niedziela, 31 marca 2019

Stackson/Sterek - Recykling cz.6


Beacon Hills przestało być centrum mojego wszechświata

***
Jak wiele razy wcześniej Stiles i Jackson wychodzą ramie w ramie w chłodną grudniową noc. Tym razem jednak każdy z nich pogrążony jest w swoich myślach. Od czasu do czasu tylko zerkając na drugiego i wymieniając kilka zdań. Stiles myśli, że wilkołak wciąż jest na niego trochę zły za to wmanewrowanie w przemyt. Zapewniał go chyba z dziesięć razy, że odda mu wszystką kasę, którą za to dostanie. Za ostatnim razem Jackson zmierzył go takim wzrokiem, że od razu zamilkł. Whittemore uciął rozmowę na ten temat jednym krótkim warknięciem: "Nie na tym mi zależy". Stilinski nadal nie wie co wilkołak miał przez to na myśli.
Zostało dwa tygodnie do ślubu Dereka i coś około trzech do świąt Bożego Narodzenia. Za godzinę są umówieni ze znajomym Braeden w jednej z małych knajpek na przedmieściach. Stilinski stara się tego nie okazywać, ale jest nieco podekscytowany całą tą sytuacją. Czuje się trochę jak bohater jednego z tych starych szpiegowskich filmów, które tak uwielbia Jackson. Wie, że wilkołak może wyczuć jego emocje, bo ma ten swój lekko durnowaty uśmieszek. Stiles szturcha go zaczepnie w żebra, a gdy ten łaskawie skupia na nim swoją uwagę, wyszczerza się do niego z zadowoleniem. Jackson przewraca oczami, ale widać, że walczy aby się nie roześmiać.
Gdy docierają na miejsce Stiles z powątpiewaniem rozgląda się po przytulnym wnętrzu. To miejsce idealne na rodzinny obiad, a nie załatwianie nielegalnych interesów. Jego wyobraźnia już wcześniej podsunęła mu obraz jakiejś starej, zaciemnionej i pełnej dymu papierosowego, knajpy. Wydyma wargi lekko rozczarowany, ale nie zdąża nawet zacząć marudzić, bo wilkołak wskazuje skinieniem głowy na mężczyznę w średnim wieku, który uważnie skanuje ich wzrokiem.
— Dobry wieczór — wita się z lekkim zawahaniem Whittemore
— Wy jesteście od Braeden? — od razu do sedna, a kiedy przytakują ten nieco się krzywi — Nie wiedziałem, że zaczęła pracować z dzieciakami...
— To jednorazowa sprawa — prycha Stiles — przysługa po znajomości. — dodaje.
— Okay... — przytakuje starszy, gdy zajmują miejsca na przeciwko niego. Kelnerka pojawia się niemal od razu i to całkiem miło, bo na dworze zrobiło się cholernie zimno. Siąpi deszcz ze śniegiem, a na dodatek pizga wiatrem, więc Stiles nie pogardzi gorąca herbatą.
***
Wymieniają jeszcze kilka nic nie znaczących zdań, a Stiles dostaje nawet bardzo starannie zapakowaną w świąteczny papier paczkę. Śmieje się krótko, bo to dosyć komiczne: nielegalnie przemycony antyk w niewinnie wyglądającym kiczowatym opakowaniu z Rudolfem.
— Wesołych świąt! — woła facet nieco głośniej niż to konieczne i po niecałych dziesięciu minutach żegna się z nimi krótkim do widzenia.
— Tak... - wzdycha Jackson — No i teraz przede mną ta najgorsza część.
— Wiesz, że nie musisz?
— Yup... po prostu daj mi sobie trochę ponarzekać. — rzuca Whittemore z krzywym uśmieszkiem - Skoro tak jej zależy na tym żeby to do niej dotarło, to raczej nie grozi mi złapanie. Po prostu się stresuje i muszę się wygadać.
— Wiesz, że czasami wciąż nie mogę uwierzyć, że jesteś jedną i tą samą osobą, którą znałem z Beacon Hills. — wilkołak tylko unosi brew jakby nie do końca łapał o co mu chodzi.
— Uwierz: tamten Jackson Whittemore w życiu nie przyznałby się, że czymś się stresuje czy martwi. — mówi ostrożnie — Wiesz... ten typ jestem lepszy niż reszta świata.
— Było minęło — Jackson nie wydaje się być urażony. Tak właściwie to wygląda na odrobinę rozbawionego uwagą Stilinskiego. — Zdajesz sobie sprawę, że wcale tak nie było? To tylko taka poza... miałem swoje problemy, ale najlepiej wychodziło mi ich ignorowanie.
— Skąd ja to znam. — śmieje się Stiles — Z tym, że ja nigdy nie miałem czasu nawet myśleć o własnych sprawach. Tyle było zamieszania i kłopotów... na przykład z latającymi po mieście, przerośniętymi jaszczurkami czy złymi druidami.
— To chyba na dobre wyszło nam wyrwanie się z Beacon Hills? — Whittemore nagle brzmi na o wiele poważniejszego niż jeszcze kilka minut temu. Cała jego postawa aż krzyczy, że odpowiedź będzie dla niego istotna. Stiles łapie się na tym, że czuje zadowolenie i dziwne ciepło rozchodzące się po jego ciele, a usta same rozciągają się w szerokim uśmiechu. Nie jest przyzwyczajony do tego, że ktoś poświęca mu aż tyle uwagi ani do tego, że jego zdanie i samopoczucie jest ważne.
— Tak... mi na pewno — przyznaje i nagle to faktycznie do niego dociera. Gdyby nie wyniósł się na inny kontynent, to prawdopodobnie prędzej czy później wróciłby do rodzinnego domu, a co za tym idzie do stada. Codzienne widywanie Dereka z kimś innym nie pozwoliłoby mu zapomnieć ani ruszyć do przodu ze własnym życiem. I chociaż tęsknił za ojcem, Scottem a nawet za całym tym cholernym miasteczkiem, to zdecydowanie nie planował powrotu na stare śmieci.
Nie jest już tą samą osobą, która bardzo wystraszona i podłamana psychicznie wyjeżdżała z Beacon Hills. Studia, praca, brak ciągłego zagrożenia i przede wszystkim przyjaźń z Jacksonem dały mu siłę jakiej potrzebował by zacząć faktycznie żyć od nowa. Gdyby teraz próbował wpasować się w swoje stare życie, to z pewnością już nic nie byłoby tak jak przedtem. Trochę tak jakby po latach chciał założyć koszulkę z dzieciństwa. Mimo, że ją lubi i sam jej widok przywołuje wspomnienia, to nie ma najmniejszych szans na to, że zmieści w nią zmieści.
— Stiles? — głos Whittemorta dobiega jakby z bardzo daleka.
— Hm?
— Odpłynąłeś mi gdzieś na chwilę. — wzdycha ze smutnym uśmiechem
— Tak. — przyznaje cicho — Ale już jestem z powrotem... — dodaje — A ty mógłbyś od tak spakować się i wrócić do Beacon Hills?
— Nie. — parska zaskoczony Jackson — Nie ma mowy... to już nie jest moje miejsce. Tutaj czuję się o wiele lepiej. — wzrusza ramionami — I nie twierdzę, że zostane tu na zawsze. Może za kilka lat wrócę do Stanów albo wyprowadzę się do Australii... może będę obywatelem świata? Mam tyle możliwości... ale póki co nawet nie myślałem o powrocie do Beacon Hills. — Stilinski wpatruje się w niego z wyraźnym szokiem, bo to była najbardziej emocjonalna wypowiedź Jacksona Whittemorta jaką słyszał w życiu. Co dziwne, to co powiedział wilkołak nie różni się zbytnio od tego czego chce od życia on sam. — Dlaczego pytasz tak właściwie? Ty mógłbyś?
— Nope. Nie pasowałbym już tam. Beacon Hills przestało być centrum mojego wszechświata.

piątek, 18 stycznia 2019

Stackson/Sterek - Recykling cz.5

Recykling - "Pieprzyć jego życie"
***
Derek musi już wychodzić inaczej spóźni się na ostatnią przymiarkę tego cholernego garnituru, a wtedy Peter i Isaac będą mu zrzędzić nad uchem przez kilka godzin. Tylko, że za nic nie może zlokalizować swojego telefonu. Mógłby przysiąc, że zostawił go w sypialni pod poduszką. Niestety tam go nie ma, podobnie jak w i na szafie, pod materacem i w łazience. Sprawdza nawet czy przez przypadek nie wrzucił go razem ze swoimi rzeczami do pralki. Przeklina pod nosem i rezygnuje z dalszych poszukiwań, bo zostało mu już tylko siedem minut do umówionego spotkania. Peter prawdopodobnie czeka na niego w salonie i narzeka ekspedientkom na to jakiego ma niedobrego i niewychowanego siostrzeńca.
Czasami ma wrażenie, że stado przejmuje się jego ślubem o wiele bardziej niż on sam. Po części czuje się z tym źle, bo to dla kogoś z zewnątrz może wyglądać jakby nie zależało mu na narzeczonej. A tak nie jest do cholery! Braeden jest kimś kogo może być pewien. Wie, że w razie co będzie sobie w stanie poradzić bez jego pomocy... Ufa jej też jeśli chodzi o własne życie. A o to chyba głownie się rozchodzi w małżeństwie, prawda? O zaufanie. Pozostałe emocje jakie przy niej czuje są tylko miłym dodatkiem. Jego poprzednie związki nauczyły go, że zbytnio polegał na uczuciach.
Dobrze się dogadują i oboje chcą odrobiny stabilności w życiu. Ślub nie wydawał im się złym pomysłem... Przecież w zasadzie to nic nie zmieni prawda? Braeden i tak z nimi pomieszkuje, pomaga im w razie kłopotów i bez trudu udało jej się złapać kontakt ze stadem. Czego można chcieć więcej?
Już jest za drzwiami mieszkania, gdy ze środka słychać znajomą melodię jego komórki. Wzdycha ciężko i podąża za irytującym dźwiękiem. Co najdziwniejsze znajduje smartphona na parapecie pod laptopem Braeden. Obok leżą jakieś jej porozrzucane notatki. Zerka pobieżnie... coś o starożytnych ostrzach w kształcie półksiężyców. Pewnie kolejny kolekcjoner zatrudnił ją aby dostarczyła mu jakąś drogą zabaweczkę. Nie rozumie ludzi którzy wydają krocie na przedmioty, których tak na prawdę nigdy nie używają. Jego wuj ma słabość do najróżniejszych dziwactw z całego świata, więc w zasadzie te cholerne noże mogą być dla niego.
Ponownie zaklucza drzwi i już ma wsiadać do windy, kiedy telefon w jego dłoni zaczyna brzęczeć. Zerka na wyświetlacz - Peter. Przewraca oczami.
— Już jadę!  oznajmia zamiast przywitania i nie daje wujowi szansy na odpowiedź tylko kończy rozmowę. Naprawdę nie ma ochoty wysłuchiwać zrzędzenia starszego wilkołaka przez kolejne minuty. I tak będzie musiał przez to przebrnąć na miejscu... Po co męczyć się dwa razy?
Dopiero w windzie zerka ponownie na swój telefon z zastanowieniem. Wpisuje kod blokady i klika w listę połączeń. Sprawdza ostatnie wychodzące i niemal doznaje szoku. Kurwa. Tak długo ignorował ten szczególny kontakt... niby już dawno mógł go usunąć, a jednak cały czas jakaś niezrozumiała siła go od tego odciągała.
Sprawdza szczegóły połączenia, bo może to tylko pomyłka? Te dotykowe telefony czasami płatają ludziom figle. Może chciała zadzwonić do kogoś, kogo ma podobnie zapisanego... Jednak długość rozmowy wyklucza tą ewentualność.
O czym Braeden mogła rozmawiać ze Stilesem przez piętnaście minut?!
***
Kurwa.
Stiles nie wierzy w swoją głupotę. Jak mógł się zgodzić, to zrobić? Ma ochotę zadzwonić i powiedzieć, że jednak nie da rady. Jackson się nie zgodził czy coś w tym stylu, ale jest niemal pewien, że Derek ma w telefonie również aktualny numer Whittemorta i Braeden może wpaść na genialny pomysł namówienia wilkołaka do współpracy.
Pieprzyć jego życie.
Spodziewał się, że ta rozmowa niesie ze sobą kłopoty... Tylko nie przewidział, że będą one dotyczyły czegoś tak absurdalnego! Co prawda obiecała odpalić mu sporą część zarobku za fatygę i to pozwoliłoby mu na podreperowanie budżetu, a nawet mógłby co nieco odłożyć na gorsze jutro. Nie jest pewien czy, to jest warte jego nerwów. Nawet nie chodzi o to, że byłby zmuszony złamać prawo, bo to już zdarzało się wcześniej, gdy musiał ratować czyjś wilkołaczy tyłek z tarapatów. A bardziej o fakt, że cała ta sprawa wiąże się z Braeden, która wyraźnie nie ma pojęcia o tym co łączyło Stilesa i jej przyszłego męża. On nie ma zamiaru jej o tym uświadamiać. Nope. Z tego co pamiętał to dziewczyna całkiem nieźle posługuje się bronią. Dziękuje bardzo.
Pozostaje mu tylko kwestia przekonania Jacksona do tego żeby mu pomógł. Zdaje sobie sprawę, że sam raczej nie da sobie rady. Nawet gdyby, to nie ma zamiaru pokazywać się w Beacon Hills wcześniej niż w święta Bożego Narodzenia. To oznacza, że Whittemore będzie musiał dostarczyć przesyłkę na ślub w jego imieniu.
***
Nie do końca wie jak ma w ogóle zacząć temat. Wzdycha po raz kolejny, wpatrując się w ekran telewizora. Byli umówieni z Jacksonem na oglądanie meczu, ale za cholerę nie może się skupić na śledzeniu gry.
Zaraz chwila - Której drużynie tak właściwie ma kibicować?
Tak zwanym kątem oka dostrzega, że wilkołak znowu przygląda mu się z krzywym uśmieszkiem. Prawdopodobnie zdaje sobie sprawę, że Stiles męczy się z jakąś sprawą. Dupek.
 — Odebrałem dzisiaj ciekawy telefon.  mamrocze w końcu
 — Uhm?
 Od Dereka... znaczy się z jego telefonu, ale nie on dzwonił  uściśla
 — Pytali o to czy będziesz na ślubie?
— Tak pośrednio... Bardziej chodziło jej o to czy nadal jestem w Londynie i czy wyświadczyłbym jej małą przysługę.
 — Ale komu?  pyta Jackson lekko zaniepokojonym tonem.
 Braeden
— Chyba się nie zgodziłeś?!
 Umm... znaczy się, tak jakby. - jąka się nerwowo - Mogłem powiedzieć, że to dostarczysz?
 Stiles...  Whittemore wzdycha ciężko, tak jakby nie miał już do niego siły. Nie żeby Stilinski mu się specjalnie dziwił, bo momentami sam ma siebie dosyć.  Wytłumacz mi o co dokładnie chodzi.  dodaje. Stiles sięga po pilota i wycisza telewizor.
— Jutro o dwudziestej mamy spotkanie z jednym z jej znajomych przemytników... który przywiózł do Londynu przesyłkę z jakimś antykiem.  mówi bardzo szybko i denerwuje się coraz bardziej, bo Jackson wpatruje się w niego z rosnącym niedowierzaniem.  Wszystko jest opłacone... wystarczy odebrać i przewieść do Stanów.
 Wiesz na co ty się zgodziłeś? — Jackson uparcie patrzy mu w oczy i Stiles może tylko skinąć głową — Chcesz mnie wysłać do więzienia za przemyt... cholera Stilinski! Jeśli mnie złapią...
— Nie złapią... kilku ludzi na lotniskach też jest opłaconych.  mamrocze  Zrozumiem jeśli się nie zgodzisz.
— Tak? I co niby wtedy zrobisz?  prycha
 Jak to co? Pójdę na ten jebany ślub i to dostarczę...
 Nie chcesz tam iść, prawda?
 Nah  przyznaje.
 Jak ja cię nienawidzę...  jęczy cicho Whittemore
 — To znaczy, że...?
 Przewiozę to, ale jak mnie zamknął za przemyt, to ty mi będziesz wysyłał paczki do więzienia.  grozi wilkołak, zaciskając dłoń na ramieniu Stilesa, ale nie na tyle mocno by zostawić ślad.

czwartek, 17 stycznia 2019

Steter - Gorszy Dzień cz.6

***
Parkując na podjeździe Stiles ze zdziwieniem zauważa, że ojciec jest już w domu i to najwyraźniej nie sam. Obok radiowozu stoi znajomo wyglądający, granatowy garbusek. Wygląda na to, że jego staruszek zorganizował sobie randkę i Stiles bardzo nie chce niczego zepsuć swoim niespodziewanym wtargnięciem. Gdyby okoliczności były nieco inne mogliby poczekać w samochodzie... ale biorąc pod uwagę psiaki Deucaliona panoszące się w Beacon Hills oraz to, że musi przygotować kilka rzeczy do podróży astralnej, to nie bardzo mogą sobie na to pozwolić.
Ciszę przerywa cichy śmiech Petera. Stilinski patrzy na niego z lekkim zmieszaniem dopóki nie dociera do niego fakt, że wilkołak najprawdopodobniej śmieje się z czegoś co usłyszał z domu.
- Powiedz mi. - rozkazuje. Hale kręci głową i wyszczerza się do niego, co Stiles uznaje za nieco przerażające i ujmujące w tym samym czasie. Nie znaczy to jednak, że nastolatek zamierza mu odpuścić. Wpatruje się w Hale'a mrużąc oczy i niemo domagając się szczegółowego raportu z tego co dzieje się w domu. - Peteeeer NO!
- Nie chcesz tam teraz wchodzić - wykrztusza w końcu wilkołak, a zaraz potem chichocze kolejny raz.
- Ale... - potrzebuje dokładnie pięciu sekund żeby wyciągnąć odpowiednie wnioski - Serio?
- Uhm...
- Jedziemy stąd! - niemal piszczy odpalając Jeepa. Nie ma najmniejszego zamiaru być w pobliżu gdy to się dzieje. Nie sądził, że jego staruszek jest taki szybki... ale kto wie ile czasu zbierał się na odwagę żeby zaprosić gdzieś Abigail. I to nie tak, że ma coś przeciwko temu żeby ojciec ponownie ułożył sobie życie... albo, że nie lubi jego wybranki. Tylko nie koniecznie chce być świadkiem przejścia ich znajomości na wyższy poziom. Mimo wszystko John jest jego ojcem i jak to się mówi są pewne rzeczy, których dzieci nie powinny wiedzieć o swoich rodzicach...
- Szeryf ma całkiem niezły gust co do kobiet - oznajmia niespodziewanie Hale. Stiles nic na to nie odpowiada tylko zerka na niego pytająco - Pamiętam też twoją mamę... może nie jakoś szczególnie dokładnie, ale sam wygląd i ogólne wrażenie jakie robiła na ludziach. - Milknie na chwilę - Wyróżniała się na tle szarych i nudnych mieszkańców małego miasteczka. Była trochę jak z innego świata... Jesteś do niej bardzo podobny.
- Wydaje ci się... - Stilinski czuje się nieco zakłopotany, bo został właśnie poczęstowany najpiękniejszym komplementem jaki mógł sobie tylko wyobrazić. Zawsze chciał być taki jak mama... Wciąż pamięta tą pozytywna energie i szczery uśmiech Claudii i to, że w jakiś sposób zarażała nią wszystkich dookoła.
- Dopiero od niedawna, ale uwierz... doskonale widzę jaki jesteś. - odpowiada Peter z niezwykłą dla niego powagą.
Stilinski nie ma pojęcia co na to odpowiedzieć, a naprawdę chciałby. Jak na złość wszystkie błyskotliwe i dowcipne uwagi uciekają mu z głowy. Została tylko dezorientacja i lekki popłoch. To nie jest dla niego znajoma sytuacja - gdy nie wie co powiedzieć. Przecież on jest znany właśnie z tego, że zawsze ma coś do dodania! Zerka na wilkołaka i z ulgą dostrzega, że ten nie wlepia w niego swojego wszechwiedzącego spojrzenia tylko skupiony jest raczej na tym co mijają po drodze. Sądząc po jego postawie, to wypatruje wszelkich śladów bytności stada alf albo innych nieznanych nastolatkowi zagrożeń. To trochę niepokojące, że zna Petera na tyle dobrze, że jest w stanie poznać jego ogólny nastrój czy samopoczucie po samej mimice i gestach. Zdaje sobie sprawę, że powinien większą uwagę poświecić prowadzeniu Jeepa niż swojemu pasażerowi i dlatego od czasu do czasu zerka przed siebie i w lusterka, ale zaraz potem jego spojrzenie z powrotem skupia się na Hale'u. Wyraźnie go coś niepokoi i jakiś szósty zmysł podpowiada Stilinskiemu, że to nie ma bezpośredniego powiązania z czekającym ich starciem.
- Co się dzieje? - pyta. Domyśla się, że Peter nie powie mu sam z siebie o co chodzi. Stiles ma jednak już całkiem sporo wprawy w wyciąganiu zeznań z opornych wilkołaków... Na bieżąco radzi sobie ze Scottem czy Derekiem.
- A co niby ma się dziać? - prycha Peter - Kolejny ekscytujący dzień przed nami... - Nie jest to kłamstwo, ale też nie cała prawda. Stilinski może poznać to po tym jak wilkołak zaciska szczękę i marszczy brwi w skupieniu. Najwyraźniej Peter stara się nie zdradzić za wiele z tego co dzieje się w jego głowie. Ale Stiles naprawdę chce to wiedzieć!
- I tylko o to chodzi?
- A to za mało? - Hale unosi brew w zapytaniu i wreszcie skupia na nim swój wzrok.
- Nie... ale wiem, że jest coś jeszcze.
- Może tak, może nie.
- Chcesz mi podnieść ciśnienie takimi odpowiedziami? - pyta stiles nieco poirytowany
- Bardziej sugeruję, że nie mam ochoty o tym rozmawiać.
- Świetnie. - syczy nastolatek pod nosem. To tyle jeśli chodzi o zaufanie...
- To nie to co pewnie myślisz. Mógłbym powiedzieć, ale nie chcę jeszcze bardziej namieszać przed tym co czeka nas jutro.
- A da się bardziej?
- Oczywiście, że się da. Zawsze jest tak, że jak ci się wdaje, że gorzej już być nie może, to dzieje się coś co uświadamia ci jak bardzo się myliłeś.
- A może jeśli powiesz co siedzi w twojej zakazanej łepetynie, to ubędzie nam zmartwień?
- Nie sądzę. - oznajmił Hale i to takim tonem, że każdemu normalnemu człowiekowi odechciałby się dalszego dociekania. Cóż dobrze w takim razie, że Stiles nie uważał się za całkowicie zdrowego na umyśle... bo bądźmy szczerzy jaki zrównoważony psychicznie nastolatek ganiałby za bandą wilkołaków, zamiast zająć się swoim ledwo istniejącym życiem towarzyskim? Przyznaje się bez bicia do tego, że jest odrobinę szalony. I dobrze mu z tym.
- Minęło jakieś czterdzieści pięć minut naszej wycieczki... myślisz, że możemy już wrócić?
- Dajmy im jeszcze ekstra kwadrans... Panna Green wygląda na wymagającą. - odpowiada Hale lekko. Najwyraźniej sądzi, że poprzedni temat został już zakończony. Jeśli tak, to najwyraźniej nie zna Stilesa Stilinskiego tak dobrze jak mu się wydaje.

***
Zatrzymują się na jednej ze stacji benzenowych i Stiles biegnie po herbaty i coś na ząb, bo od tego myślenia i zamartwiania się burczy mu już w brzuchu. Najwyraźniej stres wpływa na jego i tak spory apetyt pobudzająco.
Gdy wraca ma ze soba dwa gigantyczne kubki z herbatą owocową, dwa całkiem spore opakowania z kręconymi frytkami, dwie zapiekanki z pieczarkami i trzy pudełeczka z różnymi sosami. Peter patrzy na niego potem na jedzenie i znów na niego. Po czym uśmiecha się wrednie.
- Masz tasiemca?
- Dziesięć od razu - wywraca oczami, bo to nie tak, że nie słyszał takich uwag wcześniej.
- Sądząc po twojej sylwetce i tym ile potrafisz zjeść...
- Zazdrościsz?
- Współczuję szeryfowi... ciebie łatwiej ubrać niż nakarmić - Peter szczerzy się do niego, najwyraźniej bardzo z siebie zadowolony.
- Haha. - mamrocze Stilinski - a teraz przeproś, bo połowa tego jest dla ciebie...

***
Dopiero gdy po jedzeniu zostają tylko papierki i tłuste plamy na ich ubraniach nastolatek postanawia wrócić do poprzedniego tematu. Czujność Hale'a została nieco uśpiona i jest szansa na to, że uda mu się coś ugrać.
- Więc co cię martwi?
- To był podstęp, prawda... wzbudzenie zaufania, przyjazna atmosfera, a teraz czas na zeznania?
- Przejrzałeś mnie - kpi Stiles - Ale tak serio Peter, to byłoby lepiej jakbyś się tak nie dąsał
- Ja się nie DĄSAM!
- A niby co robisz?
- Taktownie milczę...
- A mówienie o tym co cię męczy byłoby nietaktowne? - prycha nastolatek - Czy ty sam siebie słyszysz?!
- Yup.
- Hele.
- Tak się nazywam.
- Kurwa.
- Tak się nie nazywam...
- Mów o co chodzi, bo inaczej cały czas będę się tym dręczył i przez to nie będę w stanie skupić się na darachu tak jak powonieniem.
- Stilinski... niby taki niepozorny, a dokładnie wiesz za jaka strunę pociągnąć, żeby ktoś zagrał tak jak chcesz.
- Nie chciałem tego w ten sposób... ale
- Już skończ się tłumaczyć...
- To co cię trapi?
- Ty.
- Ja? - powiedzieć, że jest zszokowany to mało - Jak to ja?!
- To w jaki sposób ja zachowuję się przy tobie... - Stiles nadal nie wie o czym Hale mówi - Moja wilcza strona lgnie do ciebie jakbyś był... watahą, domem i wszystkim tym co mnie stabilizuje.
- A czy to źle?
- A dobrze? - Peter wygląda na zdezorientowanego, winnego i jednocześnie pełnego nadziei - Chcesz mieć mnie uwiązanego do siebie jak kulę u nogi do końca życia?

***

Peter nic nie może poradzić na to, że jego oddech odrobinę rwie się, kiedy wciąż czeka na odpowiedź Stilesa. Jakkolwiek zawsze starał się zrobić coś żeby chłopak choć na o chwile zapomniał języka w gębie, tak teraz wcale nie podoba mu się jego milczenie.
Powinien siedzieć cicho tak długo jak to możliwe... przynajmniej mógł być w pobliżu. Nie wie czy jest jeszcze jakaś szansa na to żeby, to wszystko odkręcić czy obrócić w żart. Stilinski w końcu na niego patrzy i Peter ze zdziwieniem nie dostrzega w jego spojrzeniu przerażenia czy niechęci.
- Jeśli nie staniesz się na powrót psychopatycznym monstrum, wyglądającym jak coś żywcem wyjętego z horrorów klasy B, to... cóż nie mam nic przeciwko żebyś kręcił się gdzieś w pobliżu.
Coś podpowiada wilkołakowi, że Stiles nie rozumie, albo świadomie nie dopuszcza do siebie faktu, że on chciałby czegoś innego niż "kręcenie się w pobliżu". Teraz może faktycznie zadowolić go sama przyjaźń. To lepsze niż nic, przynajmniej ma pewność, że w jakiś sposób jest chciany. Nie wie tylko na jak długo, to wystarczy, ani co zrobi gdy Stiles zacznie się z kimś spotykać. Ta ich teraźniejsza relacja może wynikać bardziej z tego, że chłopak czuje się samotny i nieco odepchnięty przez resztę stada...

Peter nie chce być zastępstwem...

Dopiero dzisiaj rozumie to, co jego wilcza strona próbowała mu przekazać przez kilka ostatnich dni. Czuje się jak idiota, bo jak mógł nie zauważyć tego, że zaczął się zakochiwać? Może do woli zganiać na swoją kiepską formę fizyczną, ale przecież na Boga to musiało siedzieć w nim już od jakiegoś czasu... To dziwne przyciąganie i fascynacja pyskatym gówniarzem towarzyszyła mu jeszcze wtedy, gdy był alfą.
Niestety najwyraźniej tacy jak on nie dostają swoich szczęśliwych zakończeń. Nie żeby już się do tego nie przyzwyczaił. Jednak gdzieś wciąż ma nadzieję na to, że jeszcze wszystko może się zmienić. Tej konkretnej sprawy nie potrafi i nawet nie chce odpuszczać. Poczeka, może jeszcze coś się zmieni. Póki co... Będzie dokładnie tym kogo Stiles potrzebuje.

Oczywiście o ile uda im się przeżyć kolejny dzień.

***
To może być jedna z najwymyślniejszych tortur jaką zafundowało Peterowi życie. Zasypianie obok Stilesa ze świadomością, że nie może być tak blisko niego jak chce... Objęcie chłopaka i wtulenie nosa w jego szyję jest tym czego domaga się wilk. Peter czuje się tak zjednoczony ze swoim drugim ja jak jeszcze nigdy przedtem. Dotknąć, dotknąć, dotknąć. To naglące i wręcz rozpalające jego umysł pragnienie, nie opuszcza go nawet na sekundę. Wilk chce naznaczyć co jego, a staje się to niemal nie do zatrzymania, gdy Stiles przewraca się na drugi bok i otwiera swoje ciekawskie, brązowe ślepia. Hale wie, że zaraz zacznie się seria pytań i już ma ochotę schować się pod łóżkiem byleby tego uniknąć.
I pozostają w ten sposób przez kolejne kilka minut - tylko patrząc na siebie. Wilkołak próbuje odgadnąć o czym myśli Stiles, a sądząc po zmarszczonych brwiach i zaciśniętych ustach, to chłopak zastanawia się co też siedzi w głowie Petera. I teraz Hale sam już nie wie co gorsze - bycie przesłuchiwanym czy ta pełna napięcia cisza. Sprawy nie ułatwia to, że z trudem powstrzymuje się przed sięgnięciem do Stilinskiego. Jakiś cholernie natrętny głosik w głowie cały czas przypomina mu, że to może być jedyna okazja. Ich jutro jest bardzo niepewne. Peter wie ile rzeczy może iść nie po ich myśli i to go przeraża. Najchętniej wywiózłby chłopaka jak najdalej stąd. Jednak wtedy szanse Dereka i jego stada spadłyby niemal do zera. Nie może zrobić tego sobie ani jemu. Nie chce przyczynić się do śmierci własnego siostrzeńca. Wybór pomiędzy tym co trzeba, a tym co chciałby zrobić jeszcze nigdy nie był tak trudny.
Boi się, że to wybór pomiędzy życiem Dereka, a Stilesa.
Niby Stilinski zapewniał go kilka razy, że ma spore szanse na całkowite pokonanie daracha i sprawienie, że dawna Jennifer ponownie przejmie dowodzenie. Z tego co Stiles mu tłumaczył wynika, że to trochę jak rozdwojenie jaźni... Moc Nemetonu i chęć zemsty całkowicie zdominowały umysł emisariuszki, ale usunięcie tego wpływu - czyli całkowite rozładowanie nagromadzonej energii powinno jej pomóc. A jeśli jej rycerz w srebrnej zbroi (czytaj:Derek) pomści krzywdy, które jej wyrządzono, to istnieją spore szanse, że morderczy szał nieco osłabnie.

***
Stiles nie bardzo wie, co ma o tym wszystkim myśleć. Tak właściwie, to wolałby w ogóle nie myśleć chociaż przez te kilka godzin. Jednak coś nie pozwala mu zasnąć i sam nie bardzo rozumie co. Może to dziwne zachowanie Petera, który jak nigdy wcześniej zdaje się być myślami zupełnie gdzie indziej. To jak wilkołak pilnuje się żeby go tylko przypadkiem nie dotknąć zaczęło być irytujące. Szczególnie, że przez ten czas, kiedy pomieszkiwał w jego pokoju zdawał się nie mieć pojęcia czym jest przestrzeń osobista. Teraz nagle dostał jakiegoś uczulenia na dotyk, czy co do cholery? Nastolatek odwraca się twarzą do Hale'a i pomimo półmroku może dostrzec wpatrzone w niego niebieskie oczy. Wilcze oczy.
Wygląda na to, że Peter powstrzymuje się nie tylko od jakiegokolwiek ruchu, ale też od przemiany. Może to wpływ zbliżającego się zaćmienia, że nawet ktoś kto urodził się wilkołakiem czuje silny wpływ księżyca?
- Wszystko gra? - pyta cicho
- Uhm
Czeka cierpliwie na jakieś dalsze rozwinięcie tej odpowiedzi, ale oczywiście to nie nadchodzi. Stiles prycha zirytowany, bo nawet gdyby panowały egipskie ciemności to i tak zdołałby zorientować się, że coś jest nie w porządku. Nie rozumie tylko po co i dlaczego wilkołak stara się go zbyć. Myśli, że Stilesa to ni obejdzie? Nawet jeśli niektóre wilcze ciągoty nie są dla niego całkiem jasne, to przecież Hale może mu wytłumaczyć... Może mógłby coś zrobić? Jedno jest pewne - jeśli Peter nie przestanie zachowywać się w ten sposób, to żaden z nich nie zmruży oka. Stilinski nie potrafi zasnąć, gdy ktoś się na niego tak natarczywie gapi.
- Nie wiem co cię ugryzło... ale masz trzy sekundy na to żeby mi powiedzieć albo przestać o tym w kółko myśleć i zacząć się zachowywać tak jak zawsze. - oznajmia spokojnie.
Czeka i wyraźnie słyszy jak wilkołak oddycha kilka razy głębiej, ale wciąż czai się gdzieś na samym krańcu materaca. Stiles ma dosyć tej dziecinady. Przesuwa się kilka centymetrów tak, że znajduje się centralnie na samym środku łóżka, a jego prawa ręka wczepia się w ramie Petera. Czuje pod palcami lekkie wzdrygnięcie i już ma zabrać dłoń. Zanim zdąża to zrobić Hale nakrywa ją własną ręką. To taki prosty gest, ale czuć w nim dziwne ciepło. Stiles myśli, że mógł źle zrozumieć kilka rzeczy. Może Peter wcale nie szuka u niego przyjaźni? I dlaczego to do cholery nie przeraża go tak bardzo jak powinno?

***

Budzą się kilka minut po siódmej, a Stiles stara się jak tylko może wyrzucić z głowy wczorajszy wieczór. Teraz potrzebuje przede wszystkim skupić się na bieżących problemach, jakimi są dla nich darach i stado alf. Całą tą sprawę z Peterem i tym co siedzi w jego głowie musi odłożyć na dogodniejszy czas. Na przykład na kolejny tydzień, gdy nic nie będzie próbowało ich zabić.
- Wychodzimy jak tylko mój ojciec zniknie w swoim pokoju - mówi - Nie mogę teraz się z nim widzieć... zna mnie lepiej niż ktokolwiek inny i od razu poznałby, że coś jest nie tak.
- W porządku - Hale zbiera do jego plecaka wszystko co będzie im niezbędne do zrobienia pułapek na daracha i Deucaliona. - Wciąż nie podoba mi się twój plan.
- Peter! Naprawdę muszę ci kolejny raz tłumaczyć, że nie mamy innego wyjścia?
- Nie mówię, że się nie wywiąże ze swojej części... tylko, że jakoś nie cieszę się wizją upuszczenia ci krwi. - Hale cedzi przez zaciśnięte zęby
- Nic mi nie będzie... - mamrocze pod nosem, ale oczywiście super słuch wilkołaka nie działa na jego korzyść.
- A możesz mi to zagwarantować?
- Ummm, nie bardzo. - Hale nic na to nie mówi, ale jego oczy przez ułamek sekundy stają się wilcze, a z gardła wyrywa się ostre warknięcie.
***
Szeryf na szczęście nie próbuje dobijać się do jego pokoju, by opieprzyć go o to, że po raz kolejny spóźnia się na zajęcia. Prawdopodobnie jest tak zmęczony po całonocnej randce i próbach przygotowania śniadania dla Abigail, że nawet nie orientuje się, że jego nastoletni syn powinien być od jakiejś godziny w szkole. Rodzic roku... ale ten jeden raz Stiles nie zamierza na to narzekać. Tak dla pewności odczekują jeszcze dziesięć minut. I dopiero, gdy Peter korzystając ze swojego super słuchu, stwierdza że John zasnął, wychodzą. W mniej niż dwie minuty odjeżdżają z podjazdu i nawet jeśli ryk silnika obudził szeryfa, to i tak już nie ma znaczenia.
Kierują się na zachód miasteczka, do starych magazynów, które znajdowały się na granicy Beacon Hills i ciągnącego się wiele kilometrów rezerwatu. Stiles wpatruje się w szary asfalt przed nimi, bo wie, że oczy wilkołaka skupione są na nim i za nic w świecie nie chce teraz odwzajemnić tego spojrzenia. Cokolwiek między nimi się dzieje nie wpływa dobrze na ich i tak wybrakowany plan działania.
Oddycha z ulgą, kiedy w umówionym miejscu dostrzega Scotta i Deatona. Zatrzymuje się na chwilę, bo musi wiedzieć czy wszystko u nich dobrze.
- Do zaćmienia zostało mniej niż cztery godziny - mówi Alan zamiast przywitania - Musicie się pospieszyć.
- A gdzie Derek? - pyta Peter przechylając się lekko w stronę otwartego okna, co nie było raczej koniecznością skoro Scott słyszy równie dobrze co on. Może to ma coś wspólnego z tym, jak twarz Deatona zmienia się w nieprzeniknioną maskę, a McCall wpatruje się w Stilesa jakby go nie znał lub nie wierzył, że można być tak głupim. A to bardzo nie podoba się Stilnskiemu, bo takie wzrokowe okazywanie dezaprobaty powinno być zarezerwowane tylko i wyłącznie dla niego.
- Spotkał się z Jennifer - odpowiada emisariusz.
Stiles może poczuć ciepły powiew powietrza, gdy Hale oddycha z ulgą. Peter może nabierać wszystkich dookoła, że wciąż jest zimnokrwistym skurwielem, ale Stiles wie, że to tylko taki teatrzyk. Odruchowo zerka w jego stronę i dopiero, uświadamia mu jak blisko są. To może być przyczyna dla której pozostała dwójka wciąż wpatruje się w nich jak w jakieś dziwaczne stworzenie. Nie do końca będąc pewnym, co to dokładnie jest i czy aby na pewno nie wyrządzi jakichś szkód. Cóż... to mają mały kłopot, bo tak się składa, że nastolatek sam do końca nie wie czym są i jak to wszystko się skończy.
- Okay - mamrocze cichutko - Widzimy się po wszystkim! - dodaje pewniejszym głosem, bo odrobina pozytywnego nastawienia jeszcze nikomu nie zaszkodziła.
***
Stiles nie mówi tego głośno, ale w pewien sposób czuje się pewniej mając kogoś obok siebie. Nastrój tego miejsca i naturalna energia, którą promieniuje las lekko go dezorientuje. To tak jakby łączyć ze sobą dwie przeciwstawne siły. Las wydaje się tętnić życiem, ale ziemia na której stoją budynki... coś jest w niej innego. Może wyczuć ten dziwaczny rodzaj odpychania, spowodowany nagłymi zmianami w przepływie energii. To trochę tak jak zerwany most, który nie tyle jest w stanie zobaczyć, co bardziej wyczuć. Każda kolejna taka wyrwa sprawia, że bardziej się boi. Różnie mówi się o strachu... że motywuje do działania, odbiera zdolność racjonalnego myślenia oraz, że tylko głupcy niczego się nie boją. W normalnej sytuacji nastolatek zgadza się po części z każdym z tych powiedzonek. Tylko, że tym razem wyraźnie coś jest nie tak. Taki rodzaj przerażenia czy wręcz terroru jest mu całkiem obcy. Nawet wtedy, gdy został porwany przez ludzi Gerarda nie bał się tak jak teraz. Dodatkowo czuje jakby te odczucia tak naprawdę nie należały do niego... jakby pochodziły z zewnątrz.
Może przez to, że jest dopiero początkującym druidem, zajmuje mu tak długo zorientowanie się, co to oznacza. Ta pustka i fale bólusmutkustrachu porozsiewane po całym pomieszczeniu, to ślady śmierci. Siedemnaście takich punktów. Siedemnaście śmierci. Siedemnaście morderstw.
- Stiles? - głos wilkołaka sprawia, że wraca do rzeczywistości i ze zdziwieniem zauważa, że prawie wszystko jest gotowe. W rozsypce jest tylko on sam. - Coś się stało?
- Co wiesz o tym miejscu? - pyta niemal gorączkowo.
- Niewiele... zakład produkujący części do samochodów został zamknięty, kiedy jeszcze byłem dzieciakiem, a później przez kilka lat był tutaj skup złomu... z czasem wszystko zniszczało i zarosło krzakami... nic szczególnego.
- Nie powiedziałbym. - mówi Stilinski z przekąsem
- Co masz na myśli?
- Na pewno to, że nie należy tu przyprowadzać Lydii skoro Jennifer tak łaskawie wyjawiła nam, że Martin jest banshee. - wie, że kluczy wokół tematu, ale bardzo nie chce mówić tego na głos, bo wtedy stanie się to bardziej realne. - Wiesz, że mogę jakby dostrzegać czy wyczuwać czyjąś aurę... aura to nic innego jak energia, która cały czas w nas krąży, a odcień aury mówi mi co nieco o danym człowieku...
- No i?
- To, że tylko śmierć zeruje tą energie.
- To znaczy, że ktoś tu umarł?
- Bardziej został zabity... i nie jedna osoba, a siedemnaście.
- Chryste. Co teraz? To nie przeszkadza w tym, co masz zamiar zrobić? - Peter wydaje się być prawie przerażony.
- Nie... - urywa na dwie sekundy - nienawidzę tego, że tak jest, ale... to w pewien sposób pomoże. Pomyśl - skoro mnie aż tak wytrąciło to z równowagi, to najprawdopodobniej to samo czeka daracha.
- Spróbuj spojrzeć na to w ten sposób: przynajmniej w jakimś stopniu ich śmierć będzie znacząca... wiem, że to tandetne i brzmi okropnie... ale i tak teraz nie ożywimy trupów. - Stiles wie, że starszy stara się na swój dziwaczny, odrobinę przerażający sposób go pocieszyć... - Nawet nie wyczuwam zapachu krwi ani niczego związanego z rozkładem... to musiało stać się kilka lub kilkanaście lat wcześniej.
***
Stiles ostrożnie rozsypuje jemiołę w płytkim rowku, wykopanym przez wilkołaka. Zostawia tylko malutką, dosłownie dwu centymetrową przerwę. Następnie powtarza to z proszkiem z jarzębu wymieszanym z jego krwią i popiołem z szałwii oraz zwyczajną solą kuchenną. Jak niedawno wyczytał te dwie ostatnie substancje pomagają odpędzać wszystko, co złe. Chronią. Ma nadzieje, że to zwiększy wytrzymałość pułapki.
Gdy mówił o swoim pomyśle Deatonowi był jeszcze niezdecydowany i bał się, że bardziej tym zaszkodzi. Niby w jednej ze starych ksiąg opisujących polowania na złe czarownice (bo są i dobre) uważano, to jako niezbędnik... ale wciąż zły druid, to nie wiedźma. Niby różnią się w niewielkim stopniu, ale darach z całą pewnością jest silniejszy. Starszy emisariusz nie pomógł mu za wiele, bo sam nigdy tego nie próbował, ale zapewnił, że na pewno nie zaszkodzi.

Gdy kończy patrzy z niewielkim uśmiechem na Petera, który odwzajemnia się lekkim grymasem. Teraz czas na świeżą krew. Jej zapach ma zmasować przed darachem i Deucalionem, to co tak naprawdę zamierzają. Jennifer jako pierwsza zostanie zwabiona do kręgu przez Dereka, a Deaton czekający w pobliżu go zamknie, jak tylko alfa się z niego wymknie. Natomiast Deucalion musi uwierzyć w to, że Peter faktycznie jest jego sprzymierzeńcem. A co bardziej przekona potwora, który wyrżną z zimną krwią kilkunastu emisariuszy niż wilkołak z krwią druida za pazurami?

środa, 25 kwietnia 2018

Stackson/Sterek - Recykling cz.4

To nigdy nie oznacza niczego dobrego...

***
Jackson widzi, że Stiles zachowuje się nieco inaczej. Jest podenerwowany i często odpływa myślami. Zapomina o ważnym kolokwium i trzy razy spóźnia się na ich umówione spotkania. Początkowo nie zamierza się nawet na ten temat odzywać. W końcu nie jest niańką Stilinskiego tylko jego przyjacielem. Tak jasne, że się martwi, ale zna chłopaka na tyle żeby wiedzieć, że natarczywe i zbyt częste okazywanie troski spotka się ze stanowczym oporem. Stiles zdaje się go cenić właśnie dlatego, że aż tak różni się od Scotta. Niby nigdy nie powiedział tego wprost... ale Whittemore przez lata ćwiczył rozpoznawanie emocji. Zresztą te kilkanaście lat obserwacji z daleka jest niczym wobec kilku miesięcy przyjaźni. Jackson jest z siebie dumny, bo w końcu przestał się tak panicznie bać samego siebie i zaryzykował.

Teraz naprawdę zna Stilesa, a nie tylko to sobie wmawia. Dlatego jest niemal stu procentowo pewien, że przyczyną rozbicia Stilinskiego jest zbliżający się ślub Dereka. Stara się spędzać z nim jeszcze więcej czasu niż do tej pory, chcąc dać znać, że jest tutaj dla niego. Ma nadzieję, że Stilinski to dostrzeże, bo aż skręca go na myśl o tym, że musiałby użyć słów, żeby to przekazać. Nie radzi sobie z nimi zbyt dobrze... Może to wpływ kilku tygodni w ośrodku opiekuńczym zanim trafił do Whittemortów, trudność z nawiązywaniem kontaktów albo, to po prostu strach przed tym, że zostanie zdemaskowany.

Stiles wciąż jest tylko w połowie obecny we własnym życiu. Znacznie więcej uwagi poświęcając swojemu telefonowi, który nagle zdaje się być przyspawany do jego dłoni. Jackson odmawia przyznania się do bycia zazdrosnym o głupi smartphone. Raz po raz zdusza w sobie chęć przejrzenia wiadomości, kiedy Stiles wychodzi do łazienki lub po kolejne piwo. Stara się być dobrym człowiekiem... okay, może przyzwoitym będzie odpowiedniejszym określeniem.

W ten sposób mija im cały tydzień i Jackson ma dosyć udawania, że nie dostrzega podpuchniętych oczu Stilinskiego. Tego, że średnia wypowiedzianych przez niego słów w ciągu dnia drastycznie zmalała, a szczery uśmiech pojawia się na jego twarzy bardzo rzadko. Ma ochotę porządnie nim potrząsnąć aż usłyszy, co do cholery się dzieje. Zamiast tego zaciska zęby tak mocno, że słyszy zgrzyt szkliwa, a wilcze pazury dawno wymsknęły się spod kontroli w efekcie czego kolejna kanapowa poduszka nadaje się do wyrzucenia.

- Stiles? - Chłopak powoli odwraca głowę w jego kierunku, rezygnując tym samym z uważnego obserwowania beżowej ściany. Jackson chyba może triumfować: wygrał walkę o uwagę z nudną, jednolitą ścianą... JEJ! - Coś się stało?
- Co? - pyta lekko zmieszany Stilinski - Nie. Niby co miało się jeszcze stać?
- Nie mam pojęcia, ale zachowujesz się inaczej. - oznajmia - Jesteś dziwnie cichy i zbyt spokojny, a jednocześnie widzę, że jesteś czymś zestresowany.
- Dziwisz się? - prycha Stiles patrząc na niego jakby Jackson co najmniej oświadczył, że wstępuje do klasztoru.
- Nie - mamrocze. - Wciąż nie zdecydowałeś czy polecisz ze mną do Beacon Hills na ślub i przy okazji święta?
- Nah... Z jednej strony nie mam najmniejszej ochoty ich oglądać, - wyznaje znowu uciekając spojrzeniem. - ale z drugiej strony może gdybym zobaczył go szczęśliwego, to pozwoliłoby mi ruszyć dalej?

Szkoda, że żaden z nich nie zna odpowiedzi...

***
Ten niedzielny poranek jest dla Stilesa, taki jak zwykle odkąd zaprzyjaźnił się z Whittemortem. Tylko, że tym razem zalegają w mieszkaniu wilkołaka. Jak zawsze wstaje dopiero koło południa i niczym zombie wlecze się do kuchni w poszukiwaniu czegokolwiek nadającego się do zjedzenia bez zbytniego przygotowania. Jakiekolwiek gotowanie czy smażenie jest zbyt wielkim wysiłkiem jak na ten etap rozbudzenia.
Dwie kanapki z pomidorem i pół kubka mocnej, słodkiej herbaty później Stiles jest już innym człowiekiem. Wciąż nieziemsko głodnym, ale przynajmniej czuje się już wystarczająco żywy by dać radę wstawić wodę na makaron i zrobić jakiś prosty sos... tym razem może coś z serem i szpinakiem. Nie jest master szefem, okay? Jednak radzi sobie na tyle żeby nie wysłać nikogo na ostry dyżur.

Kręci się po niewielkim pomieszczeniu szukając potrzebnych rzeczy i jednocześnie starając się zmienić stację radiową, co nie jest tak proste jak może się wydawać, bo sprzęt ma już swoje lata. Należał do poprzedniego lokatora, a Jackson jakoś nie kwapi się z jego wymianą twierdząc, że i tak zazwyczaj korzysta ze słuchawek. Kiedy w końcu mu się udaje wyszczerza się wyzywająco do mini wieży... nazwijcie go dziecinnym i tak ma to gdzieś. Wygrał tym razem z tą złośliwą bestią! Dosłownie pięć sekund później wyświetlacz zaczyna mrugać, a głos DJ-a rwie się tak, że nawet Stilinski nie potrafi rozszyfrować jaką piosenkę zapowiada. To jednak przestaje być ważne, gdy jego telefon zaczyna wygrywać znajomą melodię. Uśmiecha się, będąc pewnym, że to jego nowy kolega zadręcza go kolejnymi pytaniami o to jak spędza czas z Jacksonem. Tom jest pewien, że Whittemore jest dla niego kimś więcej niż tylko przyjacielem... I cóż pod wpływem tego czubka, Stilinski też zaczyna dostrzegać pewne niejednoznaczne gesty wilkołaka.

Zerka na wyświetlacz i zamiera.

Chociaż minęło już tyle czasu i dawno wykasował ten kontakt, to nie zdało się na nic, bo zna ten numer na pamięć. Czego on może chcieć do cholery? Potwierdzenia, że Stiles będzie na ślubie? Czy może wręcz odwrotnie wyjaśni, że zaproszenie było pomyłką i jednak nie powinien się tam pokazywać? Nie dowie się jeśli nie odbierze... Kurna. Gdzie jest Jackson, gdy jest potrzebny?! Mógł raz odpuścić sobie cotygodniową wizytę u Samuela...
- Tak? - mówi po naciśnięciu zielonej słuchawki. Stara się nie zdradzać jak bardzo jest wytrącony z równowagi.
- Stiles? - pyta głos i Stilinski od razu może poznać, że to zdecydowanie nie Derek do niego dzwoni.
- Ta... Kto pyta?
- Braeden - Oczywiście, że kurwa to ona. Stiles ma ochotę walnąć się w czoło za swoją niedomyślność. - Uhm... jesteś wciąż w Anglii? - Takiego pytania, to już wcale się nie spodziewał. Tak na dobrą sprawę, to nawet nie zna tej dziewczyny i nie ma pojęcia czego ona może od niego chcieć. Ewentualne sensowne odpowiedzi nie napawają go entuzjazmem.
- A po co ci to wiedzieć? - prycha. Może to niegrzeczne, ale nie ma siły na bycie uprzejmym. Tak właściwe czuje się gotowy by zemdleć tu i teraz z czosnkiem i łyżeczką w jednej ręce oraz telefonem w drugiej. 
Obecna narzeczona dzwoni do byłego... kochanka, a to nigdy nie oznacza niczego dobrego.

niedziela, 25 marca 2018

Stackson/Sterek - Recykling cz.3

Cholera zabijcie go, ale nie jest pewien

***
Po dwóch godzinach w klubie może dosyć jednoznacznie określić swój nastrój: gówniany, tak samo, jak londyńska pogoda. Ma za sobą już dwa kufle piwa i właśnie szykuje się do zamówienia trzeciego, kiedy go dostrzega Dereka–Pieprzonego–Hale'a. Tylko co on robi w zatłoczonym londyńskim klubie? Mężczyzna chyba orientuje się, że jest obserwowany, bo rozgląda się nieco nerwowo i w końcu jego spojrzenie ląduje na Stilesie. 

Zaczyna kierować się w jego stronę, a on nie ma pojęcia, co powinien zrobić. Najlepszym wyjściem wydawała się ucieczka, ale nogi jakby wrosły mu w podłogę. Im bliżej jest, tym Stilinski jest pewniejszy, że to jednak nie Derek. Tylko ktoś nieco do niego podobny. Postura, ubiór i nawet ten przeklęty zarost się zgadzają, lecz cała reszta już nie. Z całą pewnością jego szeroki, szczery uśmiech i dosyć skromne brwi odróżniają go od wiecznie naburmuszonego wilkołaka.

Po dwóch minutach mężczyzna znajduję się już wystarczająco blisko, by Stilinski mógł dojrzeć kolor jego tęczówek. Jasnobrązowe. Nieznajomy siada na barowym stołku tuż obok niego i wnikliwie mu się przygląda. 

– Przestań – syczy w końcu na tyle głośno, żeby ten usłyszał go nawet poprzez klubowy gwar.

– Niby dlaczego? – pyta wyraźnie rozbawiony. – To ty byłeś tym, który wypalał mi wzrokiem dziurę w czaszce przez jakieś pięć minut.

– Nawet jeśli...

– Może nie robiłeś tego świadomie – prycha. – Nie powiem, to całkiem mi schlebia – dodaje z cwanym uśmieszkiem. Stiles ma ochotę zetrzeć mu go przy pomocy pięści. Jednak wie, że prawdopodobnie nawet po podstawowym przeszkoleniu Chrisa i kilku lekcjach samoobrony od Jacksona nie ma najmniejszych szans z tym facetem. Dlatego z westchnieniem podnosi się ze swojego miejsca i robi już dwa kroki w kierunku wyjścia, kiedy czuje zaciskającą się na nadgarstku rękę. Reaguje Instynktownie, wykorzystując prostą sztuczkę, i już po chwili jest wolny, a nieznajomy siedzi zdezorientowany na posadzce. 

Ochrona pojawia się przy nich w kilka sekund i równie szybko obaj zostają usunięci z lokalu.

– No świetne – sapie. – Jackson padnie ze śmiechu... – mamrocze pod nosem. – Jeneden, jedyny raz poszedłem bez niego do klubu i już mnie wyrzucili.

– Nie żeby coś, ale to ja mam więcej powodów do narzekania – wtrąca mężczyzna, patrząc na niego spod byka. – Gdzieś ty się tego nauczył? Jestem przynajmniej jakieś dziesięć kilo od ciebie cięższy, a nawet nie zdążyłem mrugnąć, a już zaliczyłem bliskie spotkanie z podłogą.

– Masz nauczkę, żeby nie łapać nieznajomych z zaskoczenia – kpi, bo to nie była jego wina, okay? Po prostu koleś wybitnie działa mu na nerwy.

– Nie chciałem cię wystraszyć, tylko pogadać i może wypić piwo, bo wydawało mi się, że jesteś zainteresowany. – Wzrusza ramionami. 

– To źle ci się wydawało – warczy. Jednak grymas na twarzy nieznajomego sprawia, że natychmiast czuje się z tym źle. – Przepraszam... wiem, że to tak wyglądało. 

– Ale nie jest, bo...?

– Bo wyglądasz jak mój były i przez chwilę byłem pewien, że to on – odpowiada. – A mieszka w środkowej Kalifornii i w dodatku za dwa tygodnie się żeni.

– Złe rozstanie?

– Zły związek – uściśla Stilinski. 

– Są i takie... – mówi, jakby dokładnie wiedział, co on ma na myśli. – Jestem Tom. – Podaje mu dłoń. 

– Stiles. 

– Hm? To ksywka, prawda?

– Yup. – Kiwa głową, ale nie dodaje nic więcej. – Skoro już wywalili nas z klubu, to co powiesz na kubek herbaty?

– Jesteś oryginalny... spodziewałem się zaproszenia na kawę. 

– Uwierz, że nie chcesz przebywać blisko mnie, kiedy dobiorę się do kofeiny.

– Zmieniasz się w Hulka?

– Coś w tym guście.



***



Dwie godziny później wciąż siedzą w Costa Caffee, a przed nimi piętrzą się styropianowe kubki po różnych rodzajach herbat. W przeciwieństwie do prawdziwego Dereka, ta jego angielska kopia jest bardzo wygadana i ma jakiś taki dziecięcy entuzjazm. Uśmiecha się zbyt szeroko jak na drugą w nocy i całkiem żwawo gestykuluje, opowiadając o swoich studiach i pracy. Trochę tak, jakby wciąż był zakochany w świecie... i patrzenie na niego przypomina Stilesowi, że kiedyś też taki był.

– Więc ten cały Jackson w liceum był dla ciebie dupkiem?

– W zasadzie to odkąd się poznaliśmy, ale nie sądzę, że w odniesieniu do sześciolatka to odpowiednie określenie. – Zawiesza się na chwilę, przypominając sobie, jak Whittemore rozkopał mu zamek z klocków, nad którym Stilinski pracował przez dobre pół godziny, a biorąc pod uwagę jego ADHD, to był nie lada wyczyn. – Chociaż nie. Do tego konkretnego przypadku pasuje.

– A kiedy było najgorzej? 

– Jak wydawało mi się, że zakochałem się w jego dziewczynie, Lydii – wyznaje. – Co akurat może być nieco usprawiedliwione. Oni byli jak królewską para, a tu nagle wyskakuję z czymś takim.

– A nie przyszło ci nigdy do głowy, że może jemu wcale nie chodziło o nią?

– Co? A o ko.... – Milknie gwałtownie, kiedy dociera do niego sens pytania. – NIE.

– Pomyśl tylko – mówi gorączkowo – zawsze starał się, żebyś go dostrzegał. Te wszystkie przepychanki i docinki... nie oczekuj logicznych działań od dzieciaka z podstawówki.

– To nie tak. 

– A jak? – Parska śmiechem. – Gdybyś był dziewczyną, to pewnie ciągnąłby cię za warkocze i zabierał plecak... a że jesteś chłopakiem, to poszło nieco inaczej. Myślę, że on sam nie od początku wiedział, dlaczego to wszystko robi.

– Nie ma mowy! – zaprzecza, bo to niedorzeczne. Jackson nie jest typem, który wzdycha do kogoś z daleka. – Gdyby faktycznie było tak, jak sugerujesz, to zrobiłby cokolwiek. jesteśmy przyjaciółmi i na tym koniec.

– Stiles. – Wzdych la zrezygnowana. – Znacie się od zawsze... pamiętasz jak to było uświadomić sobie, że nie jesteś całkiem hetero? 

– Ale... on przyjaźnił się z Dannym i byli naprawdę zżyci. Akceptował go, a to chyba znaczyło, że nie uważa bycia gejem za coś złego... – Stilinski sam już nie wie, co ma o tym wszystkim myśleć.

– Inaczej patrzy się na kogoś innego, nawet na najlepszego kumpla, a inaczej na siebie.m – mówi. 

– Wiem.

– Facet prawdopodobnie nie widzi poza tobą świata... uwierz, to klasyczne objawy. Odkąd spotkaliście się ponownie jest inny, prawda?

– No tak...

– I wpadliście na siebie w klubowym kiblu, kiedy obaj zamierzaliście się tam trochę zabawić z innymi chłopakami.

– Yup.

– Może on dopiero tutaj pogodził się ze swoją orientacją?

– Cholera. Dlaczego wszystko, co mówisz, musi brzmieć tak logicznie?

– Bo jestem całkiem niezłym psychologiem. – Śmieje się. – Powinieneś z nim pogadać.

– Nawet jeśli on coś ten... to ja nie wiem, czy mógłbym teraz z kimś być – wyznaje, chociaż nie jest z tego dumny. – Nie chcę być dla niego kimś, kto sprawia, że czuje się niewystarczający. 

– Zależy ci.

– Oczywiście, to teraz jeden z moich najbliższych przyjaciół.

– Jesteś pewny, że tylko to? – pyta cicho, a Stiles ma ochotę uderzyć głową o blat, bo, cholera, zabijcie go, ale nie jest pewien! – Dobra, nie było pytania... gdybyś chciał kiedyś spotkać się i pogadać... – dodaje, podsuwając mu pod nos smartphone'a. – Wpisz mi swój numer i zadzwoń do siebie.