sobota, 5 sierpnia 2017

Gorszy dzień-STETER cz. 2

***


Hale przez chwilę przetwarza słowa nastolatka w swojej głowie, a kiedy dociera do niego, że młodszy miał na myśli jego uszkodzone przedramię, uśmiecha się jeszcze szerzej. Uświadamia sobie, że minęło sporo czasu, odkąd ktoś faktycznie przejmował się jego samopoczuciem. Zdecydowanie więcej było takich osób, które chciały zadać mu trochę bólu, niż go oszczędzić. Starszy ostrożnie przekłada rękę przez talię Stilinskiego i widzi, ze bandaż nieznacznie przesiąkł krwią i wie, że jest dosyć osłabiony i powinien zaczaić się jakiś czas w bezpiecznym miejscu do czasu, aż wataha Ducaliona przeniesie się dalej. Mają prawdopodobnie trochę czasu, aż zregenerują siły po tym, co dzisiaj zrobił… Rozmawiał z bliźniakami i podsycił w nich trochę niechęci do ich przywódcy, a wysadzenie tego alfy z rosyjskim imieniem, było bardzo dobrym ruchem strategicznym, bo na chwilę ich to osłabiło. Da to czas Derekowi na przygotowanie jakiegoś planu. Ma tylko nadzieję, że jego siostrzeniec nie jest na tyle głupi, żeby zdecydować się na otwartą walkę. Proponowałby raczej coś w stylu atakuj i spierdalaj. Wykończyłby ich pojedynczo, jeden po drugim.

Teraz jednak istotniejszą kwestią dla niego jest wyleczenie ran. Wie już, dlaczego wilk zmusił go do przyjścia tutaj. Zapach konwalii oznacza dla niego dom i bezpieczeństwo, a Peter nie mógł się w tej kwestii kłócić ze swoim drugim ja.

Dlatego przymyka oczy i chowa nos we włosach osiemnastolatka. Wie, że gdyby ktoś ich tak zobaczył, byłoby to dosyć jednoznacznie i nie daliby im nawet powiedzieć słowa wyjaśnienia. Oczywiście to Stiles oberwałby rykoszetem, bo Scott byłby tak rozczarowany przyjacielem. Peter może nawet sobie wyobrazić te szczenięce oczęta pełne obrzydzenia czy zawodu. Powinien zostawić chłopaka tak szybko, jak jego rany się zagoją, a obraz przed oczami przestanie się rozmazywać. Prawdopodobnie jego zapach i tak zostanie na młodszym, ale to można by wytłumaczyć opatrywaniem jego ran. Derek prawdopodobnie będzie chciał się dowiedzieć, dlaczego niczym jak na autopilocie pognał do Stilinskiego, zamiast do niego, jakby nie patrzeć swojego alfy, u którego bety powinny szukać ochrony w razie zagrożenia.

Jednak gdy poczuł znajomy zapach w okolicach kliniki weterynaryjnej Deatona, nie mógł zrobić nic innego, jak iść za instynktem. Pomimo nadal unoszącego się w powietrzu cierpkiego posmaku żalu, bólu, poczucia winy, tęsknoty, zmęczenia, samotności, przytłoczenia i zniechęcenia, wilkołak może stwierdzić, że stan Stilesa uległ poprawie, odkąd mógł zająć czymś myśli i ręce… I może to było warte rozwalonej ręki i sporego ubytku krwi.

Myśli, że mógłby zabić każdego, kto zraniłby w jakikolwiek sposób tego chłopaka… przeraża go to, że Stiles jest tak kruchy. Jak każdy człowiek ma swoje ograniczenia, szybciej dopada go zmęczenie, czy łatwiej u niego o zranienie, czy nawet poważne złamanie, które nie zagoi się po kilku godzinach, tak jak w przypadku wilkołaków. Chociażby pilnował go dwadzieścia cztery godziny na dobę, to i tak nie upilnowałby wszystkiego, bo oprócz urazów i ran zostają jeszcze choroby, których ludzie mają pod dostatkiem. Nawet bardzo błaha z pozoru grypa, jeśli nie jest odpowiednio leczona, może skończyć się nawet powikłaniami albo śmiercią. Najlepszą opcją byłoby przemienienie go, ale ten uparciuch odmówił mu, gdy był alfą, a już wtedy Hale był nim w znacznym stopniu zafascynowany.

Inteligencja i szybkość ripost, jakimi sypał na zaczepki innych od zawsze wywołuje u wilkołaka pewien podziw, bo przyzwyczaił się do tego, że prędzej czy później każdy ma dosyć jego specyficznego poczucia humoru. Jednak ten pyskaty gówniarz potrafi dotrzymać mu kroku, a czasem nawet przegadać. W takich momentach Peter nie wie, czy ma się czuć zażenowany, że pokonał go ktoś tak młody, czy szczęśliwy, że jednak istnieje istota godna jego rozmowy.

*

Peter zasypia wykończony bólem i ubytkiem krwi oraz całym tym strachem, który towarzyszy mu nadal tylko jest odrobinę przytłumiony. Jednak jego wilk nadal czuwa, świadomy zagrożenia czyhającego na nich gdzieś w Beacon Hills.

Podczas snu też nie zaznaje odpoczynku, umysł wypełnia się obrazami jego roześmianej rodziny sprzed pożaru:

Jego piękna, delikatna żona… tak naprawdę nigdy nie czuł do niej nic poza przyjaźnią i ona doskonale o tym wiedziała. Jednak gdy mijały lata, a oni nadal pozostawali samotni bądź kończyli kolejne związki, zdecydowali się spróbować ze sobą, oszczędzając w ten sposób sobie nowych dawek bólu i rozczarowania. Dzieci były kolejnym naturalnym krokiem, bo oboje chcieli ich równie mocno. W ten sposób w wieku dwudziestu sześciu lat miał już dwójkę potomstwa. Talia nigdy nie akceptowała do końca Lily, bo ta nie pochodziła z rodziny wilkołaków, tylko była samotną omegą przemienioną przez oszalałą podczas pełni alfę. Nie ufała jej, ale za to postanowiła dogadać się z Argentami i każdy widział w tym plusy. Nawet on był świadomy, że zawarcie paktu byłoby korzystne dla wszystkich. Strach o życie dzieci towarzyszył mu każdego dnia. Nie był jedna tak ufny jak siostra i próbował ją ostrzec przed Gerardem i uświadomić, że starsza o cztery lata łowczyni sypia z szesnastoletnim wtedy Derekiem. Niestety Talia nie słuchała, jak zwykle zresztą, a na konsekwencje lekceważenia starego Argenta nie trzeba było czekać. Stracili wszystko, a on chciał umrzeć razem ze swoimi dziećmi, ale nawet tego mu odmówiono.

Przez cztery lata tkwił w śpiączce, w pełni świadomy tego, co dzieje się dookoła, ale nie zdolny do wykonania choćby najmniejszego gestu. Jednak gdy zaczął się piąty rok tej wegetacji, do miasta wróciła Laura, a jego wilk przebudził się, czując alfę. On nadal był zamroczony i nie kontrolował swojego ciała, a bestia uśpiona przez tyle lat domagała się krwi za śmierć stada. Instynkt całkowicie przejął nad nim kontrolę. Był obecny, ale obserwował wszystko z drugiego planu. Jego pazury i zęby zabiły jedną z ostatnich osób, jakie pozostały z rodziny Hale'ów, a on mógł tylko patrzeć i krzyczeć w swojej własnej głowie.

Dopiero po powrocie do szpitala i pierwszym od wielu lat prawdziwym śnie, gdzie cały jego umysł spowiła całkowita ciemność i cisza, obudził się w pełni panując nad własnym ciałem. Jednak to było przekleństwo, bo cały czas widział krew siostrzenicy na rękach. Poczucie winy i obrzydzenie do samego siebie powoli go wykańczało. Nie wiedział, co miał ze sobą zrobić, a kolejna pełnia zaskoczyła go jak niedoświadczonego gówniarza. Znowu utrata kontroli i zanim się zorientował, już gnał na czterech nogach po lesie, a pech chciał, że natknął się na McCalla. Alfa jest niczym bez stada, a on zdecydowanie potrzebował takiego, bo skoro nie umarł, to postanowił wytropić i zabić każdego, kto był zamieszany w podpalenie jego domu. 

Zrealizował plan niemal w stu procentach, nie przewidział tylko, że po drodze zabije go Derek, ale rozumiał to. Śmierć Laury zdruzgotała tego chłopaka do reszty. On nadal był szesnastolatkiem zamkniętym w ciele dorosłego faceta. Szesnastolatkiem, który przez romans z łowczynią przyczynił się do śmierci całej rodziny. Kate została pogrzebana, więc Peter miał nadzieję, że Derek poradzi sobie z przeszłością i założy stado w miejsce utraconej rodziny, i ruszy do przodu, a może nawet kiedyś wybaczy sobie i jemu wszystkie błędy.

To życzenie nadal się nie spełniło… może gdyby pozostał martwy. Jednak nie mógł tak po prostu odejść, kiedy w końcu spotkał kogoś, kto przyciągał go niczym ogień ćmę.

Wrócił z drobną pomocą panny Martin i pozostawał ciągle gdzieś w pobliżu. Pomimo tego, że czuł niechęć z każdej strony, a nawet wstręt i nienawiść bijącą od siostrzeńca. Skończył jako osłabiona beta, której nie ufa jej własny Alfa, i to nie była zbyt optymistyczna prognoza dla niego. Derek miał dużo z matki, bo, kurwa, nie potrafił słuchać dobrych rad. To już nawet ten pieprzony Scott z kompleksem błędnego rycerza czasami dostrzegał logikę i sens w tym, co inni mu sugerowali. Inni, czytaj najczęściej Stiles. 

Właśnie przez upór siostrzeńca skończył w ten sposób: z poharataną ręką i bardzo osłabiony. Znowu.

***


Hale budzi się przez delikatny nacisk na zranioną rękę. Otwiera oczy i widzi Stilesa, który ze skupieniem przemywa mu czymś wciąż niezagojone rany. Kurwa.

– Co jest? – Rzęzi gorzej niż stuletni staruszek.

– Gorączkowałeś. Mocno… i ja spanikowałem trochę? – mówi zawstydzony nastolatek.

– Hm?

– Zadzwoniłem po Dereka… Przyniósł ze sobą to śmierdzące paskudztwo, zaparzył i gotował w naszej kuchni przez godzinę i jestem całkowicie pewien, że mój ojciec padnie, jak tylko przekroczy próg domu. Śmierdzi tam, jakbym rozbił tuzin zgniłych jajek!

– Stiles. – Wzdycha, bo nie jest na tyle przytomny, by nadążyć za tym słowo tokiem. – Gdzie mój uroczy siostrzeniec?

– Tutaj – słyszy gdzieś z kąta pokoju i po odwróceniu głowy dostrzega alfę przysypiającą na fotelu. – Dlaczego, do cholery, jesteś tutaj?

– Było bliżej niż do twojej przytulnej nory?– Derek po prostu na niego warczy. I to nie jest nic nowego. Naprawdę. – Uciekałem. Byłem poraniony, a w moim organizmie wciąż krążyło trochę tojadu. W okolicy kliniki Deatona złapałem znajomy zapach. Koniec historii. – Wzrusza ramionami i to zdecydowanie błąd, bo ból rozlewa się po jego przedramieniu. Krzywi się i syczy. Alfa nawet nie rusza się z miejsca, by sprawdzić, co się dzieje, i wilk w starszym skwoczy żałośnie. Stilinski marszczy brwi, patrząc uważnie pomiędzy nimi i nagle wygląda, jakby doskonale wiedział, o co chodzi. Prawdopodobnie naprawdę tak jest, bo cóż, to cholernie bystry gówniarz. Chociaż w tej chwili niekoniecznie ta inteligencja jest na rękę Peterowi, bo czuje się jak żałosny staruszek.

– Deucalion? – pyta sucho Hale.

– Nie… Ivan, ale on już nie jest zmartwieniem. – Krzywy uśmieszek pojawia się na twarzy starszego, a Derek z opóźnieniem łapie, o co mu chodzi. Kiwa głową, aby wuj mówił dalej. – Ethan i Aidien to dzieciaki i nie są jeszcze zbyt związani ze stadem. Najnowszy nabytek, są specyficzni i tak naprawdę nie ufają nikomu poza sobą nawzajem. Pogadałem trochę z nimi, przedstawiając kilka brutalniejszych faktów z przeszłości ich przywódcy. Nie będą już tak lojalni.

– Dobrze. – Derek odpływa myślami gdzieś daleko. – Jednak nadal są za silni…

– Nie walcz z żadnym otwarcie. Nie masz szans z Kali, a ona ma pewną urazę do ciebie. Urządzi sobie polowanie.

– Niby dlaczego mam ci ufać? Kto wie, może nawet się z nimi dogadałeś…

– Rób, co chcesz, młody. – Wzdycha zrezygnowany. Młodsza, męska wersja Tali patrzy na niego spod zmrużonych powiek, a potem kiwa głową im obu, i jakby nigdy nic wyskakuje przez okno.

Peter bezskutecznie próbuje udawać, że wszystko jest w jak najlepszym porządku: jest zimnym sukinsynem, którego kompletnie nic nie rusza. Egoistycznym, manipulacyjnym dupkiem. Z tym, że niekoniecznie mu się to udaje… albo inaczej, trafił na osobę znającą wszystkie sztuczki ukrywania własnych uczuć. Osobę z maską sarkastycznego, gadatliwego i beztroskiego głupka.



– Cóż, jeśli cię to pocieszy, to twój siostrzeniec kolejny raz wylądował w łóżku totalnego potwora… Prawdziwa twarz tej jego panny przypomina Frankensteina albo rozkładające się zwłoki. – Hale patrzy na niego w czystym szoku, a chwilę później śmieje się na głos i nawet jeśli jest to nieco histeryczny, szaleńczy chichot, to nikt nie powinien się dziwić, bo jego ręka nadal boli i czuje, jakby mięśnie i kości powoli roztapiały się, zmieniając w bezwładną galaretowatą masę. Wilk w nim czuje się całkowicie opuszczony przez stado, a to najprostsza definicja omegi. 

– Tak? To było do przewidzenia, bo Derek nigdy nie miał gustu do kobiet…

– To Darach – dodaje młodszy i Peter kolejny raz kręci głową z niedowierzaniem. – Była emisariuszką Kali, ale kiedy połączyli stada, Deucalion kazał im zabić wszystkich doradców.

– Sukinsyn – wyrywa się wilkołakowi. – Miałem wielu przyjaciół wśród nich… dawniej – dodaje dla wyjaśnienia.

– W pewien sposób można by to wykorzystać… Jak myślisz?

– Mamy wspólnego wroga… to może pomóc. Pytanie tylko, czy urażona duma alfy pozwoli nam na takie zagranie.

– A czy musi o wszystkim wiedzieć?

– Zapominasz, że ona wybrała jego… Darach chce mocy, zemsty i władzy… ale kobieta, która nadal w nim żyje, chce Dereka – wysapuje, bo ponownie zaczęło kręcić mu się w głowie.  Zamyka oczy i próbuje jakoś pozostać przytomnym.

– Pij. – Słyszy gdzieś blisko i czuje intensywny zapach szałwii gdzieś w pobliżu swojego nosa. – Oczyszcza i jest antyseptyczna, a na dodatek twój gburowaty, wiecznie warczący siostrzeniec wcisnął mi pęczek tego zielska od razu po przekroczeniu mojego parapetu. Masz wypić tego dwa litry na dobę.

– Nie… Jezu!

– Dobry Peter, grzeczny Peter… Pij! – Absolutnie nienawidzi smaku tego cholerstwa, ale wie, że nie ma innego wyjścia, jeśli chce w miarę szybko dojść do siebie. Otwiera niechętnie oczy i patrzy na podstawiony pod nos kubek w absurdalnie jaskrawych kolorach. Przejmuje naczynie od chłopaka i upija kilka sporych łyków. Wzdryga się i chce odstawić resztę na szafkę, ale Stiles jest teraz od niego niestety szybszy.

– Do dana, a za półtorej godziny obudzę cię na dolewkę – nuci szatyn, na co Hale patrzy na niego z wyrzutem, ale naprawdę nie ma na tyle siły, żeby się z nim kłócić. Powstrzymuje się przed zwróceniem wszystkiego, i patrząc ze złością na młodszego, oddaje mu pusty kubek.

– Jak Derek zareagował na twój telefon? – pyta, bo dopiero teraz dociera do niego, że skoro wie alfa, to pewnie reszta stada też. Stilinski wzrusza ramionami i sięga po wciąż parującą zieloną paćkę i płaski patyczek do jej nakładania, po czym wskazuje na rękę wilkołaka. – Co to? – Hale węszy i ma ochotę zrzygać się od tego odoru. – I dlaczego to tak, kurwa, śmierdzi?!

– Twój siostrzeniec zasmrodził mi tym czymś cały dom… to jakaś mieszanka gojąca rany zadane przez inne alfy i coś zabijającego bakterię, bo podobno kiedy jesteście osłabieni, stajecie się bardziej podobni do ludzi. 

– Och… tak. Sam powinienem wiedzieć, co to jest, bo ja nauczyłem go tego wszystkiego. Wybacz, nie jestem w najlepszej formie umysłowej ani fizycznej. Chyba nawet nie powinno mnie tu być… nie mam pojęcia, dlaczego Derek po prostu nie zabrał mnie ze sobą. – Tak naprawdę to domyśla się, że alfa po prostu nie chciał się nim zajmować, a i jego stado miało go za zbędny element. Łatwiej było go zostawić tu gdzie jest i liczyć na to, że Stiles się nad nim zlituje.

– To powinno pomóc… – Potrząsa miseczką i uśmiecha nieznacznie do półprzytomnego Petera. Potem przez kilka minut żaden z nich się nie odzywa. Stilinski w ciszy rozsmarowuje zieloną paćkę na otwartych ranach, z których sączy się ropa. Hale warczy, bo to naprawdę boli, kiedy wciąż gorąca maź styka się z jego poszarpaną skórą. – Przepraszam… – Hale widzi, że Stiles stara się to zrobić jak najszybciej i najdelikatniej. W chwili, kiedy połowa przedramienia jest pokryta już lekarstwem, zawija je ostrożnie w szeroki bandaż, a na wszystko nasuwa jeszcze ucięty rękaw swojej bluzki. Tak, żeby wszystko było stabilne i nie obluzowało się podczas ruchu.

– Dzięki – mruczy, już praktycznie zasypiając na siedząco, ale zszokowany wyraz twarzy młodszego szybko go cuci. Rozgląda się na boki w poszukiwaniu zagrożenia, ale kiedy nic nie dostrzega, wraca spojrzeniem z powrotem na twarz nastolatka. – Co jest?

– Świat się kończy. Peter Hale mi podziękował! – woła chłopak przesadnie dramatycznym głosem. Wilkołak naprawdę chce go teraz ugryźć. 

– Och, zamknij się – warczy, ale nie ma tam wystarczająco dużo jadu, by ktokolwiek mógł wierzyć, że jest naprawdę zły. Gdyby ktokolwiek inny z niego kpił, najpewniej wydrapałby temu śmiałkowi ślepa, bądź naciągnął uszy na dupę, ale to Stiles i starszy tylko wzdycha zrezygnowany. Tak… zdecydowanie ma problem. Całkiem ładny, ozdobiony dziesiątkami pieprzyków problem.

– Śpij, panie wilku, bo musze zrobić jakiś obiad dla ojca i spróbować czymś zamaskować ten odór w kuchni. – Peterowi nie trzeba tego dwa razy powtarzać. Osuwa się ciężko na poduszce i zakopuje głębiej pod ciepłą kołdrą. Całe łóżko pachnie mocno Stilesem i chyba to nie jest nic niezwykłego, skoro leży właśnie w jego pościeli. Krzywi się, nadal będąc narażonym na wdychanie odoru lekarstwa, którym jest wysmarowany. Jest to trochę stłumione przez rękaw osłaniający opatrunek. Na nim też czuć słodką woń konwalii – coś bardzo charakterystycznego dla Stilinskiego. Oddycha kilka razy, wtykając nos głębiej w poszewkę, ale nie wyczuwa tu zapachów innych osób. Tylko osiemnastolatka. Uśmiecha się zadowolony, bo nie wie, jak zareagowałby jego wilk, gdyby wyczuł zapach jeszcze kogoś. Prawdopodobnie szalałby z zazdrości i chęci oznaczenia chłopaka, tak by nikt inny nawet nie pomyślał o zbliżeniu się do niego. Peter musiałby jakoś powściągnąć swoje wilcze ja i zmusić do posłuszeństwa, jeśli nie chciał mieć do czynienia z wściekłym szeryfem… zdecydowanie nie potrzebuje też przerazić śmiertelnie jedynej osoby, która pomimo wszystkiego rozmawia z nim jak z człowiekiem.

Naciąga przykrycie na głowę i mruczy szczęśliwy, a w zamian za to słyszy rozbawione parsknięcie i jakieś szelesty.

– Zasłoniłem okno. – To ostatnie, co słyszy, zanim przyjemna mgła spowija jego umysł. Czuję jakby dryfował albo latał bezwładnie w przestrzeni… taki lekki i całkowicie pozbawiony jakichkolwiek zmartwień. 


***

Stiles dłuższą chwilę patrzy na pogrążonego w spokojnym śnie wilkołaka, a raczej na miejsce, w którym leży, bo spod kołdry wystają jedynie końcówki włosów starszego. Po załamaniu z poprzedniego dnia nadal czuje nieprzyjemny ucisk i zastanawia się, czy tylko obecność rannego i konieczność opieki nad nim trzyma go z daleka od pogrążenia się w identycznym odrętwieniu. Na szczęście musi iść naszykować ojcu posiłek, a przy okazji sam też coś przekąsić. Zaczyna od wyszorowania rondelka, ale poddaje się i wynosi go do składziku, bo kto wie, czy jeszcze nie będzie sporządzał takiej gojącej mikstury dla wilkołaków? Nie zamierza poświęcać kolejnych swoich naczyń. Dzięki Derekowi i tak właśnie pozbył się jednego.

Potem szoruje zawzięcie stół i wszystkie blaty oraz kuchenkę, na której są kropki na wpół zaschniętej zielonej breji i, och Boże, jak to jebie! Krzywi się i stara oddychać przez usta, ale niewiele to pomaga. Myśli, że skoro dla niego jest to tak przykry zapach, to Peter ze swoim wyczulonym węchem musi przeżywać właśnie katusze.

Wyrzuca śmieci i zabiera się za gotowanie obiadu. Obiera i kroi ziemniaki w równą kostkę, to samo z marchewką i pietruszką, odrobiną selera. Wrzuca to do bulgoczącego wrzątku, dosypuje soli i kilka kropel przyprawy. Ostry dźwięk alarmu informuje go, że John powinien być za jakieś pół godzinki w domu. Roztapia odrobinę margaryny w rondelku i wrzuca tam pokrojoną w drobniutką kostkę małą cebulę… czeka kilka minut, odpływając myślami daleko od tego, co robi. Skupia się na obrazie matki robiącej dokładnie to samo, co on teraz. Kolejny raz tępy ból rozszerza się po jego klatce piersiowej i myśli, że to musi coś znaczyć. W porę się wybudza, by dodać zawartość rondelka do zupy.

Minutę później wsypuje trochę makaronu, a następnie koncentrat pomidorowy i podprawia. To jedna z ulubionych zup Claudii… dużo warzyw i prosty przepis. Jego mama zawsze żartowała, że nie będzie miała kogo nauczyć gotować, lecz mały, ambitny Stiles udowodnił, że się myliła.

Gdy szeryf wraca do domu, Stiles jest obrazem jak najbardziej przykładnego syna, który absolutnie nie ukrywa w swojej sypialni starszego o dwanaście lat, rannego wilkołaka. Dodajmy lekko psychopatycznego i nieobliczalnego, uzależnionego od sarkazmu… och, i na dodatek martwego od kilku miesięcy Petera Hale’a.

– Jak się dzisiaj czujesz? – Starszy Stilinski jest zmartwiony.

– Lepiej, tato… to tylko zatrucie? Tak myślę… nic, czym musimy się przejmować. Gorszy dzień.

– Uhm… na pewno, bo jeśli coś się dzieje, to mogę zostać dzisiaj w domu?

– Masz kolejną zmianę?

– Nie… ja… – Milknie i szatyn wpatruje się w ojca wyczekująco. – Co byś powiedział, gdyby… dajmy na to, w moim życiu był ktoś jeszcze.

– Masz dziewczynę?! – piszczy Stiles i uśmiecha się tylko trochę jak szaleniec.

– Nie mam dziewczyny, Stiles.

– Chłopaka?! – Teraz na pewno wygląda, jakby uciekł z zakładu dla obłąkanych.

– Na Boga, Stiles! Nie mam też chłopaka… to dopiero druga randka i bardzo chciałbym znać twoje zdanie, bo szczerze, przez tak długo byliśmy tylko my dwaj…

– Oczywiście, że nie, tato… Będę mieć pewność, że ktoś będzie miał na ciebie oko, kiedy wyjadę na studia.

– Został do tego tylko jeszcze rok… Kiedy to zleciało?

– Pomiędzy jedną, a dziesiątą uwagą od Harrisa. Wrzaskami trenera i moimi wypadami ze Scottem? – Śmieje się z nieco zdezorientowanej miny staruszka. – Wracając do ciebie, tato. Kim jest ta szczęśliwa wybranka?

– Uhm… to Abigail.

– Ta Abigail? Pani Green? Zastępca szeryfa, czyli twój zastępca, znaczy zastępczyni? Pierwsza Superwomen w Beacon Hills?

– Tak…

– Jestem totalnie trzy razy na tak!

– Nie spodziewałem się tak entuzjastycznej reakcji? – Brwi szeryfa wędrują na czoło, a nastolatek uśmiecha się niewinnie, bo nie zamierza sprzedawać swojej sojuszniczki w walce o zdrowe odżywianie szeryfa.

– Znam ją i lubię… fajnie się z nią gada i nawet nadąża za moim ADHD.

– Okay, synu, ale żebyśmy mieli jasność… nadal ci nie wierzę. – Szeryf kręci głową i idzie w stronę własnej sypialni, ale wraca z bardzo zamyślonym i zakłopotanym wyrazem twarzy.

– Kiedy powiedziałem, że nie dziewczyna, ty od razu założyłeś, że spotykam się z innym mężczyzną… chcę wiedzieć dlaczego?

– Uhm…

– To znaczy, że istnieje ewentualność, że zamiast synowej doczekam się zięcia?

– Jeśli odpowiedź będzie twierdząca, to się wkurzysz?

– Nie, ale masz przyprowadzić go na kolację…

– Nie ma na razie ani jej, ani jego. Jestem singlem i w najbliższym czasie raczej nic nie ulegnie zmianie.



***



Peter siedzi oparty o obie poduszki i zastanawia się, czy da radę dotrzeć do łazienki, nie przewracając się po drodze z osłabienia. Wątpi, aby ten wyczyn mu się udał, dlatego woli zaczekać, aż ojciec nastolatka wybędzie w końcu z domu na swoją randkę. Pan szeryf ma całkiem niezły gust do kobiet… Mało pamięta panią Stilinską, ale była wesołą i pełną energii szatynką. To po niej Stiles odziedziczył większość cech, a szeryf zaszczepił w nim miłość do zagadek kryminalnych i szybkość łączenia faktów.

Uśmiecha się, przypominając sobie ich rozmowę z wcześniej i właśnie tak zastaje go osiemnastolatek – szczerzącego się i wpatrującego pustym wzrokiem w ścianę.

– Czy wszystko jest okay? – pyta szeptem.

– Powiedzmy… twój ojciec zamierza jeszcze długo się szykować?

– Prawdopodobnie nie… a co?

– Czuję pilną potrzebę skorzystania z cywilizacyjnego dobrodziejstwa, jakim jest toaleta, i to w trybie natychmiastowym. Niestety nadal jestem osłabiony i z całą pewnością nie dam rady zachowywać się bezszelestnie tak jak zazwyczaj. A w najgorszym razie potknę się o własne stopy i zaryję nosem w lakierowaną podłogę, powodując niemały huk, który z kolei zwabi tutaj twojego nieświadomego mojego cudownego zmartwychwstania ojca. – Robi przerwę na złapanie oddechu. – Jako szeryf z całą pewnością połączy to z jakąś mafią albo innym gównem i ja, oraz reszta stada, będziemy mieć nieźle przejebane… chociaż pewnie po prosto by mnie zostawili na pastwę twojego staruszka…

– Skończyłeś już dramatyzować? – Stilinski jest nieporuszony jego wywodem, a w najlepszym razie odrobinę rozbawiony. To nie jest efekt, który Hale życzył sobie uzyskać tą przemową. – Hop do góry, wilczku… wyprowadzimy cię na siku. – Stiles szczerzy zęby w bardzo, ale to bardzo, rozbawionym i co najważniejsze w stu procentach szczerym uśmiechu. Peter warczy, a szatyn chichocze cicho. Hale stwierdza, że to upokarzające. Stiles, nadal uśmiechając się szeroko, prowadzi go tych kilka metrów do łazienki, ale gdy tylko wilkołak dopada klamki, zbiera resztę sił i mówi:

– Ty zostajesz tutaj.

– W porządku, panie wilku…. Tylko tam nie zemdlej. – Starszy przewraca oczami i zatrzaskuje za sobą drzwi. Załatwia sprawę, i przytrzymując się umywalki, patrzy w lustro. Nie podoba mu się to, co widzi. Jest wykończony, z widocznymi workami pod oczami i bladą cerą. Włosy wyglądają, jakby uderzył w niego piorun, dostrzega nawet w nich odrobinę zaschniętej krwi i sprasowanego, zasuszonego żuczka… Co do kurwy? Bardzo potrzebuje prysznica, ale wątpi, czy wytrzyma choćby minutę, stojąc na własnych nogach.

– Peter!? – Słyszy przy drzwiach. – Żyjesz tam?

– Tak – odpowiada. – Możesz wejść… oceniam tylko szkody.

– Och, nie mów, że tam też cię poharatali. – Poczucie humoru młodszego sprawia, że nawet ranne wilkołaki odrobinę się uśmiechają. Stilinski zagląda do pomieszczenia i gapi się na niego. – Więc?

– Wszystko tam jest całe i bezpieczne – odpowiada. – Jednak potrzebuję się umyć…

– Uh… ja nie wiem, czy to dobry pomysł. Wybacz, stary, ale nie wyglądasz całkiem stabilnie. – Nagle jego twarz wykrzywia się w czymś podobnym do uśmiechu. – Chyba że usiądziesz na stołku…

– Cokolwiek, bylebym mógł wypłukać jakoś te leśne żyjątka z moich włosów.

– Fuj – jęczy chłopak, krzywiąc się. – Ojciec przed chwilą odjechał. Przyniosę ci coś na zmianę – oznajmia i znika, a Hale krzywiąc się, zdejmuje z siebie podziurawione spodnie. Minutę później Stilinski wraca z niewielkim białym taboretem i jakimiś ubraniami.

– Dziękuję. – Tym razem Stiles nie rzuca kwaśnych uwag, tylko uśmiecha się pogodnie i kiwa mu głową.

– Będę w pokoju… wołaj, gdybyś miał zemdleć – rzuca, zamykając drzwi.

Kiedy w końcu gorący strumień wody dotyka jego skóry, Peter ma ochotę płakać ze szczęścia i nawet kiedy zielona maź zostaje spłukana z ran, nie powoduje to już takiego rwącego bólu, tylko jego słabe echo i Hale uważnie przygląda się swojej skórze. Widzi, że powoli zaczyna się goić, a co najważniejsze – po ropie nie został nawet ślad.

Ostatecznie wychodzi spod prysznica dwadzieścia minut później i słyszy, że chłopak nerwowo drepcze po pokoju.

– Nadal nie umarłem! – rzuca w przestrzeń.

– Cieszy mnie to! – odpowiedź zcina go z nóg, bo chociaż jest wypowiedziana żartem, to jest całkowicie prawdziwa. Stiles naprawdę chce, żeby on był żywy. Przytrzymuje się kabiny i udaje mu się zachować równowagę. Wyciera się powoli jedną ręką, co jest raczej powolne i mało dokładne, ale na chwilę obecną musi mu wystarczyć. Potem, gdy jest pewny, że nogi nie odmówią mu posłuszeństwa, idzie do niewielkiej półeczki, gdzie młodszy zostawił coś do ubrania. Widzi bokserki z flagą na tyłku i parska śmiechem. Odrywa metkę i nadal się śmieje.

– Nie widziałem, że jesteś takim patriotą! – Naprawdę nie mógł sobie tego odpuścić.

– Tak wyszło – pada szybka odpowiedź. Następnie Hale zakłada lekko przymałe, granatowe dresy, które z całą pewnością nie należą do osiemnastolatka, i takiego samego koloru podkoszulek. Zerka w lustro.

– Od razu lepiej – szepcze do siebie. Wychodzi i pierwsze, co wyczuwa, to zapach Stilesa, a dopiero potem jedzenie. – Papu? – Chłopak wybucha śmiechem.

– Tak, tak, papu dla wilkołaka… ale dzisiaj nie ma w menu żadnych żywych króliczków. – Gdyby Peter był w lepszej kondycji, odparłby, że widzi jednego, na którego ma całkiem sporą ochotę. Niestety nadal potrzebuje sporo czasu, by wyzdrowieć… szczególnie bez pomocy alfy.

Młodszy podaje mu talerz, a w połowie posiłku, kiedy Hale zaczyna lekko dygotać z zimna, zarzuca mu koc na plecy. I może tak właściwie Peter nie potrzebuje Dereka, żeby wyzdrowieć?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz