jego nosa cieknie krew, ale nie przejmował się tym. W razie, gdy zrobi się zbyt niebezpiecznie: ucieknie.
- Zamknij się śmieciu! Nie masz prawa mówić o czymś, co nie dotyczy ciebie, jesteś żałosny. Tak bardzo chciałeś czyjejś uwagi, że się nad tobą zlitowałem i łaskawie pozwoliłem Ci poczuć się potrzebnym, ale nie jesteś i nigdy nie byłeś częścią stada, nie masz prawa wnikać w nasze wewnętrzne sprawy.- Stiles tylko smutno się uśmiechnął, doskonale wiedział, że tym był dla wilkołaka.
 - Nie powiedziałeś nic, czego bym nie wiedział.- Mruknął, tuż za nimi korzystając z zamieszania Erica zatopiła pazury w Isaacu. Zapach krwi to było dla Stilesa za dużo. Czuł, że jego skrzydła desperacko chcą wydostać się z otworów pod łopatkami, oczy na chwilę zamigotały srebrnym blaskiem.
 - Peter.- Sarknął, bo wiedział, że jest na granicy- Idź po Laheya.- Starszy niechętnie się od nich oddalił.- Muszę się stąd ewakuować.
 - No, co?- Zapytał Derek z drwiną- Popłaczesz się teraz, a może chcesz do mamusi?
 - Módl się żeby nigdy nie spotkać mojej matki.- Powiedział Stiles zdławionym głosem. Szamotanina za nimi ustała, a obok niego wylądował Louis. Wszyscy wpatrywali się w niego z niedowierzaniem. Nic dziwnego, byli jak dzieci w tym nadprzyrodzonym świecie, nie wiedzieli o tylu rzeczach. Lou złożył swoje biało-srebrne skrzydła za plecami. Peter praktycznie przyniósł Isaaca na rękach, wszędzie była krew, a zmysły Stilesa wariowały
. - W porządku?- Najstarszy wilkołak zapytał Stilińskiego, a ten tylko skinął głową.
 - Czym jesteś?!- Zapytał Derek patrząc niewiedzącym, przerażonym wzrokiem na Louisa - Aniołem. Dokładanie to w połowie, ale nie wdajmy się w szczegóły.- Odpowiedział niedbale jednocześnie ścierając krew z policzka Stilesa.
- Czy nie wiesz, że to trochę nieostrożne wkurzać kogoś kto mógłby roznieść twoją całą, śmieszną watahę za jednym podejściem?
 - O czym ty mówisz?!

Harpia Stiles! 1


 Rozdział. 1

Derek miał kolejną paranormalną zagadkę do rozwiązania, ale ani myślał w piątkowy wieczór grzebać się we wszystkich tych księgach Deatona. Po chwili namysłu stwierdził, że podrzuci to wszystko Stilesowi. Nawet nie zastanawiał się czy młodszy nie ma przypadkiem jakichś planów na wieczór. Zwinął z krzesła swoją niezniszczalną, skórzaną kurtkę i kartony z papierami, zapakował do samochodu i ruszył z piskiem opon. Cała droga zajmuję mu tylko kilka minut. Zatrzymał się kilka metrów od domu Stilińskiego, nie chcąc być zauważonym przez szeryfa. Bez wcześniejszej zapowiedzi wślizgnął się przez okno do pokoju szatyna, zastał go wpatrującego się w otwartą szafę. Derek zauważył, że Stiliński wygląda lepiej niż zazwyczaj, ale tylko potrząsnął głową na swoje dziwne myśli i cicho odchrząknął
 - Mam dla Ciebie zadanie, potrzebuję żebyś znalazł mi coś w papierach Weterynarza. Pojawiło się jakieś stworzenie, nie wiem, co to do cholery jest! Wiem jedynie, że jest cholernie szybkie. Dowiedz się jak to złapać i zabić.
 - Po pierwsze: Cześć.- Nastolatek patrzy ze zmarszczonym czołem na starszego.- Poza tym, dlaczego sam tego nie zrobisz?!- Warknął, bo na tą noc miał znacznie ciekawsze plany niż grzebanie się w nudnych papierach. Zresztą wie, że Derek widział jego... Naprawdę nie chciał żeby jego mała tajemnica wyszła na jaw. Tak długo udało mu się to przed nimi ukrywać. Wystarczyło, że zapomniał się na chwilę i dał się ponieść prędkości, by przez przypadek zahaczyć częściowo o terytorium watahy.
- Bo ja mam ciekawsze rzeczy do robienia, a ty i tak gnijesz w pokoju, więc: zrobisz to co Ci każe!- Stiles wzdycha tylko, bo wie, że jak będzie tak długo się denerwował to jego samokontrolę szlak trafi.

 Liczył dzisiaj na trochę czasu dla siebie, planował złapać kilka najpotrzebniejszych rzeczy do plecaka i pojechać do większego miasta trochę się zabawić, bo te wszystkie wydarzenia ostatnich tygodni znacznie nadszarpnęły jego nerwy. Potrzebował dla równowagi troszeczkę miłej rozrywki. Miał nadzieję dostać ją w jakimś ciemnym klubie, oraz zabrać trochę na później do niewielkiego prywatnego mieszkania. Ostatecznie mógł po raz kolejny zadzwonić do Louisa. Byli czymś w rodzaju przyjaciół z korzyściami. Niejednokrotnie ratowali siebie nawzajem, kiedy napięcie robiło się zbyt wielkie. Cóż było to wygodne przy ich trybie życia: Stilesa cały czas zajmowało pilnowanie by ta owłosiona banda nie wpakowała się w jakieś poważne kłopoty, a starszy miał swoje obowiązki. To, aż śmieszne, że oni obaj skończyli razem w łóżku: On był harpią, a Lou półaniołem. Całkiem dwa różne gatunki. Mimo tych różnic mieli coś co zdecydowanie ich łączyło: uczucie do najmniej odpowiednich osób. Z tym, że Stiles nigdy nie próbował nic z tym robić, a Louis został zraniony do tego stopnia, że był gotowy własnoręcznie wyrwać sobie serce, byleby tylko przestać czuć cokolwiek. Tak się poznali. Byli dla siebie chwilowym zapomnieniem.

- Dobrze dawaj te papiery i spierdalaj!- Wrzasnął nastolatek, bo ma zdecydowanie dosyć jak na jeden wieczór. Zupełnie nie rozumie swoich uczuć do tego apodyktycznego idioty. Myśli, że jeszcze nie jest za późno, aby zadzwonić do Lou. Droga z jego miasta zajmie mu nieco ponad godzinę, a w tym czasie Stiles zdążyłby wyciągnąć z tej sterty zżółkłych papierów kilka ogólnych informacji o swojej rasie. Coś, co da do zrozumienia Derekowi, że Harpia nie jest zagrożeniem dla watahy, jeśli się jej nie wkurwi. Prawda jest taka, że ma coś w rodzaju instynktu „macierzyńskiego" względem każdego osobnika ze stada. Bardzo mu zależy, więc to trochę przykre, że oni mają go za kompletnie bezwartościowego. Doskonalę zdaję sobie sprawę, że teraz nawet Scott patrzy na niego trochę inaczej. Tak naprawdę nic o nim nie wiedzą, ale nie zamierza tego zmieniać. Jest jak jest, gdyby naprawdę lubili go, jako człowieka i szanowali za każdą zarwaną noc przez szukanie informacji dla alfy, może przyznałby się, czym jest. Jedną z zasad Harpii jest to, żeby nie ufać tym, którzy nie ufają im. Więc nie zanosi się na to, aby ktokolwiek z watahy miał poznać jego sekrecik.
- Postawiłem pudło na biurku.- Derek uśmiechnął się za zadowoleniem.

Hale cieszył się jak głupi się z kolejnego wolnego wieczoru. Myślał, że trochę poćwiczy, a potem może z resztą watahy obejrzą jakiś durny film z kolekcji Petera. Nawet nie wysilił się na tyle, żeby chociaż skinąć młodszemu na pożegnanie i ewakuował się tą samą drogą którą przyszedł. Zajechał jeszcze po jakieś żarcie. Kiedy dotarł pod dom, zobaczył, że stado już jest, a wujaszek siedzi na schodach ze zniesmaczonym wyrazem na twarzy. Ożywił się, kiedy  wyczuł zapach Stilińskiego na siostrzeńcu. Jednak zmarszczył brwi, gdy nie dostrzegł nastolatka.
 - Gdzie Stiles?-Zapytał starszy Hale.
 - Podrzuciłem mu papiery od Deatona. Wiesz, że spotkałem coś nietypowego na naszym terytorium. Coś, co miało niewielkie skrzydełka i poruszało się z taką prędkością, że w większości widziałem tylko rozmazany kształt.- Peter miał ochotę poinformować tego idiotę, że widział, Stilesa, ale wolał poczekać na rozwój wydarzeń. Zajęło mu trochę czasu, ale w końcu zrozumiał, czym jest młody Stiliński. Mężczyźni wśród Harpii są niesamowicie rzadcy. Rodzą się jeden na sto. Są cholernie potężni i Peter wolałby, nigdy nie wkurzyć za bardzo nastolatka. Cóż... lubił, gdy jego głowa jest pewnie przytwierdzona do szyi. Nie kręci go dekapitacja, ale Dereka najwyraźniej tak... Sądząc po tym jak traktuję młodszego chłopaka. Tylko patrzeć, aż Stilesowi braknie samokontroli.
 - Zdajesz sobie sprawę, że gdybyś przywiózł go ze sobą to uporalibyśmy się z tym szybko i nie musiałby zarywać nocy?
 - Co ty się tak przejmujesz?- Zaśmiała się Erica- To tylko Stiles...
 - Naprawdę, dziwię się, że on jeszcze nie ma was dosyć...- Westchnął Starszy Hale i zwinął kluczyki od auta Dereka.- A i drogi siostrzeńcze! Tak dla waszej informacji stworzenie, które widziałeś to Harpia. Lepiej mieć ją po swojej stronie. Wkurzona bez trudu rozszarpałaby na kawałeczki całe stado..., Jeśli jednak uzna nas za swoją rodzinę, to będzie chronić za wszelką cenę.
 - Skąd wiesz?!- Zaciekawił się Scott.
 - Wiem. Znałem kilka kobiet Harpii i nawet jednego mężczyznę.
 - Jeden na sto...- Mruknął cicho Derek marszcząc brwi.
- Widzę, że coś jednak pamiętasz z nauk matki młodzieńcze.- Stwierdził Starszy z sarkazmem- A teraz panie i panowie wybaczą, że opuszczę ich jakże miłe towarzystwo i pojadę pomóc „grzebać się w papierach".
 - Musimy się dowiedzieć, kim ona jest i przeciągnąć ją na swoja stronę. – Powiedział Derek. Peter miał ochotę śmiać się na głos z debilności bruneta. To niemożliwe, żeby on był synem swojej matki, a już na pewno nie jest jego siostrzeńcem. To przerażające, że ktoś z tak opornym mózgiem był z nim spokrewniony!

 ***

 Louis przyjechał nie całą godzinę po telefonie od przyjaciela, a Stiles woli nawet nie zastanawiać się ile praw ludzkich, czy też nie złamał, żeby zjawić się tak szybko. Zresztą nie miał czasu myśleć, kiedy starszy coraz mocniej napierał na jego usta jednocześnie pozbawiając go kolejnych części garderoby. To takie znajome uczucie, bycie całowanym przez niego i Stiles zaczął żałować, że nie mógł swoich żałosnych uczuć ulokować w tym pół-aniołku. Ręce starszego badają strukturę skóry na klatce piersiowej Stilińskiego, a usta suną coraz bardziej w dół. Nastolatek nie zamierza mu być dłużny: zdjął z niego czarną koszulkę, dłońmi przejechał po jego plecach, a pod opuszkami palców czuł skaryfikację skrzydeł, każda malutka blizna, to osobne piórko. Doskonalę wiedział, że nakręca to Louisa jak nic innego. Kiedy chce odpiąć zamek własnych spodni, ale Lou się odsuwa.
 - Ktoś przekroczył barierę ochronną wokół domu.- Stwierdził z niepokojem pół-anioł.
- To pewnie tylko ojciec.- Mruknął zawiedziony nastolatek, ale po chwili uświadomił sobie że to za wcześnie jak na szeryfa. Jednak nie pozwolił zejść starszemu ze swoich bioder. Pocałował go uspokajająco w ramię i Louis został na swoim miejscu, ale nadal wszystkie jego zmysły skupiały się na otoczeniu. Czekają. Nie mija minuta jak słychać, że intruz zamierza dostać się przez okno, a chwilę później Peter Hale wskoczył do sypialni Stylińskiego, tak jak do własnej. Co do cholery jest z tymi pieprzonymi wilkołakami dzisiaj?! Peter wytrzeszczył śmiesznie oczy na sytuację, w jakiej nakrył młodszego. Naprawdę spodziewał się zastać wszystko tylko nie to. Podejrzewał, że Stilesa kręcą również faceci, a na pewno ma słabość do jego Siostrzeńca. Jednak, co innego myśleć, a widzieć...
 - Ummm. Derek mówił, że szukasz informacji. Chyba jednak nie...
- Czego chcesz?
 - Chciałem pomóc, ale raczej tego nie potrzebujesz.- Stiles był zdziwiony słysząc szczerość i zadowolenie w głosie wilkołaka.- Niegrzeczny aniołek- Zamruczał patrząc na Louisa, a ten tylko wyszczerzył ząbki w uśmiechu i wzruszył ramionami.
 - Trochę przeszkadzasz.- Oznajmił Louis mrugając do Petera.
 - Okay, okay już się zmywam... Tylko dwie rzeczy Stiles: ja wiem, kim jesteś.
 - J-jak to?- Młodszy poruszył się niespokojnie ze zdenerwowaniem patrząc na wilkołaka
- No proszę Cię nie sądzisz chyba, że jestem tak samo kiepskim obserwatorem jak reszta stada? Poza tym miałem przyjaciółki Harpie.
 - Przyjaciółki?- Wątpi Lou. Wilkołak tylko wzruszył ramionami.- Druga sprawa?
 - Zanim jutro spotkasz się z watahą, upewnij się, że odpowiednio mocno Cię czuć, tym, czym będziecie się zajmować.- Zaśmiał się Peter, kiwną im głową i zostawił ich samych. Kilka minut dezorientacji i oszołomienia po tej niespodziewanej wizycie i wracają do przerwanego zajęcia.

 Peter Hale całą drogę powrotną chichotał niczym naćpana nastolatka. Wiedział, że kolejny dzień na pewno dostarczy mu masę atrakcji.

wtorek, 6 września 2016

Wina Przypadku/Lirry

Gdyby wolno mi było chcieć Ciebie...


Liam:
Jedziemy do kolejnego miasta. Jestem przerażony tym, że Louis zaczął cos podejrzewać. On nigdy nie wie, kiedy odpuścić. Czasami widzę jak przygląda mi się z cwanym uśmiechem i aż boję się pomyśleć, co kombinuję. Rozsiadamy się przed telewizorem i oglądamy parę odcinków jakiegoś kryminalnego serialu. Po dwóch godzinach Niall zasypia, a Harry idzię pod prysznic. Zostaję sam z Tommo i Zaynem. Oglądam w ciszy przez jakiś czas, ale gdy tylko powieki Malika opadają, a jego powolny oddech sugeruję, że zasnął na ramieniu swojego chłopaka, oczy Tommo momentalnie odrywają się od ekranu i skupiają się na mnie. Kurwa, wiedziałem!
- Liam?
- Co chcesz Tomlinson?- Pytam zrezygnowany, bo wiem, że z nim i tak nie wygram.
- Chcesz mi coś powiedzieć?- Pyta poważnym totem.
- Raczej nie.
- Na pewno? Mnie się jednak wydaję, że lepiej dla ciebie byłoby jakbyś się komuś wygadał. Przy Harrym wyglądasz jak bomba zegarowa i zastanawiam się, kiedy w końcu wybuchniesz.- Mówi wesoło.
- Coo?!- Nie sądziłem, że będzie aż tak bezpośredni. Czy on w ogóle myśli? Co by było gdyby ktoś słyszał naszą rozmowę.
- Nie udawaj, widzę jak na niego patrzysz, dziwne, że się nie ślinisz... I ta twoja zazdrość, gdy myślałeś, że z nim jestem.
- Louis...- Nie wiem, co mam powiedzieć żeby wyplątać się z tej rozmowy. Nagle się zatrzymujemy. Zbawienie! Okazało się, że opona poszła. Tomlinson zanosi Malika na pryczę, Niall i Harry już śpią jak zabici. Liczę na to, że na dzisiaj mam rozmowę z głowy. Niestety Lou wyciąga mnie z Torbusa, Siadamy na trawie on odpala fajkę. Przez parę minut w ciszy przyglądamy się jak ekipa męczy się ze zmianą koła na kompletnym pustkowiu. Czuję jak Louis dotyka mojego ramienia, chyba chce być wspierający. Nie wytrzymuję i chowam twarz w dłoniach.
- Daj sobie spokój, moja sytuacja to nie to samo, co twoja i Malika...
- Skąd wiesz?- Pyta- przez rok żaden z was się nie zorientował. Co jeśli powiem, że ty jesteś prawię tak dobrym aktorem jak ja, a Hazz zasługuję na Oscara?
- O czym ty do chuja mówisz?! Przyznaje, że ja faktycznie jestem zakochany w Stylesie od jakiegoś czasu, ale nie wydaję mi się żeby on...
- Będzie trudniej niż myślałem- marudzi Tomlinson.- Dobrze, że chociaż przyznałeś się do swoich uczuć. – Westchnąłem. Było mi trochę głupio, że on odkrył mój sekret. Na szczęście w porę przypomniałem sobie, że on jest z innym chłopakiem w związku. Pomyślałem: co mi tam, może, chociaż trochę mi pomoże jak się wygadam.
- Myślę, że nie mam siły tego przed tobą ukrywać skoro i tak rzucasz mi te swoje wszechwiedzące spojrzenia...- zaśmiał się.
- Wiesz, że chcę tylko pomóc.
- Wiem?
- Liam!! Może i bywam upierdliwy, złośliwy, ale jeśli chodzi o coś tak poważnego potrafię się zachować.- Tak, to akurat była prawda. Poddaję się.
- Louis, nie daję sobie z tym rady. Czasami, to za dużo... jego gesty i słowa dają mi jakąś pierdoloną, niepotrzebną nadzieję, a na końcu i tak zawsze czeka rozczarowanie, bo z jego strony to tylko przyjacielskie zachowanie. Przypominanie sobie tego każdego dnia mnie dobija.
- Tak jakby dokładnie wiem, o czym mówisz, przerabiałem to jakiś czas... Uwierz zanim się zeszliśmy wcale nie było u mnie kolorowo. Nadrabiałem uśmiechem i wygłupami, ale cały czas analizowałem wszystko. Okazało się, że do zakończenia moich psychicznych i fizycznych męczarni, (bo wzwód po tym jak tylko dotykał mnie dłużej niż parę sekund był męczący i dość kłopotliwy... szczególnie podczas koncertu...), ale nie o tym miało być- roześmiał się, a ja razem z nim.- Wracając koniec tych tortur nastąpił dość niespodziewanie: wystarczyło, że zostaliśmy sami no i trochę czegoś na odwagę.
- Chciałbym, żeby w moim przypadku też było to takie proste...
- Co jeśli powiem, że jest?- Unosi brew.
- Nie obraź się, Lou, ale nie sądzę.- Wzdycham i podnoszę się z ziemi- Dzięki że mogłem z kimś pogadać.
- Spoko. Nie myśl, że to koniec rozmowy. Wrócimy do tematu.
- Niech Ci będzie.- Odpowiadam- ale nie dzisiaj... nie mam na to siły.
- Gdyby coś, to jestem...- mówi niby w żartach- jeżeli będzie trzeba i ma Ci to pomóc, to mogę nawet fantazji erotycznych wysłuchać.- Mruga zaczepnie. W ten pokręcony sposób mówi, że każdy mogę rozmawiać z nim o wszystkim, a on nie będzie mnie w żaden sposób oceniać.
- Dzięki Tommo.- Mówię wesoło- może skorzystam z propozycji.
- W co ja się wpakowałem. – Wzdycha teatralnie- Dobranoc Li, jak chcesz to prycza nad Hazzą jest wolna- unoszę brew.- Ja zmieszczę się z Zaynem.
- Ok. Lou?
- Hm?
- Błagam, powiedz, że nie nigdy nie pieprzyliście się, gdy my sobie smacznie spaliśmy...- udaję przerażenie.
- Naprawdę chciałbyś, żebym kłamał?

Harry:

Obudziłem się i od razu wiedziałem, że coś jest nie w porządku. Brakowało tego charakterystycznego szumu i uczucia przemieszczania się. Podniosłem się niechętnie z pryczy i chciałem zapytać Louisa, co jest grane, ale nie było go na łóżku. Zerknąłem na pozostałe posłania: Niall i Zayn spali jak niemowlaki, ale brakowało Liama i Louisa. Podreptałem na przód autobusu i od jednego z ochroniarzy dowiedziałem się, że przebiliśmy oponę i teraz część ekipy męczy się z jej zmianą, bo utknęliśmy na środku jakiegoś pustkowia. Nadal nie wiedziałem gdzie podziała się pozostała dwójka... Wziąłem z lodówki jakiś napój owocowy i siadłem na blacie. Spojrzałem przez okno i dostrzegłem znajome sylwetki. Payne i Lou siedzieli na trawie zawzięcie o czymś dyskutując. Wyglądało to jakby Liam zwierzał się Tomlinsonowi z jakichś problemów, aż skręcało mnie z ciekawości, o czym rozmawiają. Gdy Li schował twarz w dłoniach, wyglądając przy tym na załamanego, sam poczułem jakbym miał się za chwilę rozpłakać. Tak bardzo chciałbym do nich podejść i po prostu się do niego przytulić, składać te durne, błahe obietnice, że wszystko będzie dobrze. Wiedziałem jednak, że nie mogę cokolwiek go dręczy świadomie wybrał Louisa żeby mu się zwierzyć. Z moich rozmyślań wyrwał mnie huk i masa przekleństw naszego kierowcy. Gdy ponownie zerknąłem na chłopaków widziałem, że Li ma słaby uśmiech na twarzy i niepewnie wstaję z ziemi, Tommo jednak go zatrzymuję i jeszcze coś do niego mówi. Jakieś pięć minut później humor Payno jest wyraźnie lepszy. Gdyby nie fakt, że jesteśmy w znanym zespole i inny zawód nie będzie konieczny w przyszłości, sam wysłałbym, Tommo na studia psychologiczne. Myślę, że byłby w tym genialny. Wracają do autobusu, Lou tylko kiwa mi głową z radosnym uśmieszkiem, i od razu wślizguję się na pryczę swojego chłopaka. Trochę zastanawia mnie jak oni obaj się na niej mieszczą, bo mnie zdarzyło się parę razy spaść na podłogę. Od tamtej pory zawsze zajmuję łóżka na dolę, przynajmniej upadek jest mniej bolesny. Liam sięga po jakieś cudem zachowane piwo, po chwili z za serków tofu i jogurtów wyjmuję kolejne i mi podaję.
- To mój schowek liczę na to, że jeśli się podzielę nie zdradzisz mojej tajemnicy reszcie?- Otwieram i biorę pierwszy łyk.
Zsuwam się z blatu i siadam na podłodze, plecami opierając się o kuchenne szafki. Uśmiecham się do niego, odwzajemnia gest i w tym momencie muszę sobie powtarzać: Harry, idioto tlen jest naprawdę niezbędny do życia. Oddychaj! Wreszcie udaję mi się odwrócić od niego wzrok.
- Twoja tajemnica jest ze mną bezpieczna. Czasem możesz się podzielić, taki niewielki haracz...
- Spoko, loczek.- Odpowiada i siada koło mnie na tyle blisko, że czuję jak nasze ramiona i nogi się stykają. Zerkam na niego, wygląda jakby rozmyślał nad czymś poważnym. Oczywiście nie wytrzymuję i pytam:
- Widziałem jak gadałeś z Lou...- Podnosi na mnie zdziwione spojrzenie- Li, co jest? Nie wyglądasz na przesadnie szczęśliwego...
- Hazz... naprawdę nie mogę Ci powiedzieć, przynajmniej nie teraz.- Mówi powoli jakby zastanawiał się nad każdym słowem.
- Dlaczego?
- To jest cholernie trudne... mógłbyś nie zrozumieć.- Chce zaprotestować- Obiecuję jednak, że kiedy będę mieć na tyle siły to powiem. Co ty na to?
- Niech Ci będzie...- marudzę, ale wiem, że jak on nie chce powiedzieć to nie wolno nikogo na siłę męczyć.- Tylko pamiętaj, że jakby, co to jestem. Może nie jestem tak dobry w psychologicznych rzeczach jak Louis, ale wygadać się zawsze możesz.
- Wiem Harry.- Mówi i uśmiecha się. Nie jest to jednak radosne. Przypomina, to podróbkę uśmiechu, falsyfikat. Coś, co ma udawać, że wszystko jest w porządku, kiedy wcale tak nie jest. Tym razem jednak odpuszczam sobie dalszą dyskusję na ten temat, bo wiem, że Tommo już go pewnie o to wymęczył. Prawdopodobnie teraz najbardziej ze wszystkiego potrzebuję na chwilę o tym zapomnieć. Parę minut siedzimy w ciszy, kończąc chłodny napój. Nieświadomie przechylam głowę, kładąc ją na jego ramieniu. Chichocze i odgarnia moje loki ze swojej twarzy. Przeczesuję przez nie palcami próbując założyć je za ucho, a ja prawie mruczę z przyjemności. Co mogę poradzić? Uwielbiam, kiedy ktoś bawi się moimi włosami. W tym Momocie czuję się całkowicie odprężony i szczęśliwy, myślę, że mógłbym zostać w tym miejscu do końca życia. Nagle coś nietypowego przychodzi mi do głowy.
- Liam?
- Hm?- Mamroczę sennie.
- Skoro Louis i Zayn są razem tak długo, a my o niczym nie wiedzieliśmy... zresztą Louis coś takiego zasugerował, to myślisz, że oni...- I w tym momencie milkne, czerwieniąc się jak głupi.
- Pieprzą się kiedy my śpimy?- Kiwam głową. A on się śmieję.
- Kiedy Lou dzisiaj powiedział, że śpi z Zaynem... to samo przyszło mi do głowy. Powiedziałem mu cytuję: „Błagam, powiedz, że nie nigdy nie pieprzyliście się, gdy my sobie smacznie spaliśmy".
- No i co Ci odpowiedział?- zerkam na niego.
- Zapytał czy chcę aby kłamał...- Krzywię się, modląc się żeby nigdy seksili się na pryczy nade mną...
- Naprawdę miałem nadzieje, że usłyszę coś w stylu „ Nigdy nie robimy tego gdy jesteście w pobliżu"- Wzdycham teatralnie.- No ale przecież to Louis, to było do przewidzenia.
- Ta...- odpowiada i chwile mi się przygląda- Co myślisz o tym, że oni są razem, ale bez ściemniania Hazz?- Marszczę brwi.
- Nie spodziewałem się tego, ale patrząc na nich widać, że do siebie pasują. Teraz gdy wiem na co patrzeć, widzę jak szukają swojego wzroku i dotyku, gdy coś jest nie tak, albo gdy coś ich zdenerwuję. Może zabrzmi to dziwnie i patetycznie, ale myślę, że dopiero gdy są razem są kompletni...- Widzę jak przetwarza to co mu powiedziałem.- A ty, coś nie tak?
- Nie.- stanowcza odpowiedź- Widzę co dzieję się z każdym z nich gdy mówi nawet jakąś głupotę o drugim. Mam nadzieję, że zostanie tak na zawsze, bo nie chciałbym stracić żadnego z nich...- Trochę rozumiem jego tok myślenia, bo gdyby między Lou a Zaynem coś się spieprzyło... Kurwa nawet wole sobie tego nie wyobrażać.- Myślę też, że chciałbym być kiedyś tak szczęśliwy jak oni teraz.- Dodaję cichszym poważnym tonem i niepewnie na mnie zerka. Nie wiem co się dzieję, ale przez jakąś minutę siedzimy wgapiając się w siebie, robi to z mojego mózgu i serca kompletną galaretę. Kurwa czuję się jak jakaś ameba albo ukwiał, ślimak czy coś równie głupiego. Gdy odwracamy wzrok, on niepewnie się podnosi rozcierając ścierpnięte nogi. Podaję mi rękę i szybko pomaga mi wstać. Wreszcie postanawiamy iść spać, na koniec jeszcze zaczepnie przebiega ręką po moich lokach, plątając je jeszcze bardziej.
- Dobranoc Hazz.
- Dobranoc- odpowiadam. Gdy jestem już na łóżku pozwalam mojemu uśmiechowi wypłynąć. Jestem przekonany, że nawet przez sen szczerzyłem się jak głupi.

Liam:

 Najpierw rozmowa z Tomlinsonem trochę poprawiła mój nastrój, a później Hazz całą swoją osobą przegnał resztę przygnębienia. Zaciekawił mnie jego pogląd na związek naszych przyjaciół. To co powiedział upewniło mnie w przekonaniu, że nigdy nie był zainteresowany Louisem w ten sposób, bo gdyby tak było na pewno byłby zazdrosny i nie zdołałby tego ukryć całkowicie. Po tym co od niego usłyszałem, stwierdzam, że jest otwarty i tolerancyjny, ale nic jak na razie nie daję mi prawa przypuszczać, że on sam jest chociażby biseksualny. Westchnąłem na przypomnienie ciepła jego dotyku i uczucia loków łaskoczących mnie po szyi. Zdecydowanie chciałbym czuć tego więcej i częściej. Do tego, to jak mruczał gdy przeczesywałem jego loki... bałem się trochę, że jak to zrobię, popatrzy na mnie jak na idiotę i szybko się odsunie, ale on tylko mocniej wtulił się w moje ramie. Jeżeli tak działa na niego tak niewinna czysto platoniczna pieszczota, to ciekawe co zrobiłby gdybym... Kurwa znowu to sobie robie. Znów śnie na jawie. Fantazjuję o młodszym przyjacielu, a mają mnie za tego najgrzeczniejszego z zespołu... Ciekawe z której strony? Gdybym miał taką możliwość, gdyby Harry był mną zainteresowany, to mógłbym im udowodnić w bardzo szybkim tempie, że do grzecznego chłopca mi w chuj daleko. Przez te myśli o Stylesie mam mały problem w bokserkach. Mimo to próbuję zasnąć, ale gdy przekręcam się na drugi bok, a szorstki materiał ociera się o mój wrażliwy członek, frustracja jest nie do opanowania. Odpuszczam i myślę, że skoro co poniektórzy mogą sobie bez krępacji wkładać gdy my śpimy, to nic się nie stanie gdy ja szybko sobie obciągnę. Chowam twarz w poduszkę i z ulgą ściągam uciskającą mnie bieliznę. Po wszystkim czyszczę się chusteczkami nawilżającymi, które w razie właśnie takich sytuacji zawsze mam schowane pod prześcieradło, i zakładam powrotem bokserki. Teraz może już zasnę.
Rano, a raczej bliżej południa sądząc po tym, że większość śpiochów już wstała, bardzo niechętnie zwlekam się z ciepłego łóżka. Chwytam pierwsze lepsze ubranie i kieruję się w stronę łazienki. Oczywiście z moim szczęściem pod drzwiami zderzam się z półnagim ociekającym wodą Harrym... Serio?! Myślę, że on jakimś cudem wie o tym co do niego czuję i świadomie chce sprawdzić co musi zrobić abym stracił nad sobą kontrolę. Zanim tak się stanie szybko przemykam obok niego do łazienki zaszczycając go tylko słabym uśmiechem. Zatrzaskuję drzwi i wzdycham z ulgą, bo gdybym patrzył na niego chociażby sekundę dłużej, to najprawdopodobniej pod prysznicem musiałbym powtórzyć wieczorną czynność.

Louis:
 
Upewniłem się, że obaj są zainteresowani, teraz nie pozostaje mi nic innego jak doprowadzić do tego aby wyznali sobie, to co czują. Proste mogłoby się wydawać, ale weź zmuś do tego dwóch upartych, ślepych osłów. Cały dzień się im przypatruję, teraz dopiero widzę jak bardzo oczywiści są. Wzdycham z bezsilności, bo na samych ukradkowych spojrzeniach, to oni daleko nie zajdą. Wiem to z własnego doświadczenia. Zayn zauważył, że dziwnie się zachowuje i rzuca mi pytające spojrzenia, a ja tylko wzruszam ramionami. Później mówię bezgłośnie. Może Hazzz ani Li mnie nie zabiją jak podzielę się ich tajemnicami z moim chłopakiem. Potrzebuję pomocy, bo sam co najwyżej mogę ich do siebie przywiązać albo spiąć kajdankami...

Wina Przypadku/Lirry

Nie chciałem się w nim zakochiwać...

Harry:

Kolejna trasa, ale nic nie miało być takie samo, jak na poprzednich. Może dla reszty tak, ale dla mnie wszystko się zmieniło. Zawsze myślałem, że jestem w stu procentach hetero. Ostatnio jednak w to zwątpiłem. Zakochanie się w jednym z przyjaciół z zespołu, czyniło mnie co najmniej biseksualistą… a to mnie przerażało. Najgorsze było to, że nie mogłem o tym z nikim porozmawiać. Za bardzo bałem się odrzucenia i widoku obrzydzenia na ich twarzach. Nie chciałem też, żeby ON mnie znienawidził. Dzisiaj wyszedł gdzieś z resztą, to nasz ostatni wolny wieczór. Ja jakoś nie miałem nastroju na balowanie i w taki o to sposób skończyłem sam w hotelu, upijając się do nieprzytomności. Beznadziejny, to jedno słowo dokładnie mnie w tej chwili opisywało. Pociągnąłem spory łyk prosto z butelki, a łzy momentalnie stanęły mi w oczach. Skoro już tam były, równie dobrze mogłem odpuścić sobie kontrolę całkowicie i pozwolić im spłynąć. Chwilę później moim ciałem wstrząsnął szloch. Podciągnąłem kolana pod brodę i owinąłem je rękoma. Kurwa, dlaczego ja?! Nie chciałem się w nim zakochiwać, to wyszło tak… przez przypadek. Strasznie się zmienił od czasów początków zespołu. Podziwiałem to, z jaką wytrwałością ćwiczył i jak dzięki temu wyrzeźbiła się jego sylwetka. Na szczęście charakter pozostał taki sam, jak na początku: nadal był Daddy Direction. Imponowało mi to, że nie uległ żadnej presji. Zanim zorientowałem się, co się ze mną działo, było już za późno. Wpadłem po uszy i za chuja nie wiedziałem, jak mam się z tego wygrzebać. Coraz ciężej było mi też udawać, że wszystko jest po staremu. Skoro patrząc na niego na scenie… czasem zapomniałem, że oddychanie było niezbędne.


 Nagle poczułem, jak ktoś usiadł tuż koło mnie i objął ramieniem. Podniosłem głowę i ujrzałem Louisa. Teraz było już po mnie. Kto, jak kto, ale on potrafił ze mnie wszystko wyciągnąć. Zacząłem trząść się jeszcze bardziej, więc przyciągnął mnie bliżej. Minęło około dziesięć minut, zanim byłem w stanie chociaż trochę się uspokoić. Oderwałem się od niego i niepewnie spojrzałem w jego oczy. Zauważyłem w nich troskę i determinację. Z powrotem ułożyłem głowę na jego ramieniu, podając mu butelkę.

- Napijesz się ze mną?

- Zawsze, młody. - Uśmiechnął się i upił trochę wódki.  Wzdrygnął się, kiedy palący napój spływał do jego żołądka. Zabrałem mu alkohol i wlałem trochę w siebie. Siedzieliśmy parę minut w ciszy, lecz w końcu szatyn nie wytrzymał.

- Co jest, Harry? Tylko nie mów, że nic. Za dobrze Cię znam.

- Wolałbym tego nie mówić… boję się, że kiedy się dowiesz, to mnie znienawidzisz.

- Nie ma takiej opcji, no dalej, będzie ci lżej, jak komuś o tym powiesz.

- Skąd tak w ogóle się tu wziąłeś? Miałeś być na imprezie? - Zapytałem, żeby jakoś odwlec nieuniknione.

- Przez przypadek zostawiłem telefon, którego, swoją drogą, nadal nie znalazłem. Za to przez przypadek znalazłem Ciebie w tej łazience. - Westchnąłem, nie ma opcji, nie odpuści.

- Louis… - zacząłem - nie chcę Ci tego mówić…

- Hazz, to Cię zabija. Jak nie mi, to komuś innemu… Liam jest całkiem niezły przy kłopotach. - Wzdrygnąłem się. No akurat jemu, to na pewno nie powiem. Hej Li, mam taki problem, bo widzisz, zakochałem się w tobie… ta jasne. Prychnąłem pod nosem.

- Już jakiś czas jesteś nieswój. - Stwierdził Louis - Młody, co się dzieję do cholery? Zrobiłeś nieletniej fance dziecko?!

- Co?!! Nie!

- Powidz mi. - Powiedział stanowczo - cokolwiek to jest. - Zawzięcie pokręciłem głową. Nie mogłem tego zrobić.

- Przejechałeś kota?

- Nie. - Popatrzyłem się na niego, czy go całkiem popierdoliło?

- Bierzesz coś?

- Lou - pokręciłem głową - odpuść.

- Nie. - Stanowcza odpowiedź - Zakochałeś się? - Nabrałem ze świstem powietrza. Oczywiście on to usłyszał i uśmiechnął się zwycięsko.

- Harry, to nic złego. Kim jest ta szczęściara? - Łzy na powrót pojawiły się w moich oczach. Zamknąłem powieki i zacząłem modlić się o to, żeby odpuścił. Ta… niedoczekanie moje. Przecież jego drugie imię to UPIERDLIWOŚĆ.

- Blondynka, brunetka? - Nie odpowiedziałem.

- Styles, no nie bądź taki! Nawet jak jakimś cudem nie będzie zainteresowana, to lepiej się poczujesz, jak powiesz.

- Za to ty gorzej, jak szoku przez to dostaniesz. - Warknąłem przez zęby.

- Oho! Czyżbym ją znał? Z branży muzycznej? Ile ma lat? Błagam, niech ma mniej niż czterdzieści… - Na ostatnie stwierdzenie fuknąłem oburzony.

- Louis! Ma niewiele więcej niż ja! - Wiedziałem już, że przegrałem.

- Więc jednak! Powiedz mi coś więcej! Dlaczego jesteś taki nieszczęśliwy z tego powodu? Dała ci kosza? Hazz, do kurwy nędzy! Powiedz mi, co się dzieje, chcę Ci pomóc. Jeśli ta laska w jakikolwiek sposób Cie zraniła… - Nie mogłem tego dalej słuchać.

- To nie ona, tylko on! - Wydarłem się. Przez chwilę w łazience panowała cisza. Nie odskoczył ode mnie jak oparzony, co wziąłem za dobry znak.



- Chcę się tylko upewnić... - mruknął - zakochałeś się w chłopaku?

- Tak, ale Louis, nie chciałem tego, jak się zorientowałem, było już za późno. - Dostałem słowotoku - Nie chcę tego… nie chcę! Powinienem być normalny, wiem. Teraz na pewno się mnie brzydzisz. Powiesz reszcie… oni mnie znienawidzą. - Parę łez wydostało się z moich oczu.

- Jak ja mogłem się nie zorientować… - usłyszałem jak Lou wymamrotał do siebie.

- Louis? - Jakby dopiero co się ocknął. Z powrotem objął mnie ramieniem.

- To nic nie zmienia. - Powiedział stanowczo - Jestem beznadziejnym przyjacielem, nie powinieneś się bać powiedzieć mi tak ważnej rzeczy. Boże, brzmię jak hipokryta stulecia! - Zastanawiałem się, o co mu chodziło - Długo się z tym męczysz?

- Będzie już z pół roku. - wymamrotałem wtulony w jego ramię.

- Komukolwiek powiedziałeś? Gem, mamie?

- Nie. Chciałem, ale… - Nie potrafiłem dokończyć - Louis, dlaczego ja? Wszystko było takie proste wcześniej. Byłem naprawdę szczęśliwy i beztroski. Teraz muszę się pilnować, będzie gorzej, kiedy będziemy w trasie. Nie wiem jak ja to wytrzymam.

- Hazz… z twojej wypowiedzi wnioskuję, że to ktoś z zespołu… błagam, powiedz tylko, że to nie ja. - Czyli jednak nie akceptował mnie do końca.

- Nie. Możesz być spokojny. Wiedziałem, że jednak się mnie brzydzisz…

- Młody, nie brzydzę się.

- Ta, jasne. - Prychnąłem, na co przytulił mnie mocniej.

- Po prostu mój chłopak i tak dostaje szału za każdym razem, jak gdzieś widzi, albo słyszy coś o Larrym.

- Twój, KTO?! - wydarłem się tak, że zapewne usłyszało mnie pół hotelu. Szatyn udał, że przetkał uszy.

- Płuca masz niezłe, ale może zachowaj siły na koncert, co? - odpowiedział sarkastycznie.

- Nie zmieniaj tematu, Tomlinson! Tłumacz się! Ja przez tyle czasu zadręczałem się, że mnie znienawidzisz za to, kim jestem…

- Przepraszam, ale miałem te same obawy .- Mruknął smutno. Nie mogłem się na niego wkurzać za coś, co sam robiłem. - Jak chcesz, to mogę teraz trochę opowiedzieć… może poczujesz się na tyle pewnie, że zdradzisz mi, kto to jest. - Kiwnąłem głową, humor trochę mi się poprawił.

- Pytaj o co chcesz, ale ostrzegam, że zdradzę Ci, kto to jest dopiero jak zapytam go o zdanie… - mina trochę mi zrzedła.

- Ale Lou, to mnie najbardziej ciekawi… - powiedziałem zrzędliwie, a on tylko pokręcił głową z lekkim uśmiechem. Odpuściłem. Za to dowiedziałem się innych ciekawych rzeczy o jego chłopaku: był młodszy od Tommo o dwa lata, brunet, podobno strasznie uparty. Zdecydowanie bardziej interesowało mnie, jak Louis sobie poradził, gdy odkrył to samo, co ja…

- Hm, Lou? - Podniósł na mnie wzrok. - Jak to było u ciebie, kiedy się zorientowałeś, że... no wiesz...

- Że wole chłopaków?- Przytaknąłem - byłem przerażony jak jasna cholera. Tylko, że ja nie ukrywałem tego przed rodziną. Akceptacja najbliższych pomaga w akceptacji samego siebie. - Przez chwilę trawiłem jego słowa. Chyba jeszcze nigdy nie widziałem go tak poważnego.

- Cieszę się, że zapomniałeś tego telefonu. - powiedziałem, biorąc kolejnego łyka wódki.

- Ja też mam wrażenie, że powinienem się zorientować, albo mogłem powiedzieć o sobie. Nie byłbyś z tym sam.

- Już nieważne...

- Powiesz mi, kto jest tym szczęśliwcem?

- Czuję się strasznie głupio. - wymamrotałem i zarumieniłem się.

- Nie wierzę, Harry Styles się czerwieni! - zachichotał. Mały, wredny gremlin. - Wiem, że to ktoś, kto jedzie z nami w trasę…

- Tak.

- To Zayn? - zapytał z lekkim zawahaniem.

- Nie. - roześmiałem się i zobaczyłem ulgę na jego twarzy. Wtedy to do mnie dotarło. Opis jego chłopaka idealnie pasował do Malika. - Ty za to tak! Jak ja mogłem się od razu nie zorientować, że to o niego chodzi? Chyba za dużo już tej wódy wypiłem! - szatyn zaczerwienił się.

- Hahaha. Nie wierzę, Louis William Tomlinson się rumieni! - Przedrzeźniałem go.

- Znowu się na mnie obrazi, ale tak, masz rację. To on. - Uśmiechnął się dumnie..
- Długo?

- Niedługo będzie rok. - Nie mogłem w to uwierzyć, tyle czasu! Dobrze się kryli. Cokolwiek robili, musieli być bardzo dyskretni. - Paul wiedział i trochę nam pomagał. - Powiedział, jakby domyślając się, jakim torem szły moje myśli. - Wiemy już, że nie lecisz na mojego chłopaka… Więc może Josh?

- Znowu pudło.

- Niall? - Uniósł brwi. Pokręciłem głową. Zostało mu już tylko parę opcji.

- To Liam, prawda? - Westchnąłem,  kiwając głową. - Hazz, pomogę ci, jeszcze nie wiem jak, ale coś wymyślę.

- I właśnie tych twoich pomysłów boję się najbardziej.

- Jakich? - zapytał Malik, wchodząc do pomieszczenia - Boże, Harry, wyglądasz jak gówno.

- No dziękuję Ci bardzo, przyjacielu. - Mój głos ociekał ironią. Zerknąłem na Lou. Jak ja się, kurwa, mogłem wcześniej nie zorientować. Szatyn w oczach miał serduszka rodem z kreskówek. Parsknąłem śmiechem. Zayn Usiadł po drugiej stronie Louisa, wzdychając ciężko.



- Powinniśmy mu powiedzieć - powiedział spokojnie czarnowłosy - reszta wie. - Oczy Louisa momentalnie przybrały wielkość spodków. -  Przepraszam, ale jakaś laska wlazła za mną do klopa. Wydarłem się, że mam chłopaka… pech chciał, że Niall pilnował rzygającego Liama… no i wszystko słyszeli.

- Jak to rzygającego Liama?! -  Raz mnie z nimi nie było, a tu takie rzeczy…

- Bardziej dziwi Cię pijany Liam niż fakt, że mam chłopaka? - Zapytał zdezorientowany Malik.

- To już wiem… - mruknąłem i teraz to mulat wyglądał, jakby zarobił czymś ciężkim w łeb. - Miałem mały kryzys osobowościowy… Lou, próbując mnie jakoś uspokoić powiedział, że ma chłopaka, a jego opis jakoś dziwnie pasował mi do ciebie…

- Czyli… wie cała nasza piątka i Paul. - Mruknął zamyślony.

- Jak Niall i Li to przyjęli? - Zapytał niepewnie Lou.

- Liam to raczej oddał niż przyjął… - Patrzyliśmy na niego, nie rozumiejąc.

- Zrzygał mi się na spodnie. - Jęknął brunet z obrzydzeniem - Ale zazwyczaj pamięta wszystko, co się działo, więc musimy poczekać do jutra co powie. Niall tylko mi pogratulował. A ty Hazz, co na to?

- A wyglądam na kogoś, komu to przeszkadza? - Uniosłem brwi. - Mogę nawet powiedzieć, że jestem szczęśliwy z tego powodu. Chyba co niektórzy mają rację, nazywając nas gejowskim zespołem…

- Hej! Nie obrażaj nas. - Zawołał ze sztucznym oburzeniem Zayn, a Louis tylko się uśmiechnął.

- Nie obrażałbym samego siebie. - powiedziałem i czekałem na reakcję.

- Ty też?! Robi się coraz ciekawiej - mruknął. - Tego dotyczył ten twój kryzys?

- Też. Trzeba było widzieć minę Louisa, jak próbował zgadnąć, do kogo mam słabość… najciekawiej było jak pytał, czy to aby na pewno nie ty…

- I?

- Przykro mi, ale nie. Uprzedzając twoje kolejne pytanie, Louis też nie. I jeśli się nie obrazisz, wolę narazie tego nie mówić. - Kiwnął na zgodę. W końcu wyszliśmy z tej pierdolonej łazienki i poszliśmy spać.



***

Liam:

Otworzyłem oczy i od razu tego pożałowałem. Promienie słoneczne zdecydowanie potęgowały mój, już w tym momencie niemały, ból głowy. Ostrożnie podniosłem się na łóżku i w tej samej chwili drzwi do pokoju otworzyły się. Widziałem jak Harry cicho wślizguję się do środka. Ja pierdole, dlaczego los musiał ze mnie tak kpić? Brunet odwrócił się i, napotykając mój wzrok, uśmiechnął się lekko, a dołeczki, które były przyczyną wszystkich moich fantazji, pojawiły się na jego policzkach. Opadłem z powrotem na materac, a chłopak podszedł do mnie, bez słowa podając mi jakieś tabletki i wodę.

- Dzięki - wymamrotałem niewyraźnie, łykając szybko proszki i błagając, by szybko zaczęły działać. Ułożyłem się z powrotem, ale zerwałem się do góry, kiedy poczułem skręcanie żołądka. Wystarczy, że wczoraj zwymiotowałem na Zayna. Rzygając na swój obiekt westchnień, raczej nie zdobyłbym jego sympatii. Po dobrych dziesięciu minutach wróciłem do pokoju, a on nadal tam był, jak gdyby nigdy nic leżąc w poprzek łóżka.

- Kacyk? - zapytał.

-Kac. - Odpowiedziałem.

- Powinieneś spróbować wypić jeszcze raz te tabletki. - Bez słowa zastosowałem się do jego rady.

- O której wyjeżdżamy? - Zastanawiałem się, czy zdążę poleżeć przynajmniej jeszcze z godzinkę.

- Za jakieś cztery godziny, masz jeszcze trochę czasu. - Chwała Panie. Dlaczego ja się wczoraj tak zajebałem?

Głównym tego powodem był chłopak, leżący obok mnie. Nikt wcześniej nie był w stanie samą swoją obecnością wpływać na mój nastrój. Wystarczyło, że nie szedł z nami wczoraj do klubu, a ja jak ten ostatni kretyn siedziałem smutny, podczas gdy Niall i Zayn całkiem nieźle się bawili. Kiepsko na mój humor wpłynął również fakt, że Styles został wczoraj sam z Louisem. Moja podświadomość próbowała mi coś uparcie podpowiedzieć, ale byłem zbyt śpiący, by to załapać. Moje powieki robiły się coraz cięższe, a zasypiając, mógłbym przysiąc, że poczułem jak ktoś musnął mnie w policzek. Miałem haluny… źle ze mną. Przecież to niemożliwe, żeby Harry… zanim zdążyłem dokończyć myśl, odpłynąłem. Sny wcale nie były odpoczynkiem od rzeczywistości. Główną postacią był w nich Hazz. Nic nowego, śnił mi się prawię od dwóch miesięcy. Głupiałem przy nim, zapominałem tekstów piosenek, opowiadałem bzdury na wywiadach. Najgorsze było to, że zawsze będę tylko kumplem. Nie miałem pojęcia jak wytrzymam zamknięcie z nim w Tourbusie. Modliłem się, abyśmy nie zostali tam nigdy we dwóch.


Gdy się obudziłem, byłem w pokoju sam, a na stoliku stało śniadanie i jakiś sok. O szklankę oparta była jakaś karteczka: „Powinieneś zjeść cokolwiek. Smacznego.” Hazz. Zrobiło mi się miło, że o mnie pamiętał. Szybko uporałem się z posiłkiem i stwierdziłem, że jeśli nie chcę żeby reszta na mnie czekała, muszę się ogarnąć i schodzić. Kończyłem zapinanie walizki, kiedy do mojego pokoju zajrzał Louis.

- Hej, jak się czujesz? - Wyczułem jakieś dziwne wahanie w jego głosie.

- W porządku - uniosłem brwi. Coś zdecydowanie było nie tak.

- Zayn twierdzi, żeby dać Ci chwilę na oswojenie się z tą informacją, ale ja tak nie mogę. Muszę wiedzieć, czy Ci to przeszkadza?

- Ale co?

- To, że… dwóch twoich przyjaciół jest w związku? - Zamarłem.

- T-to Larry jest prawdziwy? - szatyn spojrzał na mnie dziwnie, uśmiechając się, jakby właśnie odkrył Atlantydę.

- Gdyby tak było, przeszkadzałoby Ci to? - Oczywiście, że tak! Warknąłem w myślach.

- Nie. - Odpowiedziałem na głos. Jego uśmiech był wszechwiedzący.

- Myślę, że jednak by Ci przeszkadzało. To nie Larry, i jeśli byłbyś tak miły, to nie wymawiaj tej nazwy przy Zaynie… gdy to słyszy, fuka na mnie jak obrażona kotka.

- Co ma do tego Zayn? - byłem zdezorientowany. Zauważyłem, że Tommo traci cierpliwość.

- Pamiętasz coś z wczoraj? Z klubu?

- Nie bardzo…

- No i wszystko jasne. Poczekaj, zadzwonię do chłopaków. 


 Dziesięć minut później siedzieliśmy wszyscy w moim pokoju, pół godziny przed odjazdem z hotelu.
 
- Co tam Lou? - zapytał Hazz, a mnie nóż w kieszeni się otworzył.

- Który z was powiedział, że nawet jak Li wypije, to wszystko pamięta?

- Umm… ja? - Malik bardziej zapytał niż stwierdził.

- No to muszę Cię rozczarować, nie pamięta. Trzeba go uświadomić. - Ni parsknął i sięgnął po żelki.

- Harry, chcesz? Może być ciekawie - blondas zapytał, wyciągając w kierunku Stylesa paczkę. Ten bez słowa wziął kilka i przeskakiwał spojrzeniem ode mnie do Lou i Zayna, którzy siedzieli naprzeciwko nas.

- Li, jako jedyny jesteś teraz nieświadomy... czysty jak dziecko. - Zaczął Tomlinson - niestety musimy zburzyć tą twoją idyllę.

- Jesteśmy parą. – Wyznał Malik prosto z mostu. Rozejrzałem się po reszcie chłopaków, którzy nie wyglądali na zaskoczonych.

- Wiedzieliście?! - zapytałem oskarżycielsko.

- Tak, od wczoraj.

- Też to słyszałeś… - dodał Niall - Nie moja wina, że byłeś pijany w trzy dupy i w zamian za tą ciekawą wiadomość, zwróciłeś na Malika wypity alkohol… - miałem ochotę zapaść się pod ziemię. Dlaczego on zawsze musiał mnie tak kompromitować…

- Sorki. - mruknąłem, uśmiechając się przepraszająco do Zayna. Odpowiedział mi tym samym. – Nie chciałbym być wścibski, ale jak to się, kurwa, stało?! - odpowiedział mi wybuch śmiechu.

- Mamy Ci zdać relację? - Zapytał mulat.

- W sumie też bym to chętnie usłyszał. - Stwierdził Harry.

-Sami się o to prosiliście… Obaj byliśmy idiotami i żaden nie chciał się przyznać, że mu się ten drugi podoba. - Zaczął Zayn.

- Pewnego razu trójka idiotów, tak, o was mówię,  - prychnął Louis - zapomniała, że razem z nimi w zespole jest jeszcze dwóch chłopaków. Poszliście na Imprezę, my zostaliśmy w Tourbusie. Zapaliliśmy. Reszta poszła sama, nie mam pojęcia ile razy to zrobiliśmy, i na czyich łóżkach. - Dodał złośliwie. Wydawali się być szczęśliwi. - Tak poza tym to dziwne, że nigdy nas nie złapaliście w ciągu tego roku.

Popatrzyłem na Harry’ego, chcąc sprawdzić jego reakcję na tę nowinę. Uśmiechał się, chyba naprawdę się cieszył. A to znaczyło tylko jedno - nie był zainteresowany Louisem. Niestety nie znaczyło to, że kiedykolwiek zainteresuje się mną… Oderwałem wzrok od loczka i od razu napotkałem bystre spojrzenie błękitnych tęczówek. Kurwa, zauważył. Nie był głupi, teraz nie da mi spokoju…