piątek, 18 grudnia 2020

DRARRY - Bez planu na przyszłość cz.2

 

***

Uczta powitalna, zapowiadała się na wiele cichszą niż te z poprzednich lat. Rozmowy przy stołach prowadzone były urwanym szeptem, lub co najwyżej półgłosem. Żaden uczeń nie zachwycał się na głos kolejnymi potrawami. Nie słychać też było salw śmiechu ani pojedynczych chichotów. Nawet pierwszoroczni wydawali się dziwnie poważni, jakby doroślejsi niż kiedykolwiek wcześniej.

Na murach i wewnątrz zamku, pomimo przeprowadzonego w lecie remontu, wciąż dało się dostrzec pozostałości po bitwie. Jednak ukruszone ściany czy wciąż nieodbudowane szklarnie, były niczym w porównaniu do wyrw przy stołach. Miejsca pozostawały puste, jakby ludzie bali się, że siadając na miejscu zmarłego współdomownika zrobią coś złego. Choć Malfoy podejrzewał, że prędzej czy później ktoś się zapomni. Pozostaje tylko pytanie: czy reszta go za to zgani czy może raczej odetchnie z ulgą, zrzuci żałobne miny i zacznie żyć udając, że wojna nigdy nie wdarła się za szkolne mury.

Niektóre osoby zginęły podczas ostatniej bitwy, nieliczni odsiadywali swoje wyroki. Jednak większość nieobecnych stanowili uczniowie, którzy bali się wrócić do szkoły. Zwłaszcza, że sytuacja w magicznej Anglii nadal była bardzo napięta. Wciąż pozostawały grupki śmierciożerców, których nie udało się schwytać. Minister, aurorzy i Wizengamot pracowali na pełnych obrotach. Ledwie udawało im się uporać z bieżącym kryzysem, a już wybuchał nowy.

Draco z obojętną miną skanował całe pomieszczenie, od czasu do czasu zawieszając wzrok, na sekundę czy dwie na konkretnych osobach. Jednocześnie starł się nie pokazywać po sobie, że dotknęło go zachowanie pozostałych ślizgonów, którzy starali się trzymać jak najdalej od ich piątki. Draco mógł przysiąc, że jakiś szóstoroczny pisnął, kiedy przechodząc wzdłuż stołu, niechcący musnął go krańcem szaty. Czy to przypadkiem nie kwalifikowało się już jako absurd i totalna głupota? Przyjrzał się wszystkim Wężom, od pierwszego do siódmego roku. Nie znalazł się nawet jeden, który odwzajemniłby spojrzenie. Nagle bardzo zaczęło ich interesować to co mieli na talerzach. Malfoy nie zdołał powstrzymać się od głośnego prychnięcia. To mają być ślizgoni? A gdzie na Salazara podziała się ich słynna ślizgońska solidarność? W pokoju wspólnym mogli zachowywać jak im się żywnie podobało, ale w Wielkiej Sali powinni nadal grać. Snape z pewnością przewraca się w swoim przestronnym grobie z czarnego marmuru. 

 

Z jeszcze większym zdziwieniem zauważył, że ta prawidłowość nie dotyczyła jedynie Slytherinu. Młodsze roczniki traktowały wojennych niedobitków, jakby ci co najmniej zarażali smoczą ospą. O ile stoły Ravenclawu i Hufflepuffu wydawały się w miarę spokojne, tak wśród Gryfonów wrzało jak w cholernym ulu. Malfoy miał pewność, że sprawcą zamieszania był Potter. Chociaż może nie tyle sprawcą co przyczyną?

Bez trudu zlokalizował miejsce w którym siedział Wybraniec. Na samym końcu ławy, tuż obok Weasleya do którego przytulała się Grenger. Pewne rzeczy pozostały bez zmian. To na swój sposób wydawało mu się dziwnie kojące. Zaskakujące było jedynie to, że w pobliżu nie dostrzegł siostry wiewióra. Zmarszczył brwi i jeszcze raz prześledził wzrokiem tłum Gryfonów. Nigdzie, ani śladu. Może nie wróciła?

W końcu zlokalizował ją przy stole Ravenclawu, zawzięcie dyskutującą o czymś z Anthonym Goldstainem. Gdy ponownie zwrócił uwagę na Pottera, ten jakby wyczuwając, że był obserwowany rozejrzał się nerwowo wokół. Szczęście, że Draco nie był jedynym, który został przyłapany na gorącym uczynku. Kilkanaście innych osób z zawstydzeniem odwracało głowy. Malfoy prychnął pod nosem i nie drgnął nawet o milimetr.

Potter w końcu zerknął w jego stronę. Draco z zadowoleniem odnotował fakt, że kiedy ich oczy się spotkały, Złoty Chłopiec z zaskoczenia potrącił łokciem Weasleya. To, co najbardziej zszokowało ślizgona, to brak wrogości w oczach dawnego rywala. Sam też nie rwał się do kłótni czy kolejnych pojedynków. Dorósł i przestało go to bawić. Nie wiedział tylko na ile to był wpływ wojny i niezbyt miłych wspomnień. Czasami zastanawiał się czy, bez tego byłby w stanie tak szybko przejrzeć na oczy? Może wyglądał na swoje osiemnaście lat, ale czuł się o wiele starszy.

Kąciki ust Pottera uniosły się nieco w niepewnym uśmiechu, po czym skinął głową w kierunku wyjścia z Wielkiej Sali.

 

Czego on może chcieć?

 

Malfoya zżerała ciekawość, ale wiedział, że nie mogą od tak ulotnić się z uczty powitalnej. Nieobecności ich dwójki nikt by nie przeoczył. Pokręcił głową. Potter zmarszczył brwi, wyglądał przy tym jak wkurzony, ale zdeterminowany szczeniak. Tak, jakby w jego głowie nie było nic poza myślą: te kapcie będą moje, zeżrę je i nawet gniew pani mnie przed tym nie powstrzyma. Draco, z trudem powstrzymał się od wybuchnięcia śmiechem na wyobrażenie własnej, pokręconej metafory.

 

PÓŹNIEJ.

 

Powiedział powoli, wyraźnie artykułując każdą głoskę, mając nadzieję, że Wybraniec był na tyle bystry, żeby zdołać przeczytać jedno słowo z ruchu warg. Siedząca obok niego Millicenta, rzuciła mu zdezorientowane spojrzenie.

— Mówiłeś coś?

— Tylko kilka przekleństw — odpowiedział automatycznie — Zauważyłaś jak te dzieciaki na nas patrzą?

— Nie da się tego przeoczyć, Draco — odparła, a jej ramiona nieco opadły — Zaczynam mieć wątpliwości czy dobrze zrobiłam odrzucając ofertę Pansy.

— Masz kontakt z Parkinson?

— Już nie — przyznała Millie ze smutkiem — Zgarnęła to co zostało z ich rodzinnego majątku, spieniężyła i wyniosła się do Stanów.

— Dobrze zrobiła — przyznał, choć nie bez żalu w głosie. To coś między nimi, nigdy nie miało szans stać się czymś więcej niż przyjaźnią, ale Pansy była jedną z niewielu osób na których polegał — Daj znać, jeśli się odezwie.

— Oczywiście.

 

***

Pół godziny później, gdy jedzenia na stołach było już znacznie mniej, a rozmowy stawały się z minuty na minutę coraz głośniejsze, Minerwa McGonagall wstała z dyrektorskiego fotela. Odchrząknęła i zastukała trzykrotnie w puchar z wodą.

— Proszę o ciszę! — zawołała, a uwaga wszystkich uczniów natychmiast skupiła się na niej — Ten rok będzie dla nas wszystkich wyjątkowo ciężki. Dlatego mam nadzieję, że wykażecie się ogromną wyrozumiałością i cierpliwością, zarówno wobec siebie nawzajem jak i kadry nauczycielskiej — tutaj minimalnie skinęła głową w kierunku jasnowłosej czarownicy w średnim wieku — Przy okazji przedstawiam nową nauczycielkę Obrony przed czarną magią, Andromedę Tonks

Malfoy rzucił szybkie spojrzenie w stronę Pottera, który z niewielkim, ale szczerym uśmiechem bił brawo. Nie było wątpliwości, Gryfon cieszył się z tego, że widzi Andromedę przy stole prezydialnym. Draco sam nie wiedział co powinien czuć. Będzie uczyć go ciotka, której nigdy nie miał szans poznać.

— Tymczasowym zastępstwem za Hagrida, został Charlie Weasley — tutaj do braw dołączyły również nieliczne chichoty dziewcząt. Malfoy, miał przeczucie, że w tym semestrze Opieka nad magicznymi stworzeniami, będzie jednym z najbardziej obleganych przedmiotów — Pan Weasley, zgodził się przejąć obowiązki opiekuna Gryffindoru — zamilkła na kilka sekund, by prześledzić wzrokiem całą salę — Różnimy się pomiędzy domami jak i wewnątrz nich. Każdy z nas jest odrębną jednostką. Mamy inne charaktery i temperamenty. Zdaję sobie sprawę, że kłótnie czy drobne konflikty są nieuniknione. Nie będę jednak wyrozumiała, jeśli chodzi o akty agresji i nietolerancji. Niezależnie od tego kto się tego dopuści — posłała gryfonom wyjątkowo ostre spojrzenie. Takim samym zmierzyła wszystkie pozostałe Domy — To nierealne abyście się wszyscy lubili. Nie wiem czy zdajecie sobie z tego sprawę, ale pracuję w tej szkole przeszło pięćdziesiąt lat. Wielokrotnie, różne stanowiska były obsadzane przez osoby, które delikatnie mówiąc nie wzbudzały mojej sympatii. Jednak, żadna z nich nigdy nie doświadczyła z tego tytułu żadnych przykrości.

— Nie każdy, może być od razu tak wspaniałomyślny jak ty, droga Minerwo — wtrąciła Trelawney słodkim głosem. Dyrektorka zbiła usta w wąską kreskę i zmroziła koleżankę spojrzeniem, które z pewnością podpatrzyła u Snepe'a

— Macie przyjaciół, kolegów i znajomych. Na pewno otaczają was ludzie, którzy są wam bliscy. Skupcie się więc na nich, a wszystkich których nie lubicie zostawcie w spokoju. Dodatkowe konflikty, to ostatnie czego w tej chwili potrzebujemy.

Po tych słowach rozległy się gromkie brawa. McGonagall cierpliwie czekała aż ucichną.

— Dziękuję za tak entuzjastyczną reakcję. Mam nadzieję, że choć połowa z was zastosuje się do mojej prośby. — oznajmiła chłodno z bardzo subtelnym sarkazmem, ale Draco jako jeden z nielicznych go wychwycił. Uśmiechnął się krzywo i zerknął najpierw na Notta, który patrzył przed siebie niewidzącym spojrzeniem. Potem coś podkusiło go, aby spojrzeć na Pottera. Błąd. Złoty Chłopiec już na niego patrzył. Co prawda na jego twarzy nie było uśmiechu, ale przeczucie podpowiedziało Malfoyowi, że Potter doskonale zrozumiał cierpki humor dyrektorki — Zakazany las, nadal pozostaje zakazany. Wschodnie skrzydło zamku, w którym do tej pory odbywały się lekcje Zielarstwa oraz Starożytnych run, wciąż nie zostało całkowicie wyremontowane. Dlatego, te zajęcia będą prowadzone w klasach na trzecim piętrze. Jak sami doskonale pamiętacie, tamte sale są znacznie mniejsze, co oznacza, że w tym semestrze Zielarstwo oraz Starożytne runy, każdy Dom będzie miał osobno — przerwała na chwilę — Przepraszam, musiałam zerknąć na plan, który był dopracowywany aż do waszego przybycia. Osoby z ósmego, dodatkowego rocznika każde zajęcia mają razem. Wszystkie cztery domy.

Draco zamarł. Dlaczego do diabła tego nie przewidział? W końcu było ich jedynie dwadzieścia cztery osoby. Dopiero po dotarciu do szkoły dowiedzieli się, że dwie dziewczyny z Ravenclawu w ostatniej chwili zrezygnowały z kontynuowania nauki w Hogwarcie i przeniosły się do Beauxbatons.

— Proszę, aby wszyscy z tego rocznika zostali na krótkie spotkanie informacyjne — niby prośba, ale wypowiedziana takim tonem, że nikt przy zdrowych zmysłach nie pomyślałby o jej zignorowaniu — Tymczasem, wszyscy pozostali uczniowie udadzą się wraz ze swoimi opiekunami do pokojów wspólnych. Prefekci poszczególnych domów, zobowiązani są do pomocy pierwszoklasistom w bezproblemowym dotarciu na miejsce. Dziękuję za wysłuchanie oraz życzę miłego popołudnia. Odpocznijcie, bo od jutra lekcje odbywają się już planowo.

niedziela, 13 grudnia 2020

DRARRY - Bez planu na przyszłość cz.1

pov. Draco

***

Draco nie mógł pojąć, że łącznie z nim wracało do Hogwartu jedynie dwadzieścia sześć osób z całego rocznika. Przed wojną samych ślizgonów było więcej! Kiedy Teodor wspomniał mu o tym jakieś pół godziny wcześniej zwyczajnie mu nie uwierzył. Powinien, w końcu teraz to Nott lepiej orientował się w tym co się działo. Jako jeden z nielicznych przeżył ostatni rok ślizgając się pomiędzy stronami tak zgrabnie, że udało mu się uniknąć naznaczenia, jednocześnie jako czystokrwisty nie musiał się martwić o represję ze strony rodzeństwa Carrow. Szczęśliwy sukinsyn. Draco wiele by dał, by być na jego miejscu.

Potrząsnął głową, żeby odepchnąć natrętne myśli. Nie mógł pozwolić sobie w tej chwili na rozżalenie i rozpamiętywanie przeszłości. Przeczytał, w jakimś durnym artykule takie zgrabne powiedzonko: co się stało to się nie odstanie. Ku jego niezadowoleniu, to jedno zdanie pasowało idealnie do wielu decyzji, jakie podjął w swoim życiu oraz ich katastrofalnych skutków. Starał się pamiętać o tym, że mógł skończyć znacznie gorzej. W uroczej celi dwa na dwa z widokiem na szare ściany, lub równie urokliwy korytarz Azbakanu. Może za sąsiada miałby własnego ojca? Ta myśl zabolała niczym dobrze wymierzony cios, albo Cruciatus ciotki Belli. Był mistrzem w słownych potyczkach, głównie dlatego, że bez trudu potrafił dostrzec czyjeś słabe punkty. Nikt jednak nie miał pojęcia, że wobec siebie samego potrafił być równie bezlitosny. Zacisnął zęby z całych sił, byleby nie wyrwał mu się jakiś niechciany dźwięk. Znajdował się wśród osób, które doskonale wiedziały, że potrafił odczuwać i okazywać emocje. Jednak każde z nich miało wystarczająco dużo własnych problemów, by dokładać im jeszcze depresyjne rozterki upadłego księcia Slytherinu.

Wszyscy wydawali się spokojni i opanowani, ale Malfoy znał ich na tyle dobrze aby rozpoznać, że to tylko poza. Wiedział też, że jego nastrój był dla nich równie łatwy do rozszyfrowania. On przejrzał ich, a oni jego... więc po co wciąż grali?

Patrzył na nich na pozór obojętnym wzrokiem i nie mógł przestać zastanawiać się nad tym ile każde z nich ukrywa. Millicenta, Dafne, Blaise i Teodor czwórka... razem z nim piątka niedobitków. Nie miał złudzeń co do tego, że którekolwiek z nich wyszło całkowicie bez szwanku z wojny, a tym bardziej z tego co działo się zaraz po jej zakończeniu. Przesłuchania, procesy, przeszukania posiadłości oraz przejęcia majątku przez ministerstwo. W jego przypadku skończyło się nawet aresztowaniem i osadzeniem w tymczasowym, wewnątrzministerialnym areszcie. Nie udało mu się powstrzymać wzdrygnięcia na wspomnienie ciasnej, przepełnionej celi.

Zanim zdążył otrząsnąć się z szoku po zabiciu Graybacka, już był zamknięty z kilkunastoma innymi śmierciożercami. Wszystkich kojarzył z Hogwartu, chociaż nie każdy z nich był w Slytherinie. Trzech Krukonów, Puchon i Gryfon. Młodzi, niektórzy zaledwie rok wcześniej ukończyli szkołę. Nie trzeba było być geniuszem, żeby domyślić się, że aurorzy wstępnie porozdzielali ich ze względu na wiek. To nie wróżyło dla niego zbyt dobrze, bo jeśli tak to wśród tej zbieraniny musiał być gdzieś Goyle. I niestety nie pomylił się w tej kwestii. Gregory, przez kilka sekund przypatrywał mu się szeroko otwartymi oczami, a przez jego pucułowatą twarz przemknęło tak wiele emocji, że Malfoy z trudem nadążał z ich rozpoznaniem. W końcu Goyle ruszył do przodu niczym rozwścieczony byk, roztrącając przy tym stojących mu na drodze chłopaków. Wykrzykiwał różnorodne obelgi, a reszta współwięźniów słuch niestety miała w pełni sprawny. Wystarczyło jedno słowo, by reszta tego jakże zacnego towarzystwa zwróciła na niego baczną uwagę.

Zdrajca.

Wciąż pamiętał smak własnej krwi, wymieszanej z wymiocinami po wyjątkowo mocnym kopniaku w żołądek. Najbardziej przerażało go to, że nie wiedział ile czasu to trwało. Ból sprawił, że odpłynął świadomością do kary wymierzonej przez Czarnego Pana, do tego co zafundował mu Greyback. Trzy dni morderczej ucieczki przez las. Zawsze wtedy, gdy miał nadzieję, że udało mu się zgubić pościg i pozwalał sobie na chwilę odpoczynku, wilkołak wychodził z cienia. A wtedy zabawa zaczynała się od nowa. Walka, ucieczka. Byle szybciej, dalej. Przez rzekę, bo to powinno nieco zmylić trop... wymykał się, a Greyback i tak zawsze go znajdował. Teraz wiedział, że tak naprawdę nigdy z nim nie wygrywał... Wilkołak pozwalał mu tak myśleć, bawił się nim. Pościg i złapanie ofiary były tym czego łaknął. Martwy lub zbyt ranny nie mógłby zapewnić mu dostatecznie dobrej rozrywki.

Kiedy zaczynał myśleć o tym co się stało, to za nic nie potrafił przestać. Dlatego starał się skupiać na tu i teraz. Wystarczająco popaprane było to, że niemal każdej nocy znów znajdował się w tamtym lesie. Czołgał się po wilgotnej ściółce, jego dłonie tonęły w na wpół zgniłych liściach. Za plecami słyszał stłumione kroki i trzask łamanych gałązeczek, a na końcu przychodził nieznośny, palący ból, gdy ostre pazury wilkołaka zatopiły się w jego ciało. Czasami dla urozmaicenia, nawiedzał go w koszmarach salon jego rodzinnej rezydencji i gadzia morda Volderorta. Jeszcze rzadziej ministerialna cela... pewnie dlatego, że pamiętał zaledwie kilka pierwszych minut. Może któryś z nadgorliwców źle wymierzył cios i zbyt mocno zdzielił go w głowę? Jeśli tak, Draco gotów był mu nawet wysłać, w ramach podziękowania, koc do Azbakanu. Pomimo braku Dementorów więzienie wciąż pozostawało upiorne oraz przeraźliwie zimne. A przynajmniej tak, opisywał je jego ojciec w swoim jedynym liście.

To była pierwsza kwestia jaką zajął się nowy minister wraz z podległymi mu przydupasami. Reforma więziennictwa. Malfoy osobiście uważał, że zmusiła ich do tego ogromna liczba skazanych, a nie troska o ich los. Zostawił to jednak dla siebie, bo czy ważna była przyczyna skoro rezultat był dla niego korzystny?

Azbakan został powiększony i podzielony na kilka osobnych bloków. Nikt poza naczelnikiem nie znał rozkładu, ani zabezpieczeń wszystkich budynków. Podlegli mu pracownicy nie przemieszczali się pomiędzy nimi.

Najsurowszą karą było dożywocie.

Draco był przekonany, że Luciusz nie miał co liczyć na łagodniejszy wyrok. Jakim więc cudem dostał jedynie dziesięć lat? Jeszcze bardziej zaskakujące wydawało się to, że został osadzony w bloku o średnim rygorze. Odsiadujących wyrok śmierciożerców nadal nie można było odwiedzić, ale dzięki nowym przepisom więźniowie cztery razy w roku mogli wysyłać i odebrać listy. Co prawda cała korespondencja była poddawana wnikliwej cenzurze, ale zawsze coś. Draco nie domagał się od matki informacji na temat tego, jak Lucjusz załatwił sobie tak łagodny wyrok w stosunku do udowodnionych mu win. W zasadzie chyba wolał nie wiedzieć kogo zaszantażował lub przekupił jego ojciec, by ich rodzina wyszła tak obronną ręką z kłopotów w które ją wpędził.

Narcyza została skazana na pięcioletni areszt domowy.

On natomiast... chciało mu się śmiać, gdy wspominał swój proces. Ledwie zdążył usiąść, a na salę, jak burza wpadł jakiś młody adwokacina greckiego pochodzenia. Łamaną angielszczyzną zaczął tłumaczyć, że ma do przekazania sędziemu i ławnikom dowody na to, że ten oto Dracon Malfoy został zmuszony do zostania śmierciożercą. A kiedy zrzucił bombę w postaci oświadczenia, że Draco w ostatecznej bitwie walczył po właściwej stronie i nawet pokonał tego wstrętnego Greybacka... Malfoy mógł przysiąc, że połowa ludzi na sali wpatrywała się w niego z cholernymi łezkami w oczach!

Nie mogli go całkowicie uniewinnić, ani skazać, bo tak czy inaczej ktoś mógłby się przyczepić. Dostało mu się głównie za wpuszczenie śmierciożerców na teren Hogwartu. Dwuletni zakaz opuszczania Anglii, oraz przejęcie Malfoy Manor. To drugie nieco ubodło jego dumę, ale miał na tyle rozumu, by nie próbować się odwoływać. Dostali trzy dni na spakowanie rodzinnych pamiątek i części bibliotecznych zbiorów. Po upływie wyznaczonego czasu wpuścili do dworu ministerialnych urzędników w tym Kingsleya Shacklebolta, który jako jedyny nie potraktował ich jak powietrze. Szef biura aurorrów z własnej woli zaproponował, że to on aportuje się z nimi do letniej posiadłości.

Po dotarciu na miejsce, Kingsley założył odpowiednie zabezpieczenia, uniemożliwiające jego matce opuszczenie domu oraz przyległego do niego ogrodu. Draco, początkowo starał się pokazać jak bardzo mu się to nie podobało, ale wystarczyło jedno wysyczane przez matkę upomnienie, by na powrót przywołał na twarz swoją maskę obojętności.

Patrząc na to z perspektywy czasu Malfoy uświadomił sobie, że Shacklebolt zachował się nadzwyczaj uprzejmie. Różnie reagowano na niego w sklepach czy na ulicach. Jedni z mściwą satysfakcją szydzili z upadku jego rodziny. Inni wzdrygali się ze strachu czy może obrzydzenia, sam nie był pewien, i odsuwali się tak daleko jak pozwalała im szerokość chodnika czy przestrzeń między półkami. Bez problemu mógł więc wyobrazić sobie dwóch, napuszonych urzędasów eskortujących ich do letniej posiadłości. Na pewno znaleźliby pretekst, aby przejrzeć ich osobiste rzeczy. A kto wie może i cały dom?

Resztę wakacji spędził z matką. Oboje nie byli skorzy do rozmów o minionych wydarzeniach, a tym bardziej o przyszłości, jaka czekała ich dwójkę w społeczeństwie, które jak oszalałe cieszyło się z ich upokorzenia. Dwa razy spotkał się z Zabinim, którego matka pomimo słabości do czarnej magii, nigdy nie dołączyła do zwolenników Voldemorta. Niestety jej ostatni mąż zajmował dosyć wysoką pozycję w wewnętrznym kręgu. Sam Blasie cudem wybronił się od przyjęcia mrocznego znaku, a w akcie ostatecznej desperacji schował się za spódnicą Dafne. Nie był z tego dumny, ale przyznał, że na tamten moment to było jedyne sensowne rozwiązanie. Greengrassowie, jako nieliczni czystokrwiści od samego początku trzymali się z daleka od Voldemorta. Za ochronę zapłacił pierścionkiem z ogromnym brylantem.

Dzięki Zabiniemu miał też bieżące informacje o tym co działo się w magicznym społeczeństwie. Niby wciąż prenumerował Proroka, ale jak każdy kto był choć trochę inteligentniejszy od gumochłona wiedział, że na przeczytane artykuły należy patrzeć przez palce.

Nie mógł uwierzyć, że naprawdę wciąż istniał ktoś na tyle ograniczony, by potraktować poważnie to co ta gazeta wypisywała o Potterze. A jednak... Blasie powiedział mu, że Gryfon ledwie wychodził z domu, a jeśli już to nigdy nie sam. Nastroje społeczne zmieniały się z dnia na dzień. Czego można było się spodziewać po zaszczutych, sponiewieranych wojną czarodziejach? Rozsądku, pragnienia spokoju i stabilności? Nie. Poczuli odrobinę wolności i swobody, a do głowy wbiło im się pragnienie odwetu. A kto był lepszym celem, niż wyniesiony na piedestał przez poprzednie pokolenia Wybraniec? 

Jakiś idiota w jeszcze głupszym pseudonaukowym wywodzie sugerował, że Potter po pokonaniu Voldemorta stracił magię. Inny zarzekał się z kolei, że widział Harry'ego rzucającego bezróżdżkowe i niewerbalne zaklęcia. Jednak nic nie przebiło obszernego artykułu Rity Skeeter o tym, że Potter na pewno stanie się kolejnym Czarnym Panem. Gorszym niż Voldemort i Grindelwald razem wzięci.

Jako jeden z dowodów przytoczyła to, że Bliznowaty dwa razy przeżył klątwę zabijającą. Szczegółowo opisała też sposób w jaki Wybraniec pozbył się Riddle'a, często używając słów: krwawo, brutalnie i bestialsko...

Malfoy po przeczytaniu tego arcydzieła, nie wiedział czy ma zacząć się histerycznie śmiać czy płakać. Skoro czarodziejskie społeczeństwo tak widziało swojego, cholernego Wybawcę, to jak zareaguje na byłego śmierciożerce, wsiadającego do Hogwarts Ekspress?

Teraz siedząc w przedziale, już w szkolnych szatach i patrząc na pełne napięcia twarze swoich przyjaciół ze Slytherinu wiedział, że będzie tak źle jak się spodziewał.

 

środa, 25 listopada 2020

DRARRY - Bez planu na przyszłość

Prolog

 

***

Harry miał nadzieję, że jego problemy skończą się po pokonaniu Voldemorta. Liczył na to, że skoro zrobił to czego wszyscy od niego oczekiwali: zabił gada, to w końcu będzie mógł trochę odetchnąć. Nic bardziej mylnego.

Finałowy pojedynek z Tomem był krwawy, brutalny i bardzo bolesny dla nich obu. Na jego nieszczęście starcie oglądało kilkaset osób. Początkowo panował chaos. Śmierciożercy próbowali przebić się do szkoły, a Zakon i starsi uczniowie stai im na drodze. Harry był zaskoczony, że wśród broniących zamku znalazło się paru ślizgonów. Ze dwa razy mignęły mu gdzieś w tłumie białe kudły Malfoya. Nie był pewny po której stronie on właściwie walczył. Przynajmniej dopóki nie zobaczył kilku sekund jego starcia z Greybackiem. Determinacja, zaciekłość i siła z jaką rzucał zaklęcia... takiej nienawiści nie można udawać.

Sectumsempra. Diffindo. Immobilus. Diffindo. Avada Kedavra.

To go rozproszyło i Voldemort zyskał przewagę. Nagłe zaklęcie odrzuciło go na stertę gruzu, zamroczyło go. Kiedy ponownie otworzył oczy zobaczył nad sobą szczerzącego się gada. Uniósł różdżkę i z przerażeniem odkrył, że w ręce została mu zaledwie połowa - kilkocalowa drzazga.

Tom nachylił się nad nim ze śmiechem.

— Av...

Harry zerwał się do siadu i wbił pozostałość różdżki w lewe oko Riddle'a. Zacisnął dłonie na dziwacznej szacie Voldemorta i pociągnął w dół. Grawitacja zrobiła resztę. Wystarczyło jedno uderzenie o wielki kawał gruzu, by drewno zatopiło się głębiej w ciele. Potter niezdarnie wygrzebał się spod oszołomionego bólem przeciwnika. Zanim zdążył zastanowić się nad tym co robi, wyrwał Tomowi różdżkę i wycharczał przez zaciśnięte gardło:

— Bombarda Maxima! — zrzucając tym samym na wijące się w konwulsjach ciało Lorda Voldemorta stertę pokruszonego, hogwardzkiego muru. Pa pa nieśmiertelność.

Niestety, wszystko to zrobił na oczach oniemiałej widowni. Każdy kto nie był martwy lub konający, wpatrywał się w niego z wyrazem całkowitego oszołomienia na twarzy.

Mógł sobie wyobrazić, jak się prezentował: umorusany w pyle, błocie i ogromnej ilości krwi Voldemorta. Nie był to idealny obraz Złotego Chłopca Gryffindoru. Wybrańca.

 

środa, 18 listopada 2020

Steter - Gorszy Dzień cz.10

***

Stiles nie może powstrzymać się od szerokiego uśmiechu, a co gorsze wyrywa mu się też krótki chichot. Gdy Peter mierzy go uważnym spojrzeniem, próbuje udawać całkowicie poważnego. Chyba nie do końca mu się to udaje, bo Hale jedynie mruży podejrzliwie oczy.

— Mogę wiedzieć, co cię aż tak rozbawiło?

— Sam nie wiem... może to, że naprawdę udało nam się przeżyć? Chyba dopiero teraz to do mnie w pełni dotarło. — przyznaje — Fajnie mieć wszystkie kończyny i nie musieć się martwić, że wilkołak z kompleksem Boga zechce pobawić się moimi wnętrznościami. — milknie na chwile i zerka na Petera, którego mina jest przekomiczna. Rozbawienie pomieszane z obrzydzeniem daje ciekawe efekty wizualne. — Dodatkowo darach przestał istnieć, a jego miejsce zajęła Jennifer czy może raczej Julia. Nie wiem, które imię teraz woli... ale w zasadzie mnie to rybka. Ciekawe tylko czy Derekowi nie będzie się plątać... hm zawsze możemy wymyślić jej jakąś ksywkę. Myślisz, że JJ brzmi w porządku?

— Jak dla mnie okay — mówi Hale. Czyli nadal nadąża za jego paplaniną? Imponujące — Jednak lepiej będzie jak wstrzymasz się z tym spoufalaniem, aż upewnimy się, że morderczy szał całkiem jej minął, dobrze?

— Możesz mieć rację. Dla dobra ogółu wolałbym, żeby zmieniła się w pacyfistkę.

— Jetem pewien, że Derek też by to docenił. — Peter, wygląda jakby zastanawiał się nad czymś niezbyt miłym. Stilinski stara się taktownie milczeć, a w jego przypadku to nie lada wyczyn. — Nie wiem jakim cudem on ma aż takiego pecha co do kobiet...

— Też się kiedyś nad tym zastanawiałem. Jesteś pewien, że nie stłukł żadnego lustra ani nie przeszedł pod drabiną?

— Z nim nigdy nie można być niczego pewnym.

— To u was rodzinna cecha? — pyta niewinnie Stiles

— Bardzo zabawne. — mamrocze wilkołak, wywracając oczami — HaHa.

— Wracając do Dereka to zaczęło się od tej całej Pagie, tak?

— Później była Kate i teraz Jennifer-darach. Nie wiem nic o jego związkach z okresu, gdy mieszkał w Nowym Jorku.

— Może to lepiej? Strach pomyśleć na kogo mógł jeszcze trafić

— Racja.

— Jeśli JJ nie minie chęć na mordowanie wszystkich wokoło, pomijając oczywiście kilka szczególnych dni w miesiącu... — milknie na kilka sekund, bo wizja rzucającej w nich pantoflami wściekłej Jeniffer/Julii jest bardzo realistyczna — to będę głosował za tym, żeby pan Gburek rozważył związek z facetem. Taki Danny na przykład. Chłopak wydaje się być całkiem zdrowy psychicznie, a to nie jest coś, co można powiedzieć o dwóch z trzech znanych nam partnerkach twojego siostrzeńca. — Hale śmieje się odrzucając głowę do tyłu. To całkiem nowa twarz, tego wiecznie sarkastycznego i odrobinę cynicznego faceta. Stiles jest z siebie bardzo zadowolony. Może to jego paplanie czasami na coś się przydaje.

— Chcę być obecny przy tym jak mu to zasugerujesz — charczy pomiędzy kolejnymi salwami śmiechu — Tylko uprzeć mnie wcześniej, proszę.

— Niby dlaczego?

— Żebym zabrał ze sobą kamerę. Muszę mieć to uwiecznione w dobrej rozdzielczości.

— Okay...

 

***

Kilka minut przed szóstą po południu, Peter zaczyna zerkać znacząco na swoje opatrunki. Stiles dzwoni jeszcze do Deatona aby upewnić się, że na pewno mogą zmyć już lekarstwo. A potem wybiera numer na posterunek, początkowo ma zamiar poprosić ojca do telefonu, ale odbiera Abigail Green czyli dziewczyna jego staruszka. Nie byłby sobą, gdyby chwile z nią i z niej nie pożartował. Pyta jej czy mogłaby, zgarnąć Johna na noc do siebie. I tym razem to kolej na nią, aby kpiła z niego. Stilinski czuje się bardzo zażenowany, gdy uświadamia sobie, że Hale doskonale słyszy każde słowo. Przytyki o gorących randkach, przystojniakach i zabezpieczeniu z całą pewnością mu nie umknęły. Kiedy rozmowa dobiega końca ma wrażenie, że jego uszy i twarz zaraz zajmą się ogniem, albo przynajmniej para buchnie mu nosem. Peter z pewnością ma ten swój, krzywy uśmieszek. Stiles nie musi na niego nawet patrzeć, żeby to wiedzieć.

— Całkiem nieźle dogadujesz się z nową partnerką swojego ojca. — stwierdza dziwnym tonem wilkołak — Może to głupie, ale wydawało mi się, że takie relacje są zawsze trudne i pełno w nich udawanej uprzejmości...

— Nigdy o tym nie rozmawiałem z ojcem, ale zawsze wiedziałem, że on jeszcze kiedyś spróbuje się z kimś związać. — nie jest pewien jak wytłumaczyć komuś coś, co dla niego jest tak oczywiste, że nigdy nie musiał nawet nad tym myśleć — Kiedy zmarła moja mama, ojciec miał zaledwie trzydzieści osiem lat. Minęło już niemal dziesięć i jeśli to nie jest odpowiedni moment, żeby spróbował ponownie... to niby kiedy on nastąpi? — wzrusza ramionami — Nie jestem naiwny i zdaję sobie sprawę, że w międzyczasie pewnie były inne kobiety. Jednak żadna z nich nie była na tyle ważna, by nas sobie przedstawiono.

— Jesteś najlepszym synem jakiego ktoś mógłby sobie życzyć, albo genialnym aktorem.

— Och, uwierz żadna z tych rzeczy nie jest prawdą. Możesz zapytać Johna. Powie, że jestem upartym, pyskatym gówniarzem, który zawsze łazi tam gdzie nie powinien.

— To też trafny opis.

— No nie? — śmieje się krótko — A jeśli chodzi o Abigail to... dogadywałem się z nią już od dawna. Prawie od początku jej służy w policji. Jeszcze zanim mój staruszek zobaczył w niej kobietę, a nie tylko posterunkową, podwładną czy może koleżankę z pracy.

— Słychać było, że jesteście blisko.

— Tak, jeśli o to chodzi to...

— Nie musisz mi nic mówić, jeśli nie chcesz. — mówi Hale z uśmiechem — Co prawda nie unikniemy tego, że pewne rzeczy i i tak podsłuchałem... i wywąchałem.

— Tak? — pyta Stilinski mrużąc oczy. — Słyszałeś moją rozmowę z Abby, ale co innego i niby skąd miałbyś wiedzieć?

— Coming out przed szeryfem był naprawdę szybki i bezproblemowy.

— Coś jeszcze? — Stiles zaczyna obawiać się odpowiedzi Petera. W końcu wilkołak mieszkał z nim już jakiś czas.

— Tak... pewien twój nocny prysznic był ciekawym słuchowiskiem.

— Żartujesz? Powiedz, że tak naprawdę spałeś jak zabity i...

— Przykro mi.

— Wcale nie jest ci przykro ty dupku! — syczy zawstydzony Stiles. Czuje, jak jego twarz robi się coraz cieplejsza.

— Najwyraźniej, dziewczyna twojego ojca jest całkiem nieźle zorientowana w tym co u ciebie... skoro wie o tobie więcej niż przyjaciele ze stada. — Peter przypatruje się Stilesowi z zastanowieniem — Bo zakładam, że mówiła prawdę o twoim... hm... wyjątkowym przyjacielu?

— Musiałem z kimś o tym pogadać inaczej bym zwariował. — przyznaje Stilinski — McCall nie nadaje się do rozmów o cudzej seksualności. A jeśli spróbowałbym powiedzieć przy nim cokolwiek o moim życiu erotycznym to, najprawdopodobniej ogłuchłby permanentnie.

— Był już ślepy alfa. — prycha Hale — To może być i głuchy.

— Czasami nienawidzę tego, że wszyscy wokół mnie mają te swoje super zmysły. — mamrocze Stilinski — A co do reszty tego co podsłuchałeś, to Hugh znam niemal od urodzenia. Byliśmy sąsiadami, a potem jego rodzina przeprowadziła się do sąsiedniego miasteczka. Od czasu do czasu do siebie piszemy. — zagryza wargę niepewny czy naprawdę chcę zdradzić o sobie aż tyle. Spokląda na Petera, ale ten nie wygląda jakby miał zaraz zacząć z niego kpić. — On jest gejem, a ja nie byłem pewny... obaj mieliśmy zerowe doświadczenie. Stwierdziliśmy zgodnie, że imprezy i macanie się po pijaku z obcymi ludźmi w klubowych toaletach nie jest dla nas. Wpadliśmy na pomysł żeby spróbować ze sobą... Więc, tak. Pierwszy raz przeżyłem z kumplem z dzieciństwa, tak jak każdy kolejny.

— Cóż... lepsze to niż wskoczenie do łóżka córce łowców, samemu będąc wilkołakiem.

— Tak zrobił Derek i Scott... A co z tobą?

— To było raczej dawno temu... — Stiles wpatruje się w Hale'a nieustępliwie — W pożądku: miałem siedemnaście lat, a ona była starsza o trzy czy cztery lata. Jej stado prowadziło jakieś interesy z naszym. Spędziliśmy weekend w moim pokoju. Jej matka groziła mi potem rozerwaniem gardła, albo kastracją. Jak mówiłem to było lata temu. — kręci głową z niedowierzaniem jakby przypomniało mu się coś wyjątkowo głupiego — A my znajdujemy się w środku innej rozmowy, prawda?

— Niech ci będzie — Stiles kapituluje, chociaż przeszłość Petera bardzo go ciekawi — Aż boje się zapytać co wyczułeś, skoro dzięki wilczemu słuchowi poznałeś prawie wszystkie moje sekrety.

— Mogę wyczuć słabe echo twoich emocji, każda pachnie trochę inaczej i trzeba jeszcze nauczyć się je poprawnie interpretować.

— Cudownie. Przy tobie niewiele da się ukryć, co nie?

— Nie jestem nieomylny. Poza tym twoje emocje są bardzo... dynamiczne. Przeskakujesz od jednego uczucia do drugiego z taką szybkością, że jeśli nie skupiam się tylko i wyłącznie na tym, to część z nich mi umyka. Dodatkowo aromat medykamentów zawsze ci towarzyszy, a to dla mnie bardzo rozpraszające. Zakładam, że to wina twoich leków na ADHD

— Chociaż raz na coś te pieprzone piguły się przydały. — Stiles oddycha z ulgą — Miło nie być tak łatwym do sczytania.

— Tak, to z całą pewnością zaleta. — prycha wilkołak pod nosem

— Co tam zrzędzisz? — pyta Stilinski. Choć doskonale zrozumiał każde słowo

— Nic nie mówiłem.

— Oczywiście, że nie — mówi Stiles, zerkając na zegarek. Już prawie siódma wieczorem, a więc najwyższy czas pozbyć się: bandaży i cuchnącego lekarstwa. Jednak zanim to zrobi musi upewnić się, że pewien sarkastyczny, skretyniały dupek dowie się tego czego nie może wywąchać. — To jak to jest, z tym twoim wilczym ja?

— Póki co wilk jest spokojny — odpowiada Peter wymijająco

— To dobrze, że nie próbujesz rozwalać mi pokoju, ani nie biegasz po okolicy sikając na wszystkie hydranty w okolicy.

— Stiles. — syczy Peter ostrzegawczo, ale nawet nie błyska w jego stronę czerwonymi oczami. I dobrze. Przynajmniej ten dupek zorientował się już, że dla niego wilcza hierarchia nie ma znaczenia. Omega, beta, alfa - jeden pies, no nie?

— Nie sykaj na mnie, bo dobrze wiesz, że nie o to pytałem. Chyba, że jednak nie jesteś tak bystry jak myślałem...

— Możesz mnie nie obrażać?

— A przestaniesz unikać odpowiedzi?

— Nie odpowiada się pytaniem na pytanie.

— Moje pytanie było odpowiedzią na twoje. — mówi Stilinski. Z wręcz sadystyczną przyjemnością obserwuje, jak żyła na skroni Hale'a pulsuje coraz wyraźniej.

— Mam się dobrze. Zarówno moja ludzka jak i wilcza strona są, zważywszy na okoliczności, zadziwiająco spokojne. Czy taka odpowiedź cię satysfakcjonuje?

— Twoja wilcza i ludzka strona... obie lubią mnie tak samo?

— Co? — pyta Peter dziwnie wysokim głosem, a Stiles uśmiecha się diabolicznie.

— Czy może któraś bardziej? To raczej ważne, bo widzisz nie chciałbym się obudzić kiedyś w łóżku z dobierającym się do mnie wilkiem...

— STILES!

Peter czuje się oszukany. Od dawna żyje w przekonaniu, że nikt ani nic nie może sprawić, że zarumieni się jak podrywana pensjonarka. A tu proszę. Wystarczył sarkastyczny gówniarz z niewyparzoną gębą.

 

***

— Nie jesteś aż tak dyskretny, jak ci się wydawało. — mówi Stiles wesoło

Peter nie wie co ma zrobić. Pierwszy raz od bardzo dawna czuje się tak bardzo wytrącony z równowagi. To nie tak, że nie lubi odrobiny ryzyka i dobrej zabawy. W jego przypadku jedno i drugie często chodzi ze sobą w parze. To co się teraz dzieje, porównałby do wyrzucenia go do oceanu pełnego rekinów, z kawałkiem krwawego truchła przywiązanego do szyi. Żadnych szalup na horyzoncie. Stilinski wpatruje się w niego z lekkim półuśmiechem. Czeka na odpowiedz, a mógłby chociaż rzucić jakimś kołem ratunkowym! Dać subtelny sygnał czego by chciał. Najgorsze jest to, że jego wilkołacze zmysły są w tej sytuacji bezużyteczne. Gdyby nie ten przeklęty odór maści od Deatona, może udałoby mu się wyniuchać co nieco. A tak?! Jedyne co może wychwycić to, że puls chłopaka jest nieco nieregularny. Niby lepsza marna wskazówka niż żadna...

Nie może schować się za maską skurwysyna, nie przed Stilesem. Po pierwsze nie chce tego robić, a po drugie chłopak zapewne i tak by nie dał się nabrać. Zdążył go poznać, a co za tym idzie umie go całkiem nieźle odczytać. Dostrzega co jest prawdą, a co grą pod publikę.

— Składałem tą układankę już od jakiegoś czasu. — przyznaje Stilinski — Najpierw byłem pewny, że przyszedłeś tutaj, bo ranny kierowałeś się instynktem przetrwania. Dodatkowo w przeciwieństwie do Dereka nie byłem wrogo nastawiony. Wiem, że już przed twoim nagłym wyjazdem z Beacon Hills... A tak swoją drogą to będziesz musiał wyspowiadać się z tego gdzie byłeś. — urywa na dwie sekundy i marszczy brwi w skupieniu. Hale nie może oderwać od niego wzroku i nawet nie próbuje wtrącać się w ten dziwaczny monolog. — O czym to ja mówiłem?

— O mojej wycieczce poza miasto.

— Tak... Dogadywaliśmy się jeszcze przed nią. Przez co Scott zachowywał się jak zdradzona dziewczyna, skrzyżowana z nadopiekuńczym starszym bratem. Czasami naprawdę ciężko go ogarnąć... I kiedy pojawiłeś się tu w środku nocy, brocząc krwią i kradnąc whisky, którą ja wcześniej buchnąłem mojemu staruszkowi... mogłem przeoczyć pewne wskazówki.

— Uhm — odchrząka niezręcznie Peter, bo nagle pomysł retrospekcji z tego co było przestaje wydawać mu się takim genialnym pomysłem. Stiles ucisza go wzrokiem

— Tak, jak mi to kiedyś wypomniałeś, nie przeszkadza mi mieszkanie z tobą na tak ograniczonej przestrzeni, ani dzielenie łóżka. — Stiles wzrusza ramionami — Naprawdę powinienem wyłapać to wcześniej, ale tyle się działo, że nie miałem czasu nad tym pomyśleć. Później była ta cała dziwna sprzeczka o to, że cię tu tak naprawdę nie chcę? I znowu źle zrozumiałem. Myślałem, że to czego chcesz to przyjaźń.

Peter ma ochotę uciec przez okno, albo niech może Deucialion zmartwychwstanie i go jednak ukatrupi.

— Jasne — mamrocze niewyraźnie

— Czy ja powiedziałem, że skończyłem? Nie. No to siedź cicho i słuchaj. Dałem ci wcześniej szanse na rozegranie tego po twojemu, ale z niej nie skorzystałeś. — Hale aż otwiera szerzej oczy ze zdziwienia, bo takiego tonu jeszcze nigdy nie słyszał u Stilesa. — Nie pamiętam, kiedy to do mnie dotarło... przed czy po rozmowie z Detonem na temat ryzyka mojej podróży astralnej.

— Nic nie mówiłeś! — Peter zrywa się z miejsca i od razu krzywi się z powodu bandaży. Stilinski dobrze wie, że w takim stanie nie ma możliwości wydostania się stąd. — Naprawdę zmusisz mnie, żebym to usłyszał, co?

— Tak, bo mam wrażenie, że tym razem to ty źle interpretujesz to co chcę powiedzieć. Wróżką to ty nie zostaniesz...

— Wiedziałeś od prawie tygodnia i nic z tym nie zrobiłeś. Obaj mogliśmy zginąć, a ty... to chyba wystarczająca odpowiedź — prycha

— Nic nie zrobiłem, bo się bałem! Jestem druidem, a co za tym idzie wiem, że symbole i przesądy mają swoje początki w prawdziwych wydarzeniach. — Stilinski podchodzi te kilka kroków, które dzielą go od wkurzonego wilkołaka.

Peter boi się chociażby drgnąć w obawie o to, że coś przeoczy. Jakiś istotny szczegół. Wpatruje się w Stilesa, który wygląda na zdenerwowanego i zdeterminowanego. Czuje jak chłodna dłoń zaciska się na jego lewym przedramieniu, tuż pod zabliźnionym ugryzieniem Deucaliona. Stiles unosi się odrobinę na palcach, tak by zrównać się z nim wzrostem. Hale łapie gwałtownie powietrze i chyba to jest reakcja na jaką ten podły, podstępny gówniarz liczył. Uśmiecha się.

— Lepiej całować na powitanie niż na pożegnanie. — mówi ledwie słyszalnie, ale to nie ma żadnego znaczenia, bo w następnej sekundzie muska ustami, wargi Petera. Jednak, gdy ten chcę pogłębić pieszczotę wycofuje się o krok.

— Co? — pyta oszołomiony wilkołak

— Nie obraź się, ale jeśli mamy kontynuować to... marsz pod prysznic!

— Czy ty... naprawdę? Znowu sugerujesz, że śmierdzę?

— Nie tyle ty, co to przeklęta maść. — odpowiada Stilinski, marszcząc nos w obrzydzeniu — Musimy zdjąć najpierw opatrunki, ale może już w łazience... wywalę je do worka i zawiąże. — znajduje Peterowi ciuchy na zmianę i oczywiście jakiś ręcznik

— Wcześniej aż tak nie marudziłeś, a przecież cochnęło gorzej — śmieje się Hale — Jakoś to zgrabnie podsumowałeś nawet... lekarstwo ma leczyć a nie pachnieć? Czy jakoś tak. — kpi, ale posłusznie idzie do łazienki.

— Byłem tak zmęczony, że zapewne zasnąłbym nawet w norze skunksa. — przyznaje Stiles pojawiając się kilka sekund później — Zresztą, twoje rany się zagoiły, tak? A więc śmierdząca maź spełniła swoje zadanie. Czas by mydło i woda się z nią rozprawiły. — odkłada przyniesione rzeczy na półkę i sięga po kosz na śmieci, a następnie wyciąga z apteczki znane im już nożyczki. — Bedzie szybciej jeśli je poprzecinam, tym razem jestem trzeźwy i prawie wypoczęty...

— W porządku.

Kilka kolejnych minut upływa im w ciszy. Głownie dlatego, że Stilinski skupiony jest na swoim zadaniu, oraz na tym aby przypadkiem nie naruszyć świeżo zagojonych ran. Peter z kolei przypatruje się z uwagą samemu Stilesowi. Jeszcze nie tak dawno, nie rozumiał co takiego jest w tym chłopaku, że aż tak go do niego ciągnie. Z niechęcią i wyłącznie przed samym sobą może przyznać, że był w tej kwestii idiotą. Stiles jest... najbardziej interesującą osobą jaką kiedykolwiek poznał. Jest jak chodząca zagadka, ma tyle warstw... wesoły gaduła, lojalny przyjaciel, świetny syn, diabelnie inteligentny gówniarz, pomocny i bezinteresowny chłopak, ale kiedy sytuacja tego wymaga potrafi być przebiegły i bardzo kreatywny. Emisariusz. I kiedy Hale myśli, że wie o nim już wszystko co istotne, Stiles zawsze wyskakuje z czymś nowym. Jest dla Petera wyzwaniem. A to coś czego zawsze szuka i potrzebuje.

— Gotowe — mówi Stilinski wyraźnie zadowolony z tego powodu — Ogarnij się, a ja poszukam czystej pościeli i zmienię... na pewno nie zemdlejesz? — pyta nagle zaniepokojony

— Zawsze możesz iść ze mną... upewnisz się, że nie zaplącze się w zasłonę prysznicową, ani nie dam się zabić butelce szamponu. — sugeruje Peter z krzywym uśmieszkiem — Nawet pozwolę ci umyć mi plecy.

— Podziękuję... tym razem. — odpowiada Stiles z trudem powstrzymując śmiech — Mogę za to podrzucić ci taborecik?

— Nie wiem czy czuć się urażony, mile połechtany troską czy zaintrygowany zwrotem: "tym razem"?

— Wszystko po trochu. — prycha Stilinski wychodząc.

***

Drzwi zamykają się za Stilesem, a Peter z niewielką trudnością pozbywa się resztek odzieży i powoli wchodzi pod prysznic. Nogi od czasu do czasu wciąż mu się trzęsą, musi więc przytrzymać się ściany. Jest słaby jak nowo narodzony źrebak. Bezbronny. Nienawidzi czuć się w ten sposób. Jedynym pocieszeniem jest fakt, że tym razem przynajmniej znajduje się w bezpiecznym miejscu. Oddycha głęboko i odkręca kurki. Chwilę męczy się z ustawieniem odpowiedniej temperatury. Zbyt ciepła sprawia, że jego świeżo wygojona skóra piecze, jakby oblewał się wrzątkiem. Ulga jaką czuje, gdy wreszcie może pozbyć się zaschniętej maści jest ogromna. Z większą ostrożnością przemywa te miejsca w których miał głębsze rany. Teraz to jedynie brzydkie zabliźnienia, a jedynie na prawym barku i lewym udzie wciąż ma strupy. Skóra wokół nich jest napięta i zaczerwieniona. Omija te miejsca, przez co nie wypłukuje dokładnie lekarstwa. Ma nadzieję, że takie niewielkie ilości nie będą już wydzielać tak intensywnej woni. Mimo wszystko woli to niż ponowne otwarcie tych rozcięć. Nie jest całkowicie pewien, bo szczegóły wydarzeń z poprzedniego dnia są dosyć rozmyte, ale chyba są to pamiątki po kłach Deucaliona.

— Peter?! — słyszy gdzieś z okolic drzwi

— Za chwilę wyjdę! — odkrzykuje

— W porządku, sprawdzałem tylko czy zabójczy szampon cię nie zaatakował.

 

Nie zdąża już nic odpowiedzieć, bo chłopak wychodzi z powrotem do pokoju. Peter śmieje się, kręcąc głową z niedowierzaniem. Jakim cudem ktoś taki jak Stiles w ogóle istnieje?

Najwyraźniej domyślił się, że okazanie troski Peterowi jest skomplikowaną sprawą. Hale z jednej strony czuje się szczęśliwy, że w końcu jest ktoś komu na nim zależy. Z drugiej jednak, przyzwyczajony jest do samotnego radzenia sobie ze wszystkimi problemami. Akceptacja pomocy Stilesa nie jest dla niego łatwa. Nie przywykł do okazywania słabości przy kimkolwiek. Nawet przed pożarem był ostrożny w tej kwestii, a to co się stało z jego rodziną, jedynie spotęgowało tą paranoje.

Wie, że z czasem się przełamie. To nie tak, że nie ufa Stilinskiemu, ale stare nawyki ciężko przezwyciężyć. To, że nie musi tego tłumaczyć na głos jest dla niego dużym ułatwieniem.

Wyciera się starannie, a potem zakłada ubrania przyniesione przez Stilesa. Miło, że tym razem są to jego własne. Staje przy umywalce i niemrawo sięga po jedną ze szczoteczek. Ma w planach co prawda jeszcze najazd na lodówkę Stilinskich i wymiecenie z niej wszystkiego co jadalne. Czuje się tak jakby ktoś głodził go od co najmniej tygodnia. Ziewa przeciągle, przez co większość piany z pasty wydostaje się z jego ust i spływa po brodzie. Wygląda jakby dostał wścieklizny. Stiles wybiera oczywiście ten właśnie moment na wejście do łazienki. Zamiera na sekundę po czym parska śmiechem. Hale gromi go wzrokiem.

— Przepraszam — mówi, ale wilkołak nie słyszy w tym cienia skruchy. — Przesuń się. — rozkazuje Stilinski i zabiera mu sprzed nosa swoją szczoteczkę. — Skorzystam z drugiej łazienki, a przy okazji zorientuje się, czy Scott ma takie same, albo chociaż podobne standardy czystości co ja. — informuje i ponowie wychodzi. Hale dopiero po chwili przypomina sobie, że Deaton i McCall mieli posprzątać bałagan powstały przy opatrywaniu jego ran.

Już ma wychodzić, kiedy uświadamia sobie co jeszcze wydarzyło się poprzedniego dnia. Odwraca się z powrotem w stronę lustra. Przez dwie czy trzy sekundy patrzy na siebie starając się być obiektywnym. Mimo to nie dostrzega żadnych zmian. Bierze głęboki oddech, zamyka oczy i skupia się na swojej wilczej stronie. Jest tam, tuż pod powierzchnią, ale... to nie ma żadnego sensu. Jeśli naprawdę zabił Deucaliona i przejął jego status, powinno go nosić jakby wypił wiaderko red bulla. Pamięta co czuł po tym, gdy po raz pierwszy stał się alfą. Wilk w nim był o wile silniejszy. Miotał się i wył zamknięty w ludzkim ciele.

Teraz Peter czuje się po prostu dobrze. Kompletny. Wilk jest spokojny i cichszy niż kiedykolwiek wcześniej. Uchyla powieki i patrzy z niedowierzaniem na swoje odbicie. Jego oczy naprawdę są czerwone.

 

***

W pokoju nie zastaje Stilesa, więc domyśla się, że ten wciąż jest na dole. Skupia się na najbliższym otoczeniu, by sprawdzić czy są sami. Na szczęście słyszy jedynie puls Stilesa. Dla pewności uchyla jeszcze okno i uważnie skanuje okolice, ani śladu radiowozu. Schodzi po schodach, uważając na wszystkie skrzypiące schodki. Przez chwilę waha się w gdzie iść. Ogołocić lodówkę czy zobaczyć nieco innej, ale równie apetycznej golizny. Nie oszukujmy się jest dupkiem, ale to nie tak, że Stilinski nie wiedział o tym wcześniej. Idzie jednak na małe ustępstwo i puka głośno, czeka dokładnie dwie sekundy i wchodzi. Jest nieco zawiedziony faktem, że nie wita go żadne oburzone: "Peter, do cholery". Zamiast tego Stiles stoi opary plecami o umywalkę. Ręce zaplecione ma na wysokości klatki piersiowej, a na twarzy ma idealnie wyważony krzywy uśmieszek. Samozadowolenie aż bije po oczach. Jedynym pocieszeniem jest to, że nie ma na sobie koszulki, a spodnie dosyć nisko wiszą na jego biodrach. To całkiem niezły kawałek odsłoniętego, młodego ciała do oglądania. Hale nawet nie stara się udawać, że nie patrzy.

— Przewidziałem, że wpadniesz na taki pomysł i najpierw wziąłem kąpiel.

— Cóż...

— I nawet nie próbuje udawać skruszonego — żali się Stiles sufitowi, a Hale zaczyna minimalnie zastanawiać się czy nie przesadził. W końcu oni nawet nie dokończyli tej ważnej rozmowy, nie wie kim dla siebie są — Żartuję — dodaje Stilinski chwilę później

— Okay...

— Przypominam, że ja wcześniej też wparowałem ci do łazienki i nawet byłem bardziej chamski od ciebie, bo nie zapukałem. — oznajmia ze śmiechem — I może za pierwszym razem zrobiłem to, żeby upewnić się czy wszystko w porządku, ale za drugim... cóż to nie było moją główną motywacją. — mija zaledwie ułamek sekundy zanim do Hale'a dociera znaczenie tego co usłyszał. Stiles parzy na niego z uniesioną brwią i wyzwaniem w oczach.

Peter w trzech krokach pokonuje dzielącą ich odległość i obejmuje twarz Stilesa dłońmi. Całuje go tak, jak chciał tego już od dłuższego czasu: mocno i nieco gwałtownie, ale on robi dokładnie tak samo. Najwyraźniej obaj są tak samo niecierpliwi. Hale, przygryza delikatnie jego dolną wargę na co Stiles rozchyla usta z jękiem. Łagodzi ukąszenie językiem, ale nie pogłębia pocałunku. Peter odsuwa się o krok, muska ustami policzek i żuchwę aż w końcu zatrzymuje się na dłużej przy szyi. Wsłuchuje się w galopujący puls Stilesa i zaciąga się jego zapachem. Żadnego strachu. Za to woń podniecenia jest tak silna, że aż odurza go na kilka sekund. Otrząsa się dopiero, gdy Stiles sunąc dłońmi po jego ramionach, zahacza o jedno z wciąż nie do końca zaleczonych ugryzień Deucalionna.

— Uszzz. — syczy

— Co? — pyta lekko zdezorientowany Stilinski. W innych okolicznościach Hale z pewnością byłby z siebie dumny, że udało mu się w tak krótkim czasie sprawić, by Stiles przestał zwracać uwagę na to co się dookoła nich dzieje. — Och, nie mówiłeś, że nie wszystkie się zagoiły!

— Tylko dwie i już nie krwawią.

— Ale wciąż bolą, jak ktoś niezorientowany wsadzi w nie paluchy, prawda? — prycha Stiles, patrząc na niego spod zmrożonych powiek.

— Jesteś zły?

— Zaniepokojony twoim brakiem troski o własne zdrowie.

— Nic mi nie będzie — obiecuje — Widziałeś, jak wyglądałem wczoraj... — jeszcze zanim kończy mówić wie, że to nie jest najlepiej dobrany argument.

— Oh, uwierz ten obraz na zawsze wypalił mi się pod powiekami.

— Nie wiem co mam ci na to odpowiedzieć? Przeprosić?

— Nie, kretynie. Wystarczy, że więcej nie będę zmuszony oglądać cię w takim stanie.

— Chyba, że Scott i Derek zechcą wykopać mnie z Beacon Hills... — sugeruje ostrożnie, bo wie, że istnieje taka ewentualność. Nie ma tylko pewności czy Stilinski też zdaje sobie z tego sprawę.

— Wątpię. A jeśli tak to weźmiemy ich na przeczekanie...

— Nie wiem co masz na myśli, ale twoja mina mówi mi, że coś bardzo podstępnego.

— Może... hm... rzucę im kość, która na jakiś czas odwróci ich uwagę?

— Stiles — wzdycha ciężko, ale nie zdąża dodać nic więcej, bo chłopak przyciąga go za koszulkę i całuje. Peter zaciska dłonie na jego biodrach, ale nie może się powstrzymać i już po chwili sunie nimi po nagich placach Stilesa. Nie przegapia drżenia, które tym wywołuje.

— Muszę się ubrać — mówi Stilinski tuż przy jego ustach. Peter marszczy brwi z konsternacji, bo sytuacja sprzyja raczej rozbieraniu.

— Nie

— To bardzo pochlebiające, serio. — śmieje się Stiles — Jednak zamówiłem nam jedzenie... i raczej wolałbym nie paradować tak przed dostawcą.

 

niedziela, 18 października 2020

Steter - Gorszy Dzień cz.9

***

Monotonny szum wody brzmi dziwnie usypiająco, a unoszący się zapach nagietka i werbeny uspokaja i koi nerwy. Stiles stwierdza, że w jego przypadku to chyba nie do końca wskazane, bo teraz ma wrażenie, że za chwilę uśnie choćby na stojąco. Przemywa twarz i to pomaga tylko odrobinę. Na szczęście McCall już wnosi Petera do łazienki. Gdy tylko poranione plecy wilkołaka dotykają wody, ten natychmiastowo otwiera oczy i zaczyna się wyrywać.

— Peter! Spokojnie. — prosi Stilinski — Musimy oczyścić rany, spokojnie. Nic ci nie będzie. To tylko kąpiel.

— To dlaczego pali jakbyście próbowali zanurzyć mnie w kwasie solnym?! — syczy przez zaciśnięte zęby

— Dlatego, że wszędzie masz jakieś rozcięcia — odpowiada spokojnie Deaton — Woda jest letnia z dodatkiem nagietka i werbeny.

— Werbena? Chcesz mnie naćpać? — prycha i ponownie zaczyna się wyrywać — Możesz nie wiedzieć Stiles, ale to cholerne zielsko działa o wiele silniej na istoty nadprzyrodzone niż na ludzi.

— Tak byłoby prościej, ale jak chcesz. — starszy emisariusz widocznie nie ma zamiaru sprzeczać się z Hale'em. Ich wzajemna niechęć bywa męcząca i znacznie utrudnia Stilesowi życie.

— Nie, nie jak chcesz. — warczy Stilinski — Wiem jak działa werbena na wilkołaki. Muszę powyciągać z ran kawałki szkieł, a później nałożyć na każdą głębszą szramę tą samą leczniczą maź co ostatnio.

— Ona cuchnie. — Peter marszczy nos w obrzydzeniu, ale przynajmniej przestaje próbować wydostać się z wanny.

— Dodatkowo, tym razem muszę nałożyć ją, kiedy będzie jeszcze bardzo gorąca. A to będzie kurewsko boleć. — milknie na kilka sekund żeby dać wilkołakowi czas na przetworzenie informacji. — Na pewno chcesz być wtedy całkiem przytomny?

— Nie.

— Tak właśnie myślałem.

 

***

Najpierw oczyszczają te rany, które Peter ma na plecach, a potem Deaton podtrzymuje nieprzytomnego wilkołaka za ramiona. Tak aby ten nie zsunął się pod wodę i nie utopił podczas trwania zabiegów leczniczych. To byłaby dopiero ironia losu. Stiles stara się być spokojny ale nic nie może poradzić na to, że jego dłonie drżą odrobinę. Na szafce obok wanny znajduje się już całkiem pokaźny stosik odłamków szkła, drzazg i innych bliżej nie zidentyfikowanych drobin, które wyciągnęli z ran wilkołaka. Woda nabrała już dosyć intensywnego różowego zabarwienia. Każda kolejna strużka krwi wypływająca po wyciągnięciu jakiegoś odłamka sprawia, że Stilinski robi się coraz bardziej nerwowy. Niestety nie mogli liczyć na McCalla, ponieważ unoszący się w całym pomieszczeniu zapach werbeny działał również na niego. Alan wyprosił go, gdy tylko zauważył, że Scott zatacza się jak pijany.

— Stiles! Wiesz, że całe tylne siedzenie masz umazane krwią? — pyta Scott gdzieś z okolic drzwi

— Tak, ale jakbyś nie zauważył mam teraz jeszcze inne równie ważne rzeczy na głowie...

— Nie o to mi chodziło... Jeśli chcesz to mogę ci z tym pomóc? — Stiles aż otwiera usta w szoku i patrzy na Deatona w poszukiwaniu potwierdzenia, że się nie przesłyszał. Na co ten tylko się uśmiecha. Stilinski wychodzi z łazienki i niemal od razu wpada na opierającego się o ścianę Scotta.

— Jeśli liczysz na to, że odmówię to mnie nie znasz.

— Znam. — odpowiada McCall — I wiem, że musisz jeszcze opatrzyć tego dupka, a to pewnie trochę potrwa. A ty już teraz wyglądasz na wykończonego.

— Dzień dobroci dla Stilesa?

— Uhm? Znaczy się wiem, że ostatnio ciągle byłem zajęty. Raczej nie dostanę w tym razem kubka z napisem "kumpel roku"?

— Nie, nie dostaniesz. — przyznaje Stiles ostrożnie

— Tak... słuchaj i tak tu jestem. Siedzę pod drzwiami jak idiota, bo nie mogę nawet zajrzeć do środka bez ryzyka zawrotów głowy.

— Przyniosę ci miskę z wodą, odplamiacz i jakąś gąbkę. — mówi głośno, będąc już z powrotem w łazience. Wraca po dwóch minutach i wręcza przyjacielowi jego narzędzia pracy. — Tylko ostrożnie z wilkołaczą siłą. Nie chce mieć dziury w siedzeniu!

— Jasne.

— A i Scotty?

— Hm?

— Dzięki — twarz Scotta od razu się rozjaśnia.

 

***

Oczyszczenie pozostałych ran Petera zajmuje im jeszcze jakiś kwadrans. Wilkołak na szczęście jest w miarę spokojny: nie wyrywa się ani nie próbuje ich atakować. Nawet, gdy Stiles wydobywa wyjątkowo duży kawałek szkła z jego przedramienia. Jedynie od czasu do czasu krzywi się lub cicho warczy.

Przez to, że Scott nie może im pomóc, a Hale jest ledwie przytomny mają trochę trudności z wydostaniem go z wanny. Najpierw wyciągają korek i osuszają go ręcznikiem. Stiles z lekko zaróżowionymi z zażenowania policzkami, zakłada wilkołakowi bokserki. Wie, że to niedorzeczne, ale czuje się bardzo niepewnie pod wnikliwym spojrzeniem drugiego emisariusza. Jest zły sam na siebie, bo przecież nie robi nic złego do cholery! To, że wcześniej zdarzyło mu się zauważyć atrakcyjność Petera, nie znaczy że zacznie go molestować czy coś. Przez te myśli robi się dwa razy bardziej nerwowy. Stara się nie patrzeć na Petera ani tym bardziej na Deatona.

— Opatrujemy go tutaj czy u ciebie w pokoju? — pyta Alan tym swoim opanowanym, wręcz wypranym ze wszystkich emocji głosem.

— W pokoju — odpowiada po krótkim zastanowieniu. — Tak chyba będzie prościej. Ile jeszcze będzie taki półprzytomny?

— Nie krócej niż pół godziny. We dwóch powinniśmy się uporać z nałożeniem lalkarstwa i bandaży zanim się ocknie.

— Świetnie — mówi z wyraźną ulgą. Aż za dobrze pamięta ostatni raz, kiedy musiał nałożyć tą cuchnącą maź. Hale z pewnością również to pamięta — Trzeba iść po McCalla

— Zostań z nim, a ja zawołam Scotta. — Oczywiście, że tak. Stiles przewraca oczami, gdy tylko Alan znika za drzwiami.

 

***

Tak jak powiedział Deaton: we dwóch idzie im dosyć sprawnie jeden nakłada lekarstwo, a drugi bandaż. Po pół godzinie większość ran Hale'a jest już opatrzona, zostały im jeszcze tylko dwie na lewej nodze. Całe szczęście, bo od tego smrodu Stiles ma już mdłości i potworną migrenę. Chociaż z drugiej strony może to być raczej związane z faktem, że zbliża się szósta rano, a on jest kurewsko zmęczony. Woli nie zastanawiać się nad tym jak jednocześnie da radę odpocząć, pilnować Petera i co najważniejsze ukrywać jego obecność przed szeryfem.

 

— Niech ktoś mnie uśpi z powrotem — syczy Peter przez zaciśnięte zęby

— Witamy w świecie żywych — mamrocze cicho Stilinski. Coś musi być nie tak z jego głosem, bo wilkołak dosyć żywiołowo podrywa głowę z poduszki i kieruje swoje całkiem przytomne spojrzenie prosto na niego. — Co?

— A co z tobą?

— Ze mną? — dziwi się Stiles. — Jestem tylko wykończony... Poza tym cały dom cuchnie tym cholernym lekarstwem. A nie wiem za ile mój ojciec zechce wrócić z tej swojej randki.

— Nie będziesz teraz jeszcze sprzątał!

— A niby co powiem ojcu jak zastanie dom w takim stanie? Wiesz tatku to wcale nie tak jak myślisz, nic nie rozkłada nam się w piwnicy ani na strychu?

— Na dobry początek możesz do niego zadzwonić, żeby dowiedzieć się kiedy będzie. — mówi Hale i brzmi na lekko rozbawionego — Zmęczenie ci nie służy — Dodaje, siadając ostrożnie. Następnie zaczyna lustrować swoje zabandażowane ciało.

— Coś nie tak? — pyta Deaton. Stilinski może przysiąc, że słyszy w jego głosie rozbawienie.

— Dlaczego przypominam cholerną mumię?

— Nie marudź — karci go Stiles — Zdejmę to za kilka godzin jak rany się zasklepią. — milknie na kilka sekund i skupia się na obserwacji wilkołaka. Domyślać się co tak naprawdę się dzieje. — Wiem, że maść oprócz tego, że niemiłosiernie cuchnie to w kontakcie z otwartymi ranami wywołuje palący ból, ale jest ich za dużo i są zbyt poważne żeby zostawić je aby same się wygoiły.

— W porządku. — wzdycha wilkołak z bardzo nieszczęśliwą miną — Tak właściwie to dlaczego jesteśmy u ciebie? Nie prościej byłoby opatrzeć to w klinice?

— Nie chcieliśmy ryzykować — odpowiada Deaton

— Niby czym?

— Peter... zabiłeś Deucaliona. — mówi ostrożnie Stiles — A co za tym idzie zostałeś alfą... klinika i zapach wszystkich medykamentów mógł ci się skojarzyć ze szpitalem i śpiączką.

— Co? — Peter wpatruje się w niego jakby przed chwilą oznajmił, że w Beacon Hills wylądowali kosmici.

— Dom Stilesa jest dla ciebie znajomym miejscem. Czujesz się tu bezpiecznie... twój wilk jest raczej spokojny, czujesz? Ani razu odkąd tutaj dotarliśmy nie próbował wyrwać się na powierzchnie — tłumaczy spokojnie Alan — Nie chcieliśmy żebyś pod wpływem stresu uszkodził siebie lub któregoś z nas.

— Cóż... to niewiele ma wspólnego z miejscem — wzdycha Hale. Chyba wcale nie chciał powiedzieć tego głośno. Jeśli za wskazówkę można wziąć to, że jego oczy błysnęły czerwienią, a całe ciało napięło się jak struna.

— To my już raczej pójdziemy — oświadcza nagle Deaton — Nie przejmuj się sprzątaniem, Stiles.

— Ta... znam ten dom niemal tak dobrze jak swój. — dodaje Scott

— Niech wam będzie. — kapituluje Stilinski. Skoro tak bardzo chcą za niego sprzątać to o nie ma zamiaru się z nimi o to spierać. Jeden kłopot z głowy. Po kilku sekundach zostaje sam z Peterem. Peterem, który ledwie przypomina samego siebie. Wciąż zachowuje się jakby ktoś go sparaliżował albo co najmniej poraził prądem. — Co znowu?

— Stiles... ja... nie. Wiesz, że ty... znaczy się to co powiedziałem. Tak jest... tylko... ja. Nie wiem... t nie musi znaczyć. No wiesz, że coś?

— Wybacz, że to powiem, ale bełkoczesz jak potłuczony. Co w sumie jest dosyć zgodne z prawdą. — mówi Stiles — Co powiesz na to, że najpierw odpoczniemy kilka godzin, a potem pogadamy?

— Uhm — przytakuje Hale, ale nie brzmi na uszczęśliwionego

 

***

Peter nie wie jakim cudem w ogóle udaje mu się zasnąć. Musi to zawdzięczać mieszance ogromnego wyczerpania, ran i wciąż unoszącego się w powietrzu lekkiego aromatu werbeny. Chociaż największą zasługę należy przypisać temu, że Stiles śpi tuż obok niego. Ten chłopak ma na niego tak ogromny wpływ... niby wie już od jakiegoś czasu, że Stilinski jest dla niego ważny. Jednak chwile takie jak ta są tego niezbitym dowodem. Stoczył dziś ciężką walkę, a rany wciąż dają o sobie znać. Na nowo uzyskany status alfy powinien sprawić, że będzie pobudzony i niespokojny... A tu proszę, przespał pełne pięć godzin, niczym niemowlę po wyżłopaniu całej butelki mleka.

Nie może powstrzymać cisnącego mu się na usta uśmiechu. A to dlatego, że obudził się tak blisko chłopaka jak jeszcze nigdy. Jasne, nieraz zdarzyło się, że przysunęli się do siebie podczas snu, ale to zupełnie nowa rzecz... Stiles śpi na lewym boku, a Peter obejmuje go ramieniem. Nos wilkołaka schowany jest we włosach Stilinskiego - znajomy zapach sprawia, że wilk Hale'a mruczy niczym zadowolony kociak. Plecy chłopaka są tuż przy jego klatce piersiowej, uda przy udach, a tyłek... ugh! To może okazać się nieco krępujące, kiedy Stiles już się obudzi. Ponieważ nawet bardzo wyraźne widmo śmierci nie jest w stanie osłabić jego libido. Nie, gdy w grę chodzi Stiles.

— Dobrrry — mamrocze Stiles w poduszkę — Długo spaliśmy? Ojciec jest w domu? — pyta, wiercąc się lekko w objęciach Hale'a. Przestaje niemal natychmiast, a jego tętno przyspiesza. Cholera, poczuł? Peter nie wie co zrobić: powiedzieć coś czy nie? Odsunąć się czy udawać, że nie wie o co chodzi?

— Nie widzę zegarka, a nie mam pojęcia gdzie mogą być nasze telefony... obstawiam, że może być blisko pierwszej po południu. — mówi poluźniając nieco objęcia. Tak by Stiles miał możliwość odsunięcia się. Sam jednak pozostaje dokładnie w tym samym miejscu. — Twój ojciec wpadł do domu jakieś pół godziny temu, na szybki prysznic i zmianę ubrań. A później pognał z powrotem do samochodu...

— To chyba dobrze, że go nie ma? Dlaczego mam wrażenie, że coś jest nie w porządku? — drąży Stilinski. Cholera. Czy temu chłopakowi naprawdę nic nie umknie?

— Nie, nic się nie stało.

— Ta jasne. — prycha Stiles pod nosem. Następnie wierci się chwilę, aby w końcu odwrócić się twarzą do wilkołaka. — Więc...?

— Wiem, że nam to na rękę i w ogóle... ale czy jako ojciec-szeryf nie powinien się zainteresować dlaczego jesteś w domu w czasie, gdy powinieneś być w szkole?

— Teoretycznie powinien. Tylko, że wbrew temu co o mnie myślisz nie urywam się nagminnie ze szkoły, a moja średnia jest zawsze jedną z najwyższych... — Stilinski wzrusza ramionami — To trochę zagmatwane, ale po śmierci mamy... odpuszczamy sobie z ojcem drobne grzeszki. Ja nie czepiam się jeśli on wypije trochę szkockiej po wyjątkowo paskudnym dniu, albo gdy nie pojawia się w szkole wtedy gdy powinien i Melissa go w tym wyręcza. A on czasami przymyka oko na to, że nie wracam o tej porze o której miałem albo, że nagminnie zapominam powiadomić go o tym, że ktoś do nas wpadnie...

— Uczciwa umowa — przyznaje cicho Peter

Stiles tylko uśmiecha się w odpowiedzi. Wszystko co nie zostało powiedziane na głos Peter mógł wyczytać między wierszami. To, że Stiles musiał za szybko dorosnąć i zacząć dbać o siebie, a czasami nawet o własnego ojca. Domyśla się, że chłopak czasami chciał być jak jego rówieśnicy - przeciętnym, niewyróżniającym się dzieckiem, ze zwyczajnymi rodzicami... a zamiast tego został na przymus wrzucony w buty dorosłego. I mimo, że jest bystrzejszy niż większość jego rówieśników, to z pewnością zadawał sobie to najgorsze z możliwych pytań, to na które nie ma dobrej odpowiedzi: "Dlaczego to przydarzyło się właśnie mnie?". Hale już na początku ich znajomości zauważył, że więź jaka jest między Stilesem, a szeryfem jest niezwykle silna i nie jest to typowa relacja ojciec-syn. To też w tym jest, ale po śmierci Claudii stali się sobie w jakiś sposób równi. Ma świadomość, że jeśli chce Stilesa to musi zadbać o to by mieć w miarę pokojowe stosunki z Johnem. To będzie sporym wyzwaniem.

— Chyba możemy zdjąć już bandaże — mówi Stiles z namysłem — No może z wyjątkiem tych na ramionach. Te rany były wyjątkowo głębokie i nie sądzę żeby zdążyły się już zagoić...

— Och. Wspaniale. — mamrocze wilkołak pod nosem — Tylko czy najpierw nie powinieneś czegoś zjeść, albo chociaż napić się herbaty? Wybacz, że to powiem, ale nie wyglądasz na zdrowego. Czy może właściwszym określeniem byłoby całkiem przytomnego...

— Tak, herbata zawsze jest dobrym pomysłem. Najlepiej czarna z miodem i cytryną, a dla ciebie?

— Może być taka sama.

 

***

Kwadrans później herbata jest już w połowie wypita, a atmosfera zagęszcza się z każdą mijającą minutą coraz bardziej. Obaj są już na tyle rozbudzeni żeby pamiętać wszystko co się wydarzyło, każde słowo które zostało powiedziane oraz wiedzą, że wciąż jest coś co muszą sobie wyjaśnić. Żaden z nich jakoś nie wyrywa się do tego, by zacząć. Peter zawsze uważał się za kogoś kto ze słowami radzi sobie wyśmienicie. (Tak w przeciwieństwie do Dereka) A tu okazuje się, że kiedy przychodzi co do czego to nie jest w stanie wykrztusić jednego zdania.

— To jak będzie? od-mumifikujemy cię? — Hale oddycha z ulgą, bo to trochę jak odroczenie wyroku.

— Jestem za. — potwierdza Peter — Może mógłbym skoczyć też pod szybki prysznic? — pyta z nadzieją. Wolałby nie śmierdzieć, kiedy będą rozmawiać... albo raczej gdy on będzie mówił o tym co czuje.

— Przykro mi, ale niektóre rany mogłyby otworzyć się na nowo. Myślę, że za kilka godzin powinno być już dobrze.

— A do tego czasu będę cuchnął jak zgniła kapusta, doprawiona odorem skunksa.

— No nie przesadzaj, nie jest aż tak źle...

— Dobrze też nie.

— To lekarstwo: ma działać, a nie pachnieć Fijołkami. — prycha Stiles, pochylając się w jego stronę. Teraz to kolej Hale'a żeby się roześmiać, bo ten gówniarz miał czelność powąchać go i teatralnie zacząć wachlować powietrze koło swojego nosa. — Choć, możesz mieć odrobinę racji... śmierdzi, naprawdę... intensywnie.

— Wyobraź sobie jak ja to odbieram.

— Najważniejsze, że działa. Jakoś wytrzymamy. Powiedzmy... do ósmej wieczorem?

— Szóstej? — Peter robi najlepsze szczenięce oczy w całym swoim życiu. Stiles pozostaje niewzruszony. — Proszę o skrócenie wyroku, wysoki sądzie? — Stilinski wydaje się lekko rozbawiony. Dobre i to.

— Siódma. I ani minuty wcześniej.

 

***

Zdejmowanie bandaży jest niemal tak samo czasochłonne jak ich zakładanie. A najgorsze ze wszystkiego jest to, że po ich usunięciu nieprzyjemny zapach lekarstwa staje się jeszcze gorszy.

— Może lepiej zostawmy resztę w spokoju? — pyta z nadzieją Hale — Pozbędziemy się ich dopiero przed prysznicem?

— Chciałem zerknąć czy wszystko goi się tak jak trzeba... — Stiles brzmi na niezdecydowanego. Najwyraźniej i jego drażni odór maści, ale wciąż jest gotowy go znieść, byleby tylko sprawdzić czy nie dzieje się nic złego — Żadna rana nie przysparza ci większego bólu niż pozostałe? Nie czujesz takiego charakterystycznego pulsowania... wiesz od zbierającej się ropy?

— Nie, lekko szczypią i swędzą jak cholera. Czyli wszystko w normie... goi się na mnie jak na psie — próbuje zażartować, ale Stiles raczej tego teraz nie docenia. Patrzy na Petera gniewnie marszcząc brwi i to wystarczy żeby wilkołak natychmiast spoważniał — Stiles... nic mi nie będzie, wiesz o tym? Pocierpię jeszcze kilka godzin, jutro zostaną już tylko blizny, a za dwa dni nie będzie widać, że w ogóle byłem ranny.

— Niby wiem... ale to nie wyglądało dobrze. — Stilinski krzywi się na samo wspomnienie poturbowanego ciała — Cały pokryty byłeś krwią i ledwo kontaktowałeś... Czy ty masz chociaż pojęcie ile czasu zajęło nam oczyszczenie wszystkich ran?

— Domyślam się, że to nie był przyjemny widok... gdyby sytuacja się odwróciła i to ja musiałbym opatrywać ciebie pewnie reagowałbym tak samo o ile nie gorzej. — przyznaje Peter, cały czas uważnie obserwując twarz Stilinskiego. Chłopak wydaje się lekko nieobecny. Wpatruje się we własne dłonie ze zmarszczonymi brwiami, a jego oddech przyspiesza. Trochę jakby coś go wystraszyło lub wytrąciło z równowagi.

— A te ugryzienia na ramionach?

— Bolą jak diabli, ale czułbym gdyby któraś z ran się paprała. To twoje lekarstwo jakkolwiek nieprzyjemne dla mojego nosa jest bardzo skuteczne. — zapewnia i najwidoczniej to właściwa rzecz do zrobienia, bo chłopak nieco się uspokaja

— To dobrze, bo ostatni tydzień całkiem mnie wyczerpał... wolałbym żeby obyło się bez niespodzianek. Szczerze to mam ochotę odciąć się od wszystkich i wszystkiego na dzień lub dwa. — mówi i po jego minie od razu widać, że czuje się z tego powodu winny. Ten chłopak jest niesamowity, ale ktoś musi pilnować żeby w tym całym nadnaturalnym bałaganie nie zapominał o sobie. Peter bardzo chętnie podejmie się tego zadania, na pełen etat - siedem dni w tygodniu po dwadzieścia cztery godziny na dobę...

— Jakiś czas temu myślałem o czymś podobnym... — przyznaje, wracając myślami do momentu w którym zapach Stilesa skojarzył mu się z lasem i od tamtego momentu pomysł krótkiego wypadu na szlak wciąż do niego wraca. — Kilka dni, może tydzień gdzieś po środku niczego... Teraz, kiedy ponownie jestem alfą to niesie ze sobą dodatkową korzyść. Będę mógł w spokoju dojść do ładu ze swoją wilczą stroną. Chcesz się przyłaczyć?

— Tak całkiem bez kontaktu ze światem? — Stilinski brzmi na tak samo zaciekawionego jak i przerażonego — Chyba nie dałbym rady... Poza tym nie wolisz być wtedy sam?

— Nie chce być sam, a nawet nie powonieniem... muszę mieć pewność, że nie dam się ponieść podczas pełni, a skoro nie mam własnego stada ani rodziny dlatego...

— Liczysz na pomoc emisariusza?

— Właściwie, to nawet o tym nie pomyślałem — Peter ma ochotę odgryźć sobie język. No i po co on to do cholery powiedział?! Teraz oczywiście Stiles wpatruje się w niego wyczekująco, a te jego brązowe ślepia działają na Hale'a jak serum prawdy. Co on ma zrobić?! Powiedzieć?! Tak teraz... bez żadnego przygotowania? Może lepiej byłoby uciec przez okno...

Hale kilka razy otwiera i zamyka usta. To musi wyglądać przezabawnie, ale Stiles jakoś się nie śmieje. Właściwie jego twarz z każdą sekundą coraz bardziej przypomina obojętną maskę, ale Peter dzięki swoim wikołaczym zdolnościom bez trudu może wyczuć jego szalejące emocje - rozczarowanie, smutek, złość, zmieszanie, wstyd, zawód? Niestety nie potrafi zgadnąć dlaczego chłopak czuje to wszystko.

— Stiles? Co się dzieje?

— Nic — mamrocze pod nosem — Myślałem po prostu, że skoro nie najgorzej ostatnio się dogadywaliśmy to myślisz o tym żebym... No wiesz? Ty jesteś wilkołakiem, alfą. Będziesz tworzył stado i tak dalej... A ja jestem emisariuszem...

— Ty...chcesz? Poważnie?

— Wiem, wiem. Głupio wyszło, co nie? — Stiles próbuje się uśmiechnąć, ale efekt jest raczej mizerny. — Ale luz, blues i solone orzeszki...

— Że co, proszę?

— W sensie nie było sprawy. — tłumaczy i brzmi na coraz bardziej zdenerwowanego — Wszystko gra!

Hale przez chwile wpatruje się w Stilesa bez słowa. Starając się jakoś uporządkować to czego właśnie się dowiedział. Czy to możliwe aby szczęści aż tak mu sprzyjało? Musi się jednak upewnić.

— Chcesz zostać emisariuszem mojego stada? — pyta i nawet nie stara się ukryć jak wielkim jest to dla niego zaskoczeniem — Mojego wciąż nieistniejącego stada, dodajmy dla ścisłości... Wiesz, że przede mną niesamowicie ciężkie miesiące? Nie wiem czy będę mógł zaryzykować ugryzienie kogokolwiek, a na pewno nie obędzie się bez wkurzenia łowców z całego hrabstwa... nie wspominając o Calaveras.

— Zawsze możesz przyjąć kogoś już przemienionego, albo zastosować ten sam manewr co Derek. Zaproponować ugryzienie, dać wybór... najlepiej komuś, komu wilkołactwo mogłoby uratować życie lub przywrócić sprawność...

— Może, mógłbym... — mamrocze cicho, wciąż wpatrując się w chłopaka z rosnącym niedowierzaniem. — Wracając jednak do sedna naszej rozmowy, Stiles... To co z McCallem? Za rok, może nawet mniej on również będzie budował własne stado. — Peter nie wie jak ma ubrać w słowa to co ma do przekazania. Tak aby Stilinski dobrze go zrozumiał.

— Wiem.

— Nie chcesz być w jego stadzie? Wydawało mi się, że pomimo jakichś drobnych kłopotów wciąż jest twoim najlepszym kumplem?

— Bo nim jest...

— To dlaczego...?

— Zaczynasz brzmieć jak pięciolatek: dlaczego? po co? — Stiles stara się zamaskować zawstydzenie, irytacją. Dopiero to uświadamia Hale'owi, że nastolatek czuje się odrzucony. — Mógłbyś po prostu uwierzyć, podziękować... powiedzieć, że nie wytrzymasz z moim ciągłym ględzeniem i zapomnielibyśmy o sprawie. — mamrocze pod nosem i Peter nie jest do końca pewien czy to miało dotrzeć do jego uszu.

— To nie tak. To zupełnie nie o to chodzi — mówi pospiesznie wilkołak — Chce cię w moim stadzie... Nie masz chyba pojęcia jak bardzo by mi to ułatwiło życie. Ale nie potrafię znaleźć żadnego racjonalnego powodu dla którego TY chciałbyś użerać się codziennie z kimś takim jak ja.

— Przecież teraz się dogadujemy?

— Znasz mnie. Wiesz, że potrafię być całkowitym dupkiem. Czasami wciąż nie radzę sobie sam ze sobą i wilk wychodzi na pierwszy plan.

— To w takim razie chyba dobrze się składa, że twój wilk mnie lubi, prawda?

— Zauważyłeś?! — pyta odrobinę spanikowany Hale.

— Do teraz nie wiedziałem czy to moja zasługa czy raczej tego, że ostatnio wciąż coś się działo. — przyznaje Stiles — Myślałem, że może jesteś skupiony na przeżyciu, a podążanie za jednym z pierwotnych instynktów jest dla wilkołaków czymś naturalnym...

— To nie to...

— Czyli pozostaje moja skromna osóbka?