piątek, 2 marca 2018

Steter one shot - Zazdrośnik

***
Ciężko stwierdzić, w którym momencie dokładnie to się zaczęło. Może między nimi od początku coś było? Jakaś więź, którą obaj z uporem od siebie odpychali. Stiles miał pewne podejrzenia już wtedy, gdy Hale był alfą. Spojrzenia, jakie posyłał mu wilkołak, nie były tak dyskretne, jak zapewne sądził.
AKolejne nieszczęścia nawiedzały Beacon Hills i z czasem Stilinski jakoś przywykł do tego, że Peter zawsze był gdzieś w pobliżu. Był na tyle inteligentny, żeby wiedzieć, że coś wisi w powietrzu. Pewien rodzaj chemii, która sprawiała, że kiedy tylko zostawali sami w pomieszczeniu, powietrze jakby gęstniało od napięcia. Nie zamierzał jako pierwszy wyskakiwać z jakimś wyznaniem... Stwierdził, że poczeka aż Hale sam do niego przyjdzie.
To trwało prawie półtora roku, zanim w końcu wilkołak zdecydował się w typowy dla siebie sposób wyznać mu co czuje. Miały w tym swój udział pewne szczególne okoliczności, a konkretnie Braeden, która wkurzała starszego Hale'a na tyle, że ten z dumnie uniesioną głową i obrażoną miną opuścił mieszkanie siostrzeńca. Nie mając za bardzo pomysłu, gdzie się udać, zdecydował się na odwiedzenie swojego ulubionego człowieczka. Na jego nieszczęście zbliżała się listopadowa pełnia, która dosyć mocno wpływa na zachowanie wilkołaków.
Koniec końców skończyło się wyciem do księżyca pod domem Stilinskich, wkurzonymi sąsiadami i służbami weterynaryjnymi wyłapującymi wszystkie bezdomne kundle z okolicy. Winowajca całego zmieszania został schowany w domu szeryfa i z uporem maniaka łasił się do lekko poirytowanego osiemnastolatka. Stiles nie potrafił jednak być na tyle wredny, żeby odepchnąć od siebie wilkołaka. Nie, gdy ten wyglądał jak szczęśliwy, lekko zaśliniony szczeniak.
Pech chciał, że John tej nocy wcześniej wrócił z patrolu. Zaglądając do pokoju syna, raczej nie spodziewał się zobaczyć go przyciśniętego do drzemiącego Petera Hale'a...
Stiles podejrzewał, że w życiu nie zapomni tego szczególnego wyrazu twarzy szeryfa, gdy próbował mu się wytłumaczyć. Na szczęście ojciec nie próbował do nikogo strzelać, ale zapowiedział, że zakupi od Argenta odpowiednie naboje i jak tylko Peter zacznie coś kombinować, to zrobi z niego ser szwajcarski.

***

Stiles nie miał pojęcia, kiedy to zleciało, ale był z Peterem już niemal pół roku. I to było sześć cholernie dobrych i przyjemnych miesięcy. Najzabawniejsze z tego wszystkiego było to, że początkowo nikt im nie wierzył, że są razem.
– Wkręcasz mnie. – Scott roześmiał się. – Stiles, ty nawet nie jesteś gejem, pamiętasz?
– Zdziwiłbyś się – odpowiedział tylko zdawkowo, bo z tego co wiedział, Derek też nie uwierzył Peterowi.
Dopiero gdy przez kilka tygodni Peter nie wrócił do mieszania Dereka, a Stilinski śmierdział starszym wilkołakiem na kilometr, wataha niechętnie i z lekkim zniesmaczeniem zaczęła zauważać ich związek. McCall kilka razy upewnił się, czy aby na pewno Stiles nie był do niczego zmuszony. Starał się oczywiście, żeby to było dyskretne, ale Scott w takich sprawach miał grację słonia i zdolność wysławiania się średniowiecznego karczmarza.
– Ale wy... znaczy się ty i on – plątał się. – Jesteście parą i wiesz, że ja jestem wilkołakiem i czuję coś od ciebie. – McCall uznał, że szatnia to idealne miejsce na przesłuchanie. Było już dawno po treningu i jak zwykle w środku została tylko ich dwójka. Scott, jako kapitan, upewniał się, że cały sprzęt był na swoim miejscu, podczas gdy trener chrapał sobie w najlepsze w swoim gabinecie.
– Po prostu zapytaj – mruknął zrezygnowany Stiles. To coś zanosiło się na dłuższą pogawędkę, a on naprawdę miał lepsze rzeczy do robienia w piątkowe popołudnie niż słuchanie jąkającego się wilkołaka.
– Nie wiem jak! – syknął przyjaciel, nerwowo przecierając twarz dłonią. – Nie chcę, żebyś się wściekł... albo znając ciebie, to pewnie mnie wyśmiejesz.
– Scott, litości, ile my się znamy? – Przewrócił oczami. – Cokolwiek to jest... odpowiem – przyrzekł.
– No bo ty tak jakby cały czas cuchniesz Peterem – oznajmił, krzywiąc się przy tym okropnie. – Nie wiem, co robiliście... I NIE CHCĘ WIEDZIEĆ! – dodał, gdy zauważył, że Stiles już otwierał usta, żeby mu to wyjaśnić.
– Ale przecież już wcześniej tak było – mruknął, nic nie rozumiejąc.
– Tak, ale teraz czuć cię nim BARDZIEJ – zawołał nieco gorączkowo, machając rękami na wszystkie strony.
– Mam brać dłuższy prysznic? – prychnął, unosząc brew. Wtedy właśnie ktoś za nim wybuchł niemal histerycznym śmiechem. Odwrócił się i zamarł.
– Isaac?! – zawołali chórem obaj z McCallem. – Czy ty nie powinieneś być we Francji z Chrisem.
– Cześć... Europa nie jest dla mnie – wykrztusił, wciąż trzęsąc się od śmiechu. – Stiles... myślę, że Scott próbuje cię uświadomić, że każdy wilkołak może po twoim zapachu poznać, co robiłeś rano.
Stilinski zamrugał zaskoczony i tylko kilka sekund zajęło mu uświadomienie sobie, że pomiędzy prysznicem, a śniadaniem Peter zaczął go obmacywać, co ostatecznie skończyło się na wzajemnym obciągnięciu i kilku minutach spóźnienia na pierwszą lekcję.
– Chcesz mi powiedzieć, że cały dzień czuć na mnie jego spermę? – syknął, wlepiając swoje wściekłe spojrzenie w Scotta. – I TY MI O TYM NIE POWIEDZIAŁEŚ?!
– Um... próbowałem? – zająknął się.
– Idiota – warknął, uderzając go dla zasady w ramię. Chociaż durny wilkołak nie miał na tyle przyzwoitości, żeby się skrzywić.
– I zapewniam cię, że Peter wiedział... – powiedział Lahey, wyszczerzając się do niego kpiąco.
– Tak? – warknął. – Oczywiście, że tak – westchnął, przypominając sobie o zapędach terytorialnych Hale'a. – Zabiję go... – dodał, łapiąc za swoje rzeczy i niemal wybiegając z szatni.

***

Oczywiście od czasu do czasu coś atakowało ich przeklęte miasteczko, zmuszając ich do działania. Jednak było też odrobinę spokoju i tak po cichu, to Stilinski cieszył się z tych przebłysków normalności. Mimo wszystko był człowiekiem i czasami ciężko mu było nadążyć za tą nadnaturalną zgrają.
Wiedział też, że Peter to rozumie, bo starał się go zawsze osłaniać, co było na równi słodkie, co irytujące. Nie cierpiał się czuć słabszy i delikatniejszy. Kilka razy oberwał i widział, w jaki sposób wilkołak reagował na każdy jego nawet najmniejszy siniak. Starał się mu tłumaczyć i przekonywać, że to nic takiego i naprawdę nie ma potrzeby tego od razu leczyć. Żartował, że takie obrażenia go nie zabiją, co oczywiście było kolejnym błędem. Peter stawał się wtedy dwa razy bardziej uważny i zachowywał się jak nadopiekuńcza mamuśka.

– Stiles, na pewno wszy...
– TAK! – wrzasnął. Miał po wyżej uszu pytań o to, czy na pewno wszystko z nim w porządku. Tylko lekko się potłukł, gdy wkurzona Lamia, uciekając z ich zasadzki, zrzuciła go ze schodów.
– Nie musisz aż tak się wysilać – prychnął wilkołak – słuch ma doskonały – dodał, ostrożnie układając się obok Stilesa na łóżku. Delikatnie dotknął jego pleców i Stilinski wiedział, że zamierza zabrać jego ból. Nie miał już siły sprzeczać się o to z tym uparciuchem, dlatego posłał mu tylko bardzo wymowne spojrzenie.
– Nie rozumiem cię czasami – mruknął Hale.
– Ja ciebie też – odpowiedział. – Tyle razy tłumaczyłem ci, że nie wszystko wymaga twojej interwencji.
– Wiem – westchnął Peter – ale kiedy jestem tak blisko – przerwał na chwilę – nie umiem się powstrzymać od dotykania ciebie – dodał, pocierając nieogoloną brodą o kark Stilinskiego.

Pewne zachowania wynikały z głęboko zakorzenionego instynktu. Stilinski wiedział, że związek człowieka z wilkołakiem będzie specyficzny. I w zasadzie nie było nawet w połowie tak trudno, jak się spodziewał... Peter wciąż zachowywał się czasami jak irytujący dupek i potrafił w kilka sekund wkurzyć każdego do tego stopnia, że miało ochotę się go poddusić. Bywał wredny i sarkastyczny, ale zawsze w jego głosie można było wyłapać nutkę rozbawienia. I może właśnie to podobało się Stilesowi najbardziej. Sam miał dosyć skomplikowany charakter i ktoś zbyt miły i zrównoważony prawdopodobnie zanudziłby go na śmierć w przeciągu tygodnia.

***

Powrót Isaaca Laheya zaskoczył chyba wszystkich. Peterowi w zasadzie ten chłopak był zupełnie obojętny i z początku nie widział żadnego problemu w jego obecności. Ot kolejny nastolatek z lekko sarkastycznym i złośliwym charakterem. Może nawet ucieszył się odrobinę, bo im większa i silniejsza wataha, tym pewniejsze terytorium. Teraz, gdy wreszcie miał partnera i pozytywne widoki na przyszłość z nim, potrzebował stabilizacji i spokoju.
Radzili sobie jakoś z bieżącymi zagrożeniami, ale minimalizowanie ryzyka na kolejne konflikty było bardzo wskazane. Wiedział, że minie jeszcze trochę, zanim sytuacja całkowicie się ustabilizuje, a codzienny niepokój o życie partnera sprawiał, że stawał się nadopiekuńczy i przewrażliwiony, co z kolei drażniło Stilesa.
Tylko że co miał na to poradzić, kiedy jego wilk domagał się, by cały czas czuwał nad partnerem. Miotał się i warczał, gdy Stiles narażał się dla watahy. Hale starał się nieco panować nad swoim drugim ja. Wiedział, że związek wilkołaka z człowiekiem będzie specyficzny... zwłaszcza z tak niezależnym i cholernie upartym chłopakiem. Stilinski kazał mu się iść się pieprzyć, gdy Peter zasugerował mu, by ten trzymał się z tyłu podczas ich ostatniej potyczki. Hale nie mógł odsunąć chłopaka z dala od reszty ich sfory, bo to oznaczałoby koniec ich związku. Poznał Stilesa już na tyle dobrze, by wiedzieć, że nienawidzi być spychany na boczny tor, jak ktoś gorszy czy słabszy. Czuł więź ze stadem i nikt ani nic nie zmusi go do schowania się za plecami któregokolwiek z nich. Znając Stilinskiego i jego wyczucie chwili, to raczej on będzie zasłaniać ich.

***

Po dwóch tygodniach Hale zaczynał powoli żałować powrotu tego cholernego Laheya. Przez tego szczeniaka Stiles miał dla niego o wiele mniej czasu. To było do przewidzenia, że jego chłopak jako pierwszy zgłosi się na ochotnika do pomagania Isaacowi z nadrobieniem zaległości. Peter myślał, że to będzie kilka godzin tygodniowo i na tym koniec... a tymczasem to było po dwie trzy godziny dziennie. Ileż można się uczyć?!
Były dwie możliwości: Isaac był tak głupi i ciężko kapujący, że to wymagało aż tyle czasu, albo tak ambitny, że chciał dogonić z ocenami Lydię i Stilesa... Póki co starał się nie zastanawiać nad innymi przyczynami, bo musiałby wymyślić jakąś sensowną wymówkę, dlaczego Lahey został przez niego poturbowany.
– Mamy jakieś plany na dzisiaj? – zapytał, przeciągając się leniwie na łóżku. Przyglądał się, jak jego partner w pośpiechu ubiera się do szkoły, starając się ze sterty swoich koszul w kratkę wybrać taką, której kołnierzyk zasłoniłby jego przyozdobioną kilkoma malinkami szyję. Wilkołak aż zamruczał, przyglądając się swojemu dziełu... nie żeby nie ufał Stilinskiemu. To było raczej ostrzeżenie dla całej reszty napalonych, napędzanych hormonami głąbów.
– Umm... nie wiem jeszcze – odpowiedział, jednocześnie wciągając na tyłek spodnie. – Mamy trening, a później Isaac chciał, żebym mu pomógł z zaległymi referatami na ekonomię.
– Jasne – prychnął.
– Co to niby miało znaczyć? – zapytał szczerze zdziwiony Stiles i Hale nie mógł powstrzymać się od wywrócenia oczami.
– Nic – odpowiedział.
– Przecież widzę, że od jakiegoś czasu coś za często masz tę swoją obrażoną minę – zauważył, nachylając się nad nim, by wyciągnąć telefon spod poduszki. – Cholera!
– Hm? – mruknął Peter, podnosząc się do siadu, żeby ze zdziwieniem zauważyć dziwnie podskakującego po pokoju chłopaka.
– Lahey ubłagał trenera i może wrócić do drużyny! – odpowiedział z szerokim uśmiechem.
– I ucieszyła cię tak perspektywa oglądania z ławki jak gra? – Tak szybko, jak słowa opuściły jego usta, miał ochotę je tam z powrotem zapakować. Widział zaskoczenie i zranienie na twarzy Stilesa i miał ochotę podejść do niego, przytulić i nie wypuścić z pokoju przez najbliższą godzinę. – Kochanie...
– Muszę iść. – syknął przez zęby. – Możesz dzisiaj pozacieśniać więzy rodzinne z Derekiem.
– St...
– Zresztą jak chcesz – przerwał mu, pakując do plecaka dodatkową koszulkę i spodenki od piżamy. – Nie wracam dzisiaj – dodał, wchodząc na kilka sekund do łazienki po wiszący na suszarce strój do lacrosse. – Na razie! – mruknął już w drzwiach, nawet się do niego nie odwracając. Cholera.

***

– Scott! – zawołał Stiles, poklepując przyjaciela niezbyt mocno w policzek, bo ten neandertalczyk był zbyt zajęty ślinieniem się na widok Kiry, przechodzącej obok wejścia do ich szatni, żeby zauważyć kogokolwiek innego.
– Zostaw go – zakpił rozbawiony Danny. – I tak do niego nic nie dotrze... słyszałem od Isaaca, że w końcu umówił się z nią na wieczór – szepnął konspiracyjnie. – A przecież pani McCall ma dzisiaj nocny dyżur.
– No to wszystko jasne... – prychnął. – On już jest myślami w swojej sypialni. – Pokręcił głową ze zrezygnowaniem, że też akurat dzisiaj Scott musiał się odważyć!
– A tobie co się stało, że jakiś taki skwaszony jesteś? – zaciekawił się Hawajczyk. – Patrząc na twoją szyję, to raczej miałeś udaną noc...
– Noc może i tak. – Westchnął ciężko. Lahey właśnie wszedł ze swoim nowym strojem do szatni. Spojrzał na nich zdziwiony. – Ale poranek już chujowy.
– Chcę wiedzieć? – wtrącił Isaac.
– Peter ma humory – prychnął – i chyba jest zazdrosny.
– Takie uroki umawiania się z wilkołakiem – podsumował Danny ze smutnym uśmiechem, bo chociaż Stiles nie znał szczegółów jego związku z Ethanem, to pewne rzeczy mógł wyczytać między wierszami.
– O kogo niby? – zapytał niemal w tym samym czasie Isaac.
– O ciebie... chyba.
– CO?!
– Przynajmniej takie odniosłem wrażenie. – Wzruszył ramionami. – Nie bardzo mam ochotę się z nim dzisiaj widzieć, ale akurat pan śliniak musiał umówić się na randkę...
– Um... idę do klubu – wtrącił Danny. – Jeśli chcesz, to...
– Nie bardzo mam dzisiaj ochotę na wyjście gdziekolwiek. – Uśmiechnął się lekko do mulata.
– Wieczór z Marvelem? – zaproponował Lahey.
– Góra chipsów i litry coli?
– Oczywiście.
– No to jesteśmy umówieni, ale najpierw skończymy chociaż jeden z tych cholernych referatów na ekonomię – zaznaczył. – Finstocka chyba Bóg opuścił, że zadał ci ich aż siedem.
– Opuścił, jak tylko przyjąłem posadę waszego trenera! – zawołała ich zmora, wychylając się zza szafek. – A teraz na boisko! BIEGIEM!

***

Peter sam był sobie winien, ale to wcale nie powodowało, że było mu jakoś lżej. Jeśli już to czuł się jeszcze gorzej ze świadomością, że to przez jego niewyparzoną gębę Stiles nie wrócił na noc do własnego domu.
Czekał niemal do północy, licząc na to, że chłopak tylko wyszedł gdzieś ze znajomymi albo odwiedzał Scotta. Jednak w końcu musiał się poddać i przyjąć do wiadomości, że Stilinski był na niego naprawdę wściekły i nie zamierzał się z nim widzieć. Cóż... nie żeby się specjalnie dziwił. Uderzył w jego najczulszy punkt. Domyślał się, że mimo wszystko chłopak czuł się gorszy od Scotta czy Isaaca, a jego pewność siebie podkopywał jeszcze wiecznie marudzący trener. A mimo to świadomie po to sięgnął. Zawsze był dupkiem, ale znał granicę... tym razem znajdował się już za linią.
Na swoją obronę miał jedynie fakt, że nigdy wcześniej nie doświadczył tak gwałtownych i silnych uczuć. Stiles był wyjątkowy i tak długo tylko pragnął, żeby należał do niego. Gdy w końcu zostali parą, nie mógł powstrzymać się od ciągłego zaznaczania chłopaka swoim zapachem i tworzenia kolejnych czerwonych śladów na jego ciele. Chciał, żeby każdy wiedział, że młody Stilinski był zajęty i nieosiągalny dla innych.
Hale doskonale pamiętał, jak chłopak wściekł się o to, że przez niego poszedł do szkoły z zapachem jego nasienia na sobie i cóż... nie miał nic na swoją obronę, poza tym, że chciał jeszcze dobitniej zaznaczyć to, że Stiles był jego terytorium. Wyznanie tego nie pomogło mu uniknąć gniewu partnera, a nawet go spotęgowało. Stilinski wykrzyczał mu w twarz, że nie pozwoli traktować się jak czyjąś własność i jeśli Peter wciąż chce z nim być, to musi się ogarnąć, i nieco ograniczyć swoje zwierzęce odruchy.

Tym razem sytuacja była podobna i zarazem różna... wtedy kierowały nim głównie pragnienia wilka. Zazdrość z kolei pochodziła od tej jego ludzkiej strony. Podświadomie obawiał się, że Stiles prędzej czy później dostrzeże to, że Peter był dla niego nieodpowiedni. Myślał wtedy zazwyczaj o chwili, gdy chłopak pójdzie na studia i pozna nowych ludzi. To dla niego mnóstwo nowych możliwości i istniało ryzyko, że spotka kogoś lepszego, i Peterowi nie pozostanie nic innego jak tylko usunięcie się w cień.
Bo kim on był? Trzydziestoparoletnim dupkiem z cholernie ciężką przeszłością... Stiles zasługiwał na więcej, ale Peter był zbyt wielkim egoistą, żeby dać czas chłopakowi na znalezienie tej wyjątkowej osoby. Musiał go mieć dla siebie... choćby na krótką chwilę. Kilka miesięcy czy rok.

***

– Isaac? – wymamrotał jeszcze nie do końca wybudzony Stiles. Wstał z kanapy i oświetlając sobie drogę telefonem, ruszył w kierunku pokoju chłopaka. Przez kilka chwil stał przed drzwiami, zastanawiając się, co powinien zrobić, ale gdy usłyszał kolejny krzyk, który z każdą kolejną sekundą brzmiał bardziej jak zawodzenie zranionego zwierzęcia, zdecydował się na obudzenie kolegi. Miał nadzieję, że nie zostanie przy tym zamordowany, bo zamierzał właśnie zbliżyć się do pogrążonego w koszmarze wilkołaka. Czy to już czas na modlitwę?
– Isaac – powiedział cicho, zatrzymując się niecały metr od łóżka. – Isaac! – zwołał głośniej, ale chłopak wciąż miotał się po całym materacu, wymachując rękami, tak jakby chciał coś albo kogoś od siebie odsunąć.
– To n-nnie! – mamrotał Lahey. – Nie! – krzyknął na tyle głośno, żeby postawić na nogi wszystkich w mieszkaniu.
– Hej. – Stilinski bardzo ostrożnie dotknął ramienia wilkołaka i ten niemal natychmiast od niego odskoczył. Na tyle daleko, że spadł z łóżka. – Żyjesz? – podszedł do skulonego w niewielkiej wnęce pomiędzy komodą a łóżkiem Isaaca. Przykucnął, starając się dostrzec cokolwiek poza świecącymi się oczami.
– Nic mi nie jest – odpowiedział, jednak jego głos był zbyt roztrzęsiony i dziwnie zduszony, żeby Stiles mógł mu w to uwierzyć.
– Taaak, jasne. – Westchnął zastanawiając się, co powinien zrobić. – Posiedzieć z tobą, czy może mam iść po Derka? – zapytał, chociaż w myślach prosił wszelkie bóstwa jakie istnieją, żeby nie musiał tego robić. Hale zniknął kilka godzin wcześniej we własnej sypialni wraz z Braeden, która wpadła tylko na kilka godzin w drodze z Kanady do Meksyku, i Hale zagroził, że jak któryś z nich będzie przeszkadzał, to obu ich wystawi za drzwi.
– Nie trzeba – odszepnął Lahey. Podniósł się w końcu z podłogi i usiadł na łóżku, nogi wsuwając pod przykrycie, a plecami oparł się o ramę łóżka. – Serio, Stiles... wszystko gra.
– Powtórzenie tego po raz kolejny wcale nie sprawi, że ci uwierzę, wiesz?
– To nie był mój pierwszy koszmar i zapewne nie ostatni... radzę sobie – zapewnił.
– A co tak właściwie ci się śni? – zapytał Stilinski z lekkim zawahaniem, siadając obok wilkołaka.
– Zazwyczaj ojciec... czasami śmierć Allison. – Isaac brzmiał na bardzo zmęczonego i wciąż lekko wystraszonego.
– Och – sapnął Stiles. – Wiesz, jeśli chodzi o All to też czasami to widzę – wyznał.
– Ta... – westchnął Lahey. – Mieliśmy trochę spierdolone życie i nawet snów nie mamy normalnych – próbował zażartować wilkołak.
– Chyba to o to chodzi... – mruknął cicho, tylko po to, żeby powiedzieć cokolwiek. – Scott zazwyczaj śni o bieganiu po lesie – dodał.
– Szczęściarz – prychnął Isaac, ale wydawał się być już nieco spokojniejszy. Jakby sama obecność przyjaciela wystarczyła, żeby odegnać wspomnienie koszmaru.
Przez kilkanaście kolejnych minut milczeli, ale to nie było niezręczne ani wymuszone... tylko miłe i najwyraźniej potrzebne, bo w końcu głowa wilkołaka opadła na ramię Stilesa.
– Pięknie. – Westchnął pokonany, bo był pewien, że Peter nie będzie zadowolony, gdy wróci przesiąknięty zapachem innego wilkołaka.
– W porządku? – Stiles wzdrygnął się na niespodziewany głos Dereka.
– Powiedzmy – szepnął. – Długo tam stoisz?
– Jakiś czas... zazwyczaj to ja staram się go uspokoić – przyznał. – Będziesz tutaj? – zapytał.
– Idź do dziewczyny – prychnął. – Serio, Derek. Nigdzie się nie wybieram... ale coś tak czuję, że jutro będziesz musiał pogadać ze swoim wujaszkiem.
– Co znowu zrobił? – zapytał wilkołak z wyraźnym zaciekawieniem.
– Jutro się dowiesz....

***

Peter wbrew temu, co sugerował mu Stiles, nie ruszył się nawet na krok z jego pokoju. Szeryf tym razem nie był problemem, bo od razu po wróceniu ze zmiany nalał sobie szklaneczkę i poszedł do siebie.
Wilkołak nie zasnął, cały czas czuwając i czekając na to, aż jego chłopak wróci... Minęła ósma rano, a jego wciąż nie było. Nie miał pojęcia, gdzie Stiles spędził noc, bo na pewno nie u Scotta. Zdesperowany i mocno zaniepokojony brakiem kontaktu z partnerem, przełamał swoją dumę i poszedł w miejsce, gdzie spodziewał się go zastać. Jednak nieco się pomylił, bo McCall miał bardzo udaną randkę z Kirą... Przynajmniej do momentu, w którym Hale nie wskoczył mu przez okno do pokoju...


Peter zamrugał zaskoczony i lekko zdezorientowany na nagły hałas. Musiało mu się jednak na chwilę przysnąć. Podniósł się i rozejrzał nerwowo po pomieszczeniu, spodziewając się zobaczyć wściekłego szeryfa ze strzelbą w rękach. Zamiast tego zobaczył zmęczonego, ale wciąż poirytowanego Stilesa stojącego z założonymi rękami tuż obok łóżka.
– Stiles... – mruknął, wyciągając ręce po niego. Chłopak jeszcze przez chwilę patrzył na niego wilkiem, ale w końcu uśmiechnął się samym kącikiem ust i dopiero wtedy Hale odetchnął. Nawet nie wiedział, że wstrzymał oddech.
Jednak to, co wyczuł na swoim parterze, nie spodobało mu się ani trochę. Cuchnął Isaaciem tak bardzo, że Peter nie mógł tego znieść. Odsunął się od niego, starając się uspokoić, bo to niemożliwe, żeby...
Wilk w nim szalał, domagając się natychmiastowego starcia obcego zapachu z partnera. MÓJ, to jedno słowo miał w głowie i nic innego nie potrafiło do niego przeniknąć.
– Spałem z Isaaciem. – Głos Stilesa był spokojny, a jego serce biło równo. Nie kłamał.
Ale dlaczego?
Peter warknął gardłowo, nie potrafiąc zatrzymać gwałtownej przemiany.
Zabij.Zabij. Zabij... Zniszcz. Zatop kły w jego karku – tego żądał od niego wilk. Śmierci Laheya. Wiedział jednak, że Stiles już nigdy nie spojrzałby w jego kierunku, gdyby zrobił coś komuś, na kim mu zależało.
– O cholera! – wrzasnął Stilinski. i – Peter t-ty jesteś wilkiem... takim całkiem-bardzo-wilkiem. Pełen zestaw! Cztery łapy, ogon i sierść! – Hale spojrzał w dół i zamiast rąk zobaczył pokryte futrem łapy.
– Stiles? – usłyszał gdzieś od strony drzwi głos swojego siostrzeńca. – Jak? – Wskazał na niego całkowicie zdezorientowany. Peter miał ochotę prychnąć, a zamiast tego z jego pyska wyrwało się krótkie warknięcie.
– Nie mam pojęcia... w jednej chwili siedział i wpatrywał się we mnie, jakby miał się rozpłakać, a w następnej puch i mamy wilka!
– Coś musiałeś zrobić – oznajmił Derek. – Może chodzi o Isaaca? – Peter obnażył zębiska i warknął przeciągle.
– Uhm... cholera, źle to sformułowałem! – wykrzyknął zestresowany Stiles, starając się spojrzeć mu w oczy. – Spałem z Layehem w jednym łóżku... dlatego nim pewnie śmierdzę czy coś. – Wilkołak spojrzał na niego uważniej i nadstawił uszu, starając się wyłapać choćby najmniejszy fałsz ze słów chłopaka. – Śnił mu się koszmar i tak jakoś wyszło... nie pieprzyłem się z nim! – dodał wyraźnie urażony, że Peter śmie go o to podejrzewać. Dobre sobie...
– Sama prawda... – wtrącił Derek.

***

Kilka godzin później, kiedy Peter wrócił do swojej ludzkiej postaci, musiał upewnić się, że Stiles wciąż chciał z nim być.
– St... – zaczął.
– Zamknij się – syknął chłopak, nawet nie odrywając spojrzenia od ekranu laptopa. – Jak w ogóle mogło ci przyjść do głowy coś tak beznadziejnie głupiego?!
– Mam taki niewielki problem z zazdrością – przyznał, pocierając dłonią kolano Stilinskiego.
– Niewielki?! – prychnął Stiles. – I dlaczego tak bardzo mi nie ufasz, co? – Peter chciał zaprzeczyć, ale nie dostał na to szansy. – Nawet jeśli ktoś inny byłby zainteresowany mną, to jeszcze nie znaczy, że od razu do tego kogoś pobiegnę! Mogę się komuś podobać i to nie zbrodnia... czyjeś zainteresowanie jest miłe i podnosi mi samoocenę. Ale to by było na tyle. – Przerwał na chwilę. – Kocham ciebie i to szybko się nie zmieni, o ile kiedykolwiek.
– Nie wydaje ci się, że marnujesz ze mną czas?
– Jesteś idiotą – westchnął Stiles. – Mam wysokie standardy... nie zakochuję się w byle kim – dodał, odkładając laptopa na półkę.
– Stiles.
– Cicho – warknął Stilinski ostrzegawczo, wdrapując się na kolana Petera. – Nie mam pojęcia, skąd wzięło się twoje przekonanie, że cię zostawię... – Westchnął ciężko. – Cholera, czy ty nie widzisz, że aktualnie nie masz żadnej konkurencji? Nikogo ciekawszego ani bardziej odpowiedniego dla mnie jakoś nie widzę... i może to przez to, że nikogo nie szukam. SŁYSZYSZ?!
– Tak – odpowiedział. Przyciągnął chłopaka bliżej za biodra. – Przepraszam, ale...
– Peter! Żadnego 'ale' nie chcę słyszeć! – oznajmił i wilkołak wyczuł, że dalsza dyskusja na ten temat nie miała najmniejszego sensu. Stiles musnął ustami jego szyję, a potem ugryzł go naprawdę mocno. – I nie zapominaj, że ty jesteś mój. Skoro ty tak reagujesz na Isaaca... to czy ja mam jakieś powody do zazdrości, o których nie wiem? – zapytał z uniesioną brwią.
– Stiles, to nie tak – mruknął, sunąc dłońmi po plecach chłopaka.
– A ja myślę, że od teraz będę pilnował cię z równym zaangażowaniem, jak ty mnie... I zobaczymy, czy to będzie ci się podobało, panie wilku.

niedziela, 25 lutego 2018

Steter -Gorszy Dzień cz.5

Coś jest nie tak z tym rozdziałem, a ja nie mam już cierpliwości ani siły tego poprawiać

***

Przedłużająca się cisza sprawia, że obaj czują się nieco zakłopotani. Peter może poznać to po szybszym biciu serca chłopaka i lekko kwaśnym posmaku wstydu bijącym od niego. Lubi myśleć, że nawet bez swoich wyczulonych zmysłów umiałby odczytać to po samym sposobie, w jaki ciało chłopaka zdradza jego nastrój. Ręce cały czas są w ruchu, przeplata ze sobą palce albo skubie wystające nitki koca. Zagryza wargi i nie patrzy na niego przez cały czas, tylko zerka jak spłoszona sarenka.

Wie też, że prawdopodobnie powinien coś na to odpowiedzieć. Niestety cała jego elokwencja ulotniła się jak powietrze z przebitego balona. Już otwiera usta, ale równie szybko je zamyka, zdając sobie sprawę, że to, co chciał powiedzieć, brzmi zbyt dziwnie, nawet jak na niego. W końcu Stiles nie wyznał mu dozgonnej miłości, tylko stwierdził, że go lubi. Dla normalnego człowieka to nie byłoby nic wielkiego, bo darzyć sympatią można wielu przyjaciół czy znajomych. Czasami nawet nie trzeba znać dobrze tej osoby, żeby móc powiedzieć, że w zasadzie jest miła i ją lubimy.
Tylko że chłopak zna go już jakiś czas. Peter zdaje sobie sprawę, że można o nim powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że wzbudza ciepłe uczucia. Większość watahy instynktownie trzyma go na dystans i podejrzliwie obserwuje każdy jego nawet najmniejszy ruch. Hale uświadamia sobie, że przez ten czas kiedy przebywał u Stilinskiego nic takiego nie miało miejsca. A jeśli już to w spojrzeniu nastolatka nie dostrzegał strachu czy pogardy, tylko raczej zmartwienie, czasami troskę. To uderza w niego z zadziwiającą siłą – Stiles jest pierwszą osobą od dawna, która przejęłaby się, gdyby coś mu się stało.
Uśmiecha się samym kącikiem ust, bez swojej zwyczajowej kpiny czy złośliwości. Ma nadzieję, że to widać, bo ostatnie czego chce, to zranienie kogoś tak wyjątkowego. Na szczęście chłopak poprawnie interpretuje jego zachowanie, bo odwzajemnia się takim samym gestem. Wilkołak gapi się jak bezdomny kundel na kogoś, kto dał mu miły, ciepły kąt w swoim domu. Jednak nie potrafi przestać, gdy Stiles uśmiecha się całym sobą. Jego twarz się rozjaśnia i już nie widać na niej tej zmarszczki na czole, która zazwyczaj oznacza, że chłopak jest czymś zmartwiony. Ciało rozluźnia się, jakby pozbył się jakiegoś ogromnego ciężaru. Ale tym, co najbardziej przyciąga Petera, są jego oczy – ciepły, czekoladowy brąz. Jednak teraz jest w nich coś jeszcze... tylko że nie ma pojęcia, jak mógłby to zinterpretować. Niby zna go równie dobrze, co on jego, a teraz naprawdę nie ma pojęcia, o czym chłopak może myśleć.
– Mam rozumieć, że cokolwiek cię tak we mnie irytowało, już przestało ci przeszkadzać? – pyta Stilinski, unosząc brew. Wygląda na to, że naprawdę zależy mu na odpowiedzi, bo wpatruje się w niego wyczekująco. Peter zaczyna gorączkowo zastanawiać się, jak zmieścić wszystko to, co przed chwilą do niego dotarło w jedną logiczną wypowiedź... – Nie wiem, co sobie wcześniej ubzdurałeś. Znając ciebie, mogło to być wszystko: zaczynając od tego, że mam jakiś swój ukryty cel, a kończąc na tym, że jest mi cię żal. – Mogła mu taka myśl przewinąć się przez umysł i jest mu nieco głupio z tego powodu.
– Nie... ja po prostu odzwyczaiłem się od tego. – Roztacza ręką koło, wskazując na całe ich otoczenie. – Wiesz, że ktoś może robić dla mnie coś tylko dlatego, że mu zależy. – Milknie na chwile, starając się zebrać ważne kwestie w proste i zrozumiałe zdanie. – Wiem też, że nie mam prawa oczekiwać od Dereka niczego ponad to, że toleruje moją osobę.
– Dlatego jesteś taki zdystansowany do wszystkiego? Skoro im nie zależy, to nie chcesz dać się złapać na tym, że tobie wręcz przeciwnie?
– Może po części... W zasadzie bety są mi obojętne. Oczywiście nie życzę im w żaden sposób źle, ale...
– A pan Alfa? – Wilkołak wiedział, że prędzej czy później Stilinski zada to pytanie, ale i tak nie czuje się całkiem komfortowo z tym, co ma powiedzieć.
– To mój siostrzeniec, i chociaż nie zgadzałem się z Talią w większości kwestii, i rozważałem nawet opuszczenie watahy wraz z żoną i dziećmi... To zależało mi na niej, jak na nikim innym. Byliśmy tak różni jak ty i Scott. – Stiles śmieje się krótko. – Nasza więź nie przetrwała mojego ślubu z Lily... tak jak Scott oddalił się od ciebie po poznaniu panny Argent, tak moja siostra z jakiegoś nieznanego mi powodu nie mogła przecierpieć, że ożeniłem się z kimś obcym, kimś, kto został przemieniony przez obcą alfę, a nie przez nią.
– Może się o ciebie bała albo miała obsesje na punkcie rodu czy czegoś takiego?
– Już się nie dowiem... Wracając do Dereka: im bardziej Talia spychała mnie na boczny tor, tym młody więcej czasu spędzał ze mną i moją rodziną. Dzieciaki go uwielbiały, może dlatego, że mogły robić z nim, co tylko chciały... bawić się, grać. A Lily była dla niego jak starsza przyjaciółka, to jej zwierzył się ze swojego związku z Kate. – Przerywa na chwilę. – Moja żona się wściekła, bo była bardzo opiekuńcza... próbowała zmusić Argent, żeby trzymała się z daleka i przez chwilę wydawało nam się, że się udało...
– Co się stało? – pyta cicho Stilinski, chociaż po jego smutnym spojrzeniu widać, że już się domyślił.
– Kate podpaliła dom podczas jednej z naszych comiesięcznych kolacji, gdzie zjeżdżała się większość rodziny
***
Po wyznaniu Hala ponownie zapada cisza, ale tym razem nie jest ona tak niezręczna. To trochę niezwykłe, że chłopak nie wyrzuca z siebie miliona słów na minutę, bo wcześniej Peter nie widział go milczącego ta długo. Może to właśnie się dzieję, kiedy wkracza się w czyjąś przestrzeń domową? Dostrzega się więcej niż wcześniej... bo tylko w swoich czterech ścianach każdy pozwala sobie czasami na bycie w stu procentach sobą.
Jednak coś podpowiada mu, że jeszcze jakiś czas temu Stilinski zachowywałby się przy nim inaczej. Byłby miły, może nawet uprzejmie zainteresowany stanem jego zdrowia. Tylko że cały czas pilnowałby się, tak jak przy reszcie stada. Można więc wyciągnąć wnioski, że ufa mu na tyle, żeby czuć się komfortowo i swobodnie. Teraz traktuje go trochę jak stały element swojego życia, co podoba się Hale'owi znacznie bardziej niż powinno.
Może istnieje szansa na to, że pewien kundel po przejściach właśnie znalazł prawdziwy dom... i nie ma tu na myśli budynku.

Stiles jest już w szkole, a Peter nie bardzo wie, co ma ze sobą zrobić w tym czasie. Niby już czuje się lepiej i mógłby wyjść gdziekolwiek, choćby do spożywczaka, ale z drugiej strony jest mu zbyt przyjemnie, by wstawać z wygodnego łóżka. Dlatego ponownie zamyka oczy i pozwala sobie na odpłynięcie. Zapach, który otacza go z każdej strony, kojarzy mu się z ciepłem i bezpieczeństwem. Nie ma najmniejszej ochoty na analizowanie tego, co dzieje się w jego głowie. Wie, że prawdopodobnie powinien, bo może obudzić się jak zwykle w najmniej odpowiednim momencie i narobi kolejnych głupot. Jednak jego umysł jest tak przyjemnie zamroczony i spokojny, że nie ma mowy o tym, żeby odebrał sobie te kilka godzin odpoczynku. Myślenie może poczekać, aż się wyśpi. Przyciąga drugą poduszkę do klatki piersiowej i mocno obejmuje ją ramionami, chowając nos w miękkim materiale. Konwalie i deszcz. Z tym kojarzy mu się zapach nastolatka. Niemal może zobaczyć leśną ścieżkę pokrytą ściółką, prawie może poczuć liście pod palcami i wodę skapującą z drzew wprost na niego.
Jest nieco rozczarowany, kiedy budzi się i zamiast ogromnego lasu, widzi zapełniony książkami pokój. To uczucie wolności i swobody, które czuł we śnie, wciąż znajduje się na wyciągniecie ręki. Jest tak silne i rzeczywiste, że Hale ma ochotę zaskomleć żałośnie jak zraniony szczeniak. To nie w porządku, że coś tak zwyczajnego i prostego jest dla niego nieosiągalnym marzeniem. Obiecuje sobie, że jeśli tylko przeżyje kilka najbliższych dni, spędzi w cholernym lesie tak dużo czasu, że będzie miał go dosyć. Kto wie, może zrobi sobie wycieczkę po kalifornijskich lasach... musiałby tylko uprzedzić sąsiednie watahy, żeby przypadkiem nie wzięli go za intruza i nie uprzykrzali mu relaksu. Jeszcze lepiej byłoby, gdyby nie musiał robić tego sam... nie liczy na Dereka ani jego stado, ale pewien gadatliwy nastolatek może zgodziłyby się mu towarzyszyć. Co oczywiście miałoby wpływ na wybór prostszych i bezpieczniejszych szlaków, gdzie w każdej chwili mogliby wrócić do cywilizacji. Dodatkowo musiałby zrezygnować z polowań, bo Stiles nie jest fanem przelewu krwi. Jednak to i tak byłoby sto razy lepsze niż wyprawa w pojedynkę.
Koło południa zmusza się do szybkiego prysznica i przebrania w czyste ciuchy, które Derek przy okazji wczorajszej wizyty podrzucił. To chyba jest jeden z jego niezwykle subtelnych przejawów troski... tylko że Peter nie jest do końca pewien, kogo akurat to dotyczyło: jego czy młodego Stilinskiego? Jakakolwiek byłaby odpowiedź, to siostrzeniec coraz lepiej radzi sobie z tym całym alfizmem... może jeszcze daleko mu do Talii, ale chyba nareszcie zaczyna rozumieć, że nie chodzi tylko o siłę, jaka jest w grupie istot o nadnaturalnych zdolnościach. Wataha ma być rodziną z niezwykle mocnymi więzami i to właśnie na tym ma polegać jej potęga. Każdy czuje się pewniej, gdy wie, że jest akceptowany i rozumiany przez najbliższych. Nie chodzi o budowanie sztucznego przeświadczenia, że są niezniszczalni, bo to najkrótsza droga na cmentarz... tylko o wyzbycie się niepewności, irracjonalnych lęków czy zmienianie czyichś słabości w siłę.
Dopiero po piętnastej słyszy, jak na podjeździe zatrzymuje się samochód i od razu może poznać, że to Stiles. Jego niezniszczalny Jeep jest na tyle charakterystyczny, że Hale zawsze jest w stanie wychwycić go pośród warkotu stu innych samochodów. Możliwe, że nie miałby problemu, gdyby było ich z dziesięć razy tyle.
– Masz ochotę na coś do jedzenia?! – Stilinski chyba zapomina, że Hale słyszy dużo lepiej niż przeciętny człowiek, bo wrzeszczy tak, że uszy puchną. Dopiero po wychyleniu się z pokoju do Petera dociera, że może w ten sposób chłopak sprawdzał, czy jego ojciec jest w domu. Mijają kolejne sekundy ciszy i wilkołak decyduje się w końcu na zejście do kuchni.
Stiles stoi przy blacie, krojąc zawzięcie kurczaka w wąskie paseczki. A na kuchence coś już skwierczy na petelni i jeśli zapach go nie myli, to są to brokuły. Przysuwa się odrobinę bliżej, żeby zerknąć i się upewnić. Stilinski cały czas skupiony jest na swoim zadaniu, dzięki czemu Peter wciąż pozostaje niezauważony. Uśmiecha się wrednie.
– Co na obiad? – pyta stojąc tak blisko, że jego oddech musi dotrzeć do nastolatka niemal na równi z jego głosem.
Stilinski wydaje z siebie bardzo dziwny dźwięk, coś jak krzyk, płacz i jęk w jednym. Peter uśmiecha się, dopóki Stiles nie odwraca się do niego z kuchennym nożem, wycelowanym w jego skromną osobę. jednak nie to najbardziej przyciąga jego wzrok, a krew widoczna na ostrzu.
– Coś ci się stało?
– Ta... skaleczyłem się, bo jakiś kretyn uznał za zabawne wystraszenie mnie na śmierć.
– Przepraszam – kaja się.
– Tak dobrze to nie ma – mamrocze młodszy. – Teraz mi pomożesz.
– Nie jestem pewien, czy to dobry pomysł – mówi.
– Spokojnie. Musisz robić tylko to, co powiem... nic skomplikowanego. Słowo – obiecuje młodszy. – Na początek ugotuj makaron.

***

Niestety wszystko co przyjemne, kiedyś się kończy, a ich dobry nastrój parska wraz z przybyciem Jennifer. Przez te półtorej godziny mogli niemal całkowicie zapomnieć o tym, że ich życie kręci się głównie wokół kolejnych niebezpieczeństw i watahy. O tym, że oni kolejny raz mają zamiar zagrać partyjkę szachów z kostuchą...
– No i jak będzie, Stiles? – pyta kobieta z wyraźnym zaciekawieniem. Stiles nie może poradzić nic na to, że widzi w niej samego siebie. Może to właśnie stałoby się z nim, gdyby przeżył to, co ona. Nie wolno mu jednak zapominać, że ona ma mnóstwo krwi na rękach. Nie ważne, jak bardzo bliska mu się wydaje, wciąż pozostaje potencjalnym zagrożeniem dla nich wszystkim.
– Jeśli to jest cena za bezpieczeństwo mojego ojca... – urywa na chwilę, gdy słyszy skrzypnięcie schodów. Patrzy w ich stronę i widzi Dereka zbliżającego się do nich powoli z nieczytelnym wyrazem twarzy, ale jego pięści są zaciśnięte, a oczy raz po raz błyskają czerwienią. Panuje nad sobą, ale jeden niewłaściwy ruch ze strony Jennifer, a Hale rzuci jej się do gardła. Nastolatek myśli, że jego też jest w stanie zrozumieć, przynajmniej do pewnego stopnia... Świadomość bycia oszukanym może robić dziwne rzeczy z ludzką psychiką. Może sobie tylko wyobrażać, co czuje Derek, który już raz przez kobietę, w której był zakochany, stracił niemal całą rodzinę.
– Tak. Jeśli pomożesz mi z Deucaliona, nikt więcej nie zginie, ale jeśli zawiedziesz...
– W porządku. – Wzdycha ciężko. – Pomogę ci.
– A oni? – prycha darach, wskazując na Hale'ów zastyglych w takiej samej pozie i z niemal identycznymi minami.
– Cóż... to moje zabezpieczenie na wypadek, gdyby przyszło ci do głowy coś głupiego. – Zaplata ręce na piersi i patrzy jej uparcie w oczy. – Jak na przykład zabicie mnie.
– I obaj zgodzili się ze mną współpracować? – pyta, jakby z niedowierzaniem, ale gdzieś tam czai się też nadzieja. Całe morze nadziei.
Dopiero teraz Stiles zdaje sobie sprawę, że ona naprawdę chce Dereka. Nie jako bezwładną marionetkę, tylko swojego partnera i sprzymierzeńca. Może nawet cholernego bohatera, który pomści wszystkie jej krzywdy. Świadomość, że nawet potwory zdolne są do kochania drugiej osoby, jest dla niego przytłaczająca.
– Tak – odpowiada, modląc się, żeby żaden z nich nie palnął nic głupiego. – Będą pomocni...
– Dobrze. – Jennifer uśmiecha się i nagle wydaje się o wiele bardziej pewna siebie niż kiedykolwiek wcześniej. Jakby świadomość, że Derek faktycznie stanie po jej stronie przesądziła o jej zwycięstwie.

A może już samo to, że to zrobił, było dla niej najważniejsze...
***
Po wyjściu daracha każdy z nich wzdycha ciężko, jakby jakiś ogromny ciężar spadł im z ramion. Stiles nie bardzo wie, co teraz zrobić, bo młodszy Hale wygląda, jakby za chwilę miał się rozpaść na drobne kawałeczki, a starszy wpatruje się w niego z niepokojem i jakby współczuciem. Oczywiście nie trwa to długo, bo tak szybko, jak orientuje się, że jest obserwowany, od razu zakłada swoją ulubioną maskę obojętności i lekkiego znudzenia.
Nastolatek ma ochotę zrobić dwie rzeczy jednocześnie: walnąć Petera w ten zakuty łeb i to czymś wystarczająco ciężkim, żeby te obluzowane klepki wskoczyły z powrotem na swoje miejsca oraz wygłosić długi wykład o prawidłowym wyrażaniu własnych emocji do obu Hale'ów. Jakimś cudem ogranicza się jedynie do prychnięcia, co oczywiście ściąga całą uwagę na niego. Obaj wpatrują się w niego z identycznymi minami, co z kolei wywołuje u niego rozbawienie.
– Co znowu? – pyta Derek.
– Nic, nic... – Przewraca oczami, bo co innego może zrobić?
– Stiles.
– Ale naprawdę, to nie jest istotne – mamrocze pod nosem. – Po prostu jesteście do siebie bardziej podobni niż myślicie.

***

Derek nie zostaje zbyt długo i Stilinski wcale nie jest zaskoczony, gdy wychodzi pod jakimś błahym powodem. Przynajmniej wychodzi frontowymi drzwiami, a nie wspina się do okna. Już będąc jedną nogą za progiem, odwraca się do nich z lekkim zawahaniem.
– Myślisz, że to wystarczy? – Przez chwilę Stiles nie jest pewien, o co on w ogóle pyta. – Da się ją uratować?
– Nie obiecam ci tego, Derek, bo jeszcze cenie sobie własne życie, a jeśli pójdzie coś nie tak, to nie chciałbym skończyć jako kozioł ofiarny. – Może powinien powiedzieć mu wszystko, co chce usłyszeć. Zapewnić, że wszystko będzie dobrze. Jednak nie chce go oszukiwać. – Zrobię, co będę mógł.
– To już coś – odpowiada. – Gdyby coś się działo...
– Damy ci znać – przyrzeka Peter.
– Okay. – Po tym ostatecznie wychodzi, zamykając za sobą cicho drzwi.
Ta wymiana zdań coś znaczy, tylko nastolatek jeszcze nie do końca rozszyfrował co. Może być bardzo zakamuflowanym wołaniem o pomoc. Patrzy więc bezradnie na Petera, bo jeśli istnieje na świeci jedna osoba, która jest w stanie zrozumieć Dereka, to jest nią jego wuj.
– Tak w wolnym tłumaczeniu znaczy to, że liczy na naszą pomoc bardziej niżby chciał – mówi wilkołak z lekkim grymasem na twarzy.
– Szczerze, to sam nie bardzo cieszę się z tego, jak wiele zależy od mojego planu. – Nie jest to coś, do czego przyznałby się każdemu, ale ma dziwną, niepotwierdzoną dowodami pewność, że Peter go zrozumie. – Jeśli coś pójdzie nie tak...
– Wiem, wiem. – Hale uśmiecha się do niego kącikiem ust. – Cokolwiek teraz nie zrobimy, to i tak dostaniemy po dupie, co?
– Na to wygląda. – Śmieje się krótko. – Jakieś ostatnie życzenie przed jutrzejszym dniem?
– W zasadzie to... jest coś – oznajmia. – Tylko, że...
– Okay.
– Nawet nie wiesz, co chciałem powiedzieć. – Wilkołak marszczy brwi w zdezorientowaniu.
– Wydaję mi się, że jednak wiem. – Wzrusza ramionami. – Przyda mi się spacer.
– Jesteś pewien? – pyta. – To nie będzie miła wycieczka.
– Nie spodziewałem się niczego innego. – Nie mówi, że domyśla się, gdzie Peter się wybiera.

***

Tak, jak się tego spodziewał, jadą do starego domu Hale'ów. Chyba po raz pierwszy w życiu nie może znaleźć żadnych słów. Chociaż Peter nie wygląda, jakby oczekiwał od niego akurat rozmowy. Sposób, w jaki patrzy na opustoszałą ruinę... jakby dostrzegał w tym miejscu coś, czego już nie ma. Pewien odblask przeszłości.
Coś się zmieniło między nimi i Stiles nie wie, w jaki sposób ma się z tym czuć. Można powiedzieć, że stali się przyjaciółmi. Peter rozumie go w sposób, w jaki nikt poza jego zmarłą mamą nie potrafi. Samo to, że Hale jest od niego sporo starszy, powinno stwarzać pomiędzy nimi przepaść nie do przeskoczenia. Jednak ze wszystkich na świecie, to właśnie Hale łapie jego dziwne poczucie humoru i potrafi nadążyć za jego zakręconym tokiem rozumowania.
Obaj czasami bywają dla siebie wredni, a niektóre z ich rozmów przypominają bardziej słowne przepychanki. Nie może być inaczej, jeśli co chwilę rzucają jakimiś większymi lub mniejszymi złośliwościami. Dziwaczne porównania i posyłanie sobie krzywych uśmieszków, jeśli drugiemu zajmuje więcej niż kilka sekund zrozumienie prawdziwego znaczenia wypowiedzianego zdania.
To przyjemne uczucie – świadomość, że może z kimś rozmawiać tak jak chce. Bez tego cholernego filtra słownego...
Nie ma jednak pojęcia, w jaki sposób ich dwójka dotarła do tego miejsca, w którym jest obecnie. Gdzie stawia ich to to na płaszczyźnie relacji międzyludzkich też dokładnie nie wie. W zasadzie to stara się, póki co, za dużo o tym nie myśleć. Mają ważniejsze sprawy na głowie.
– Powinniśmy wracać. – Podskakuje na głos Petera. Zerka na niego i, tak, zdecydowanie Hale uśmiecha się złośliwie, jakby cieszył się z tego, że Stiles o mało nie wyskoczył ze swojej skóry przez swoje nieogarnięcie.
– Okay. – Tym razem nie ma ochoty na jakiekolwiek sprzeczki. – Muszę zatankować po drodze i powinienem zajrzeć na chwilę do Deatona.
Hale odpowiada tylko skinieniem głowy i wsiada do Jeepa. Widocznie też nie ma zbytniej ochoty na rozmowy, co akurat tym razem odpowiada Stilinskiemu. To nie tak, że ma dosyć starszego... tylko potrzebuje złapać oddech. Pomyśleć chwilę nad tym, jak ma to wszystko jutro rozegrać. Plan, planem... jednak coś czuje wiszące w powietrzu kłopoty. Nie mówi o tym głośno, bo i tak teraz nie mogą się już wycofać. Ma cichą nadzieję, że w środę też się obudzi. Może nawet nieludzko zmęczony i trochę poturbowany, ale wciąż żywy.

***

– Stiles, wiesz, ile ryzykujesz? – Peter stara się usłyszeć jak najwięcej, ale to nie jest takie proste, kiedy znajduje się kilkanaście metrów od nich. Emisariusz dodatkowo mówi wyjątkowo cicho, jakby domyślając się jego obecności. Cholera.
Powinien był pójść ze Stilesem do kliniki, ale po wizycie w ruinach wciąż jest lekko skołowany i zamknięty we własnym świecie. Jego umysł jest uwieziony w przeszłości, której niestety nie może zmienić, i dopiero słowa Deatona go stamtąd wyrywają.
– Taa... ale wiesz, że to jedyny sposób. – Ciekawi go, czego chłopak mu nie powiedział o tym swoim planie. – Nie zapominaj, że nie będę tam sam... któryś mnie przywoła z powrotem.
– Co jeśli się spóźnią albo Deucalion jednak jakimś cudem się uwolni?
– Nie wiem, okay? – Nastolatek wzdycha. – Dlatego właśnie chcę, żebyś był gdzieś w pobliżu... Ja skupię się całkowicie na Jennifer, bo jest cholernie silna, i to, co chcę zrobić, będzie równie niebezpieczne dla niej jak i dla mnie. – Peter zastanawia się, czy chłopak zdaje sobie sprawę, że on go słyszy? – Nie mogę rozpraszać się jeszcze Deucalionem... on będzie waszym problemem – dodaje i na chwilę zapada między nimi cisza. Wilkołak już nawet robi dwa kroki w stronę klinii, ale wtedy Deaton i Stilinski wymieniają krótkie pożegnanie i młodszy opuszcza budynek.
Hale obserwuje go uważnie przez cały czas. Zaciska dłonie w pięści i stara się nie wybuchnąć, ale coś musi być widoczne w jego postawie, bo nastolatek zatrzymuje się na kilka kroków przed nim. Nieznacznie unosi podbródek, jakby rzucając mu wyzwanie.
– Dlaczego...?
– Nie wiedziałem jak – mamrocze. – Nie zgodzilibyście się.
– Oczywiście! – warczy.
– I tak już nie możemy się wycofać. – Wie, że gówniarz ma racje, ale to wcale nie sprawia, że jest mu lżej. – Chciałem, żebyś wiedział, ale może niepotrzebnie cię tu ze sobą przywiozłem...
– Stiles. – Głos Petera jest dziwnie cichy i zniekształcony przez ledwie powstrzymywaną przemianę. – To akurat powinieneś powiedzieć na samym początku. – Milknie na chwilę. – Jest cokolwiek, co mogę zrobić, żebym nie musiał kupować garnituru na twój pogrzeb?
– Darach jest silny, ale jeśli nie będzie innych zakłóceń, to nasze szanse rozkładają się mniej więcej po równo – mówi Stilinski, wsiadając do samochodu
– Rozumiem, że Deucalion jest tym dodatkowym zakłóceniem? – Chłopak odpowiada mu krótkim skinieniem głowy. – Co chcesz, żebym zrobił?
– Peter...
– Po prostu powiedz – syczy, chociaż domyśla się, jaka będzie odpowiedź.
– Wszystko to, co będzie konieczne.
– Nawet jeśli będzie to znaczyło, że muszę go zabić?
– Jeśli wybór będzie: my albo on, to tak...