wtorek, 6 września 2016

Wina Przypadku/Lirry

Nie chciałem się w nim zakochiwać...

Harry:

Kolejna trasa, ale nic nie miało być takie samo, jak na poprzednich. Może dla reszty tak, ale dla mnie wszystko się zmieniło. Zawsze myślałem, że jestem w stu procentach hetero. Ostatnio jednak w to zwątpiłem. Zakochanie się w jednym z przyjaciół z zespołu, czyniło mnie co najmniej biseksualistą… a to mnie przerażało. Najgorsze było to, że nie mogłem o tym z nikim porozmawiać. Za bardzo bałem się odrzucenia i widoku obrzydzenia na ich twarzach. Nie chciałem też, żeby ON mnie znienawidził. Dzisiaj wyszedł gdzieś z resztą, to nasz ostatni wolny wieczór. Ja jakoś nie miałem nastroju na balowanie i w taki o to sposób skończyłem sam w hotelu, upijając się do nieprzytomności. Beznadziejny, to jedno słowo dokładnie mnie w tej chwili opisywało. Pociągnąłem spory łyk prosto z butelki, a łzy momentalnie stanęły mi w oczach. Skoro już tam były, równie dobrze mogłem odpuścić sobie kontrolę całkowicie i pozwolić im spłynąć. Chwilę później moim ciałem wstrząsnął szloch. Podciągnąłem kolana pod brodę i owinąłem je rękoma. Kurwa, dlaczego ja?! Nie chciałem się w nim zakochiwać, to wyszło tak… przez przypadek. Strasznie się zmienił od czasów początków zespołu. Podziwiałem to, z jaką wytrwałością ćwiczył i jak dzięki temu wyrzeźbiła się jego sylwetka. Na szczęście charakter pozostał taki sam, jak na początku: nadal był Daddy Direction. Imponowało mi to, że nie uległ żadnej presji. Zanim zorientowałem się, co się ze mną działo, było już za późno. Wpadłem po uszy i za chuja nie wiedziałem, jak mam się z tego wygrzebać. Coraz ciężej było mi też udawać, że wszystko jest po staremu. Skoro patrząc na niego na scenie… czasem zapomniałem, że oddychanie było niezbędne.


 Nagle poczułem, jak ktoś usiadł tuż koło mnie i objął ramieniem. Podniosłem głowę i ujrzałem Louisa. Teraz było już po mnie. Kto, jak kto, ale on potrafił ze mnie wszystko wyciągnąć. Zacząłem trząść się jeszcze bardziej, więc przyciągnął mnie bliżej. Minęło około dziesięć minut, zanim byłem w stanie chociaż trochę się uspokoić. Oderwałem się od niego i niepewnie spojrzałem w jego oczy. Zauważyłem w nich troskę i determinację. Z powrotem ułożyłem głowę na jego ramieniu, podając mu butelkę.

- Napijesz się ze mną?

- Zawsze, młody. - Uśmiechnął się i upił trochę wódki.  Wzdrygnął się, kiedy palący napój spływał do jego żołądka. Zabrałem mu alkohol i wlałem trochę w siebie. Siedzieliśmy parę minut w ciszy, lecz w końcu szatyn nie wytrzymał.

- Co jest, Harry? Tylko nie mów, że nic. Za dobrze Cię znam.

- Wolałbym tego nie mówić… boję się, że kiedy się dowiesz, to mnie znienawidzisz.

- Nie ma takiej opcji, no dalej, będzie ci lżej, jak komuś o tym powiesz.

- Skąd tak w ogóle się tu wziąłeś? Miałeś być na imprezie? - Zapytałem, żeby jakoś odwlec nieuniknione.

- Przez przypadek zostawiłem telefon, którego, swoją drogą, nadal nie znalazłem. Za to przez przypadek znalazłem Ciebie w tej łazience. - Westchnąłem, nie ma opcji, nie odpuści.

- Louis… - zacząłem - nie chcę Ci tego mówić…

- Hazz, to Cię zabija. Jak nie mi, to komuś innemu… Liam jest całkiem niezły przy kłopotach. - Wzdrygnąłem się. No akurat jemu, to na pewno nie powiem. Hej Li, mam taki problem, bo widzisz, zakochałem się w tobie… ta jasne. Prychnąłem pod nosem.

- Już jakiś czas jesteś nieswój. - Stwierdził Louis - Młody, co się dzieję do cholery? Zrobiłeś nieletniej fance dziecko?!

- Co?!! Nie!

- Powidz mi. - Powiedział stanowczo - cokolwiek to jest. - Zawzięcie pokręciłem głową. Nie mogłem tego zrobić.

- Przejechałeś kota?

- Nie. - Popatrzyłem się na niego, czy go całkiem popierdoliło?

- Bierzesz coś?

- Lou - pokręciłem głową - odpuść.

- Nie. - Stanowcza odpowiedź - Zakochałeś się? - Nabrałem ze świstem powietrza. Oczywiście on to usłyszał i uśmiechnął się zwycięsko.

- Harry, to nic złego. Kim jest ta szczęściara? - Łzy na powrót pojawiły się w moich oczach. Zamknąłem powieki i zacząłem modlić się o to, żeby odpuścił. Ta… niedoczekanie moje. Przecież jego drugie imię to UPIERDLIWOŚĆ.

- Blondynka, brunetka? - Nie odpowiedziałem.

- Styles, no nie bądź taki! Nawet jak jakimś cudem nie będzie zainteresowana, to lepiej się poczujesz, jak powiesz.

- Za to ty gorzej, jak szoku przez to dostaniesz. - Warknąłem przez zęby.

- Oho! Czyżbym ją znał? Z branży muzycznej? Ile ma lat? Błagam, niech ma mniej niż czterdzieści… - Na ostatnie stwierdzenie fuknąłem oburzony.

- Louis! Ma niewiele więcej niż ja! - Wiedziałem już, że przegrałem.

- Więc jednak! Powiedz mi coś więcej! Dlaczego jesteś taki nieszczęśliwy z tego powodu? Dała ci kosza? Hazz, do kurwy nędzy! Powiedz mi, co się dzieje, chcę Ci pomóc. Jeśli ta laska w jakikolwiek sposób Cie zraniła… - Nie mogłem tego dalej słuchać.

- To nie ona, tylko on! - Wydarłem się. Przez chwilę w łazience panowała cisza. Nie odskoczył ode mnie jak oparzony, co wziąłem za dobry znak.



- Chcę się tylko upewnić... - mruknął - zakochałeś się w chłopaku?

- Tak, ale Louis, nie chciałem tego, jak się zorientowałem, było już za późno. - Dostałem słowotoku - Nie chcę tego… nie chcę! Powinienem być normalny, wiem. Teraz na pewno się mnie brzydzisz. Powiesz reszcie… oni mnie znienawidzą. - Parę łez wydostało się z moich oczu.

- Jak ja mogłem się nie zorientować… - usłyszałem jak Lou wymamrotał do siebie.

- Louis? - Jakby dopiero co się ocknął. Z powrotem objął mnie ramieniem.

- To nic nie zmienia. - Powiedział stanowczo - Jestem beznadziejnym przyjacielem, nie powinieneś się bać powiedzieć mi tak ważnej rzeczy. Boże, brzmię jak hipokryta stulecia! - Zastanawiałem się, o co mu chodziło - Długo się z tym męczysz?

- Będzie już z pół roku. - wymamrotałem wtulony w jego ramię.

- Komukolwiek powiedziałeś? Gem, mamie?

- Nie. Chciałem, ale… - Nie potrafiłem dokończyć - Louis, dlaczego ja? Wszystko było takie proste wcześniej. Byłem naprawdę szczęśliwy i beztroski. Teraz muszę się pilnować, będzie gorzej, kiedy będziemy w trasie. Nie wiem jak ja to wytrzymam.

- Hazz… z twojej wypowiedzi wnioskuję, że to ktoś z zespołu… błagam, powiedz tylko, że to nie ja. - Czyli jednak nie akceptował mnie do końca.

- Nie. Możesz być spokojny. Wiedziałem, że jednak się mnie brzydzisz…

- Młody, nie brzydzę się.

- Ta, jasne. - Prychnąłem, na co przytulił mnie mocniej.

- Po prostu mój chłopak i tak dostaje szału za każdym razem, jak gdzieś widzi, albo słyszy coś o Larrym.

- Twój, KTO?! - wydarłem się tak, że zapewne usłyszało mnie pół hotelu. Szatyn udał, że przetkał uszy.

- Płuca masz niezłe, ale może zachowaj siły na koncert, co? - odpowiedział sarkastycznie.

- Nie zmieniaj tematu, Tomlinson! Tłumacz się! Ja przez tyle czasu zadręczałem się, że mnie znienawidzisz za to, kim jestem…

- Przepraszam, ale miałem te same obawy .- Mruknął smutno. Nie mogłem się na niego wkurzać za coś, co sam robiłem. - Jak chcesz, to mogę teraz trochę opowiedzieć… może poczujesz się na tyle pewnie, że zdradzisz mi, kto to jest. - Kiwnąłem głową, humor trochę mi się poprawił.

- Pytaj o co chcesz, ale ostrzegam, że zdradzę Ci, kto to jest dopiero jak zapytam go o zdanie… - mina trochę mi zrzedła.

- Ale Lou, to mnie najbardziej ciekawi… - powiedziałem zrzędliwie, a on tylko pokręcił głową z lekkim uśmiechem. Odpuściłem. Za to dowiedziałem się innych ciekawych rzeczy o jego chłopaku: był młodszy od Tommo o dwa lata, brunet, podobno strasznie uparty. Zdecydowanie bardziej interesowało mnie, jak Louis sobie poradził, gdy odkrył to samo, co ja…

- Hm, Lou? - Podniósł na mnie wzrok. - Jak to było u ciebie, kiedy się zorientowałeś, że... no wiesz...

- Że wole chłopaków?- Przytaknąłem - byłem przerażony jak jasna cholera. Tylko, że ja nie ukrywałem tego przed rodziną. Akceptacja najbliższych pomaga w akceptacji samego siebie. - Przez chwilę trawiłem jego słowa. Chyba jeszcze nigdy nie widziałem go tak poważnego.

- Cieszę się, że zapomniałeś tego telefonu. - powiedziałem, biorąc kolejnego łyka wódki.

- Ja też mam wrażenie, że powinienem się zorientować, albo mogłem powiedzieć o sobie. Nie byłbyś z tym sam.

- Już nieważne...

- Powiesz mi, kto jest tym szczęśliwcem?

- Czuję się strasznie głupio. - wymamrotałem i zarumieniłem się.

- Nie wierzę, Harry Styles się czerwieni! - zachichotał. Mały, wredny gremlin. - Wiem, że to ktoś, kto jedzie z nami w trasę…

- Tak.

- To Zayn? - zapytał z lekkim zawahaniem.

- Nie. - roześmiałem się i zobaczyłem ulgę na jego twarzy. Wtedy to do mnie dotarło. Opis jego chłopaka idealnie pasował do Malika. - Ty za to tak! Jak ja mogłem się od razu nie zorientować, że to o niego chodzi? Chyba za dużo już tej wódy wypiłem! - szatyn zaczerwienił się.

- Hahaha. Nie wierzę, Louis William Tomlinson się rumieni! - Przedrzeźniałem go.

- Znowu się na mnie obrazi, ale tak, masz rację. To on. - Uśmiechnął się dumnie..
- Długo?

- Niedługo będzie rok. - Nie mogłem w to uwierzyć, tyle czasu! Dobrze się kryli. Cokolwiek robili, musieli być bardzo dyskretni. - Paul wiedział i trochę nam pomagał. - Powiedział, jakby domyślając się, jakim torem szły moje myśli. - Wiemy już, że nie lecisz na mojego chłopaka… Więc może Josh?

- Znowu pudło.

- Niall? - Uniósł brwi. Pokręciłem głową. Zostało mu już tylko parę opcji.

- To Liam, prawda? - Westchnąłem,  kiwając głową. - Hazz, pomogę ci, jeszcze nie wiem jak, ale coś wymyślę.

- I właśnie tych twoich pomysłów boję się najbardziej.

- Jakich? - zapytał Malik, wchodząc do pomieszczenia - Boże, Harry, wyglądasz jak gówno.

- No dziękuję Ci bardzo, przyjacielu. - Mój głos ociekał ironią. Zerknąłem na Lou. Jak ja się, kurwa, mogłem wcześniej nie zorientować. Szatyn w oczach miał serduszka rodem z kreskówek. Parsknąłem śmiechem. Zayn Usiadł po drugiej stronie Louisa, wzdychając ciężko.



- Powinniśmy mu powiedzieć - powiedział spokojnie czarnowłosy - reszta wie. - Oczy Louisa momentalnie przybrały wielkość spodków. -  Przepraszam, ale jakaś laska wlazła za mną do klopa. Wydarłem się, że mam chłopaka… pech chciał, że Niall pilnował rzygającego Liama… no i wszystko słyszeli.

- Jak to rzygającego Liama?! -  Raz mnie z nimi nie było, a tu takie rzeczy…

- Bardziej dziwi Cię pijany Liam niż fakt, że mam chłopaka? - Zapytał zdezorientowany Malik.

- To już wiem… - mruknąłem i teraz to mulat wyglądał, jakby zarobił czymś ciężkim w łeb. - Miałem mały kryzys osobowościowy… Lou, próbując mnie jakoś uspokoić powiedział, że ma chłopaka, a jego opis jakoś dziwnie pasował mi do ciebie…

- Czyli… wie cała nasza piątka i Paul. - Mruknął zamyślony.

- Jak Niall i Li to przyjęli? - Zapytał niepewnie Lou.

- Liam to raczej oddał niż przyjął… - Patrzyliśmy na niego, nie rozumiejąc.

- Zrzygał mi się na spodnie. - Jęknął brunet z obrzydzeniem - Ale zazwyczaj pamięta wszystko, co się działo, więc musimy poczekać do jutra co powie. Niall tylko mi pogratulował. A ty Hazz, co na to?

- A wyglądam na kogoś, komu to przeszkadza? - Uniosłem brwi. - Mogę nawet powiedzieć, że jestem szczęśliwy z tego powodu. Chyba co niektórzy mają rację, nazywając nas gejowskim zespołem…

- Hej! Nie obrażaj nas. - Zawołał ze sztucznym oburzeniem Zayn, a Louis tylko się uśmiechnął.

- Nie obrażałbym samego siebie. - powiedziałem i czekałem na reakcję.

- Ty też?! Robi się coraz ciekawiej - mruknął. - Tego dotyczył ten twój kryzys?

- Też. Trzeba było widzieć minę Louisa, jak próbował zgadnąć, do kogo mam słabość… najciekawiej było jak pytał, czy to aby na pewno nie ty…

- I?

- Przykro mi, ale nie. Uprzedzając twoje kolejne pytanie, Louis też nie. I jeśli się nie obrazisz, wolę narazie tego nie mówić. - Kiwnął na zgodę. W końcu wyszliśmy z tej pierdolonej łazienki i poszliśmy spać.



***

Liam:

Otworzyłem oczy i od razu tego pożałowałem. Promienie słoneczne zdecydowanie potęgowały mój, już w tym momencie niemały, ból głowy. Ostrożnie podniosłem się na łóżku i w tej samej chwili drzwi do pokoju otworzyły się. Widziałem jak Harry cicho wślizguję się do środka. Ja pierdole, dlaczego los musiał ze mnie tak kpić? Brunet odwrócił się i, napotykając mój wzrok, uśmiechnął się lekko, a dołeczki, które były przyczyną wszystkich moich fantazji, pojawiły się na jego policzkach. Opadłem z powrotem na materac, a chłopak podszedł do mnie, bez słowa podając mi jakieś tabletki i wodę.

- Dzięki - wymamrotałem niewyraźnie, łykając szybko proszki i błagając, by szybko zaczęły działać. Ułożyłem się z powrotem, ale zerwałem się do góry, kiedy poczułem skręcanie żołądka. Wystarczy, że wczoraj zwymiotowałem na Zayna. Rzygając na swój obiekt westchnień, raczej nie zdobyłbym jego sympatii. Po dobrych dziesięciu minutach wróciłem do pokoju, a on nadal tam był, jak gdyby nigdy nic leżąc w poprzek łóżka.

- Kacyk? - zapytał.

-Kac. - Odpowiedziałem.

- Powinieneś spróbować wypić jeszcze raz te tabletki. - Bez słowa zastosowałem się do jego rady.

- O której wyjeżdżamy? - Zastanawiałem się, czy zdążę poleżeć przynajmniej jeszcze z godzinkę.

- Za jakieś cztery godziny, masz jeszcze trochę czasu. - Chwała Panie. Dlaczego ja się wczoraj tak zajebałem?

Głównym tego powodem był chłopak, leżący obok mnie. Nikt wcześniej nie był w stanie samą swoją obecnością wpływać na mój nastrój. Wystarczyło, że nie szedł z nami wczoraj do klubu, a ja jak ten ostatni kretyn siedziałem smutny, podczas gdy Niall i Zayn całkiem nieźle się bawili. Kiepsko na mój humor wpłynął również fakt, że Styles został wczoraj sam z Louisem. Moja podświadomość próbowała mi coś uparcie podpowiedzieć, ale byłem zbyt śpiący, by to załapać. Moje powieki robiły się coraz cięższe, a zasypiając, mógłbym przysiąc, że poczułem jak ktoś musnął mnie w policzek. Miałem haluny… źle ze mną. Przecież to niemożliwe, żeby Harry… zanim zdążyłem dokończyć myśl, odpłynąłem. Sny wcale nie były odpoczynkiem od rzeczywistości. Główną postacią był w nich Hazz. Nic nowego, śnił mi się prawię od dwóch miesięcy. Głupiałem przy nim, zapominałem tekstów piosenek, opowiadałem bzdury na wywiadach. Najgorsze było to, że zawsze będę tylko kumplem. Nie miałem pojęcia jak wytrzymam zamknięcie z nim w Tourbusie. Modliłem się, abyśmy nie zostali tam nigdy we dwóch.


Gdy się obudziłem, byłem w pokoju sam, a na stoliku stało śniadanie i jakiś sok. O szklankę oparta była jakaś karteczka: „Powinieneś zjeść cokolwiek. Smacznego.” Hazz. Zrobiło mi się miło, że o mnie pamiętał. Szybko uporałem się z posiłkiem i stwierdziłem, że jeśli nie chcę żeby reszta na mnie czekała, muszę się ogarnąć i schodzić. Kończyłem zapinanie walizki, kiedy do mojego pokoju zajrzał Louis.

- Hej, jak się czujesz? - Wyczułem jakieś dziwne wahanie w jego głosie.

- W porządku - uniosłem brwi. Coś zdecydowanie było nie tak.

- Zayn twierdzi, żeby dać Ci chwilę na oswojenie się z tą informacją, ale ja tak nie mogę. Muszę wiedzieć, czy Ci to przeszkadza?

- Ale co?

- To, że… dwóch twoich przyjaciół jest w związku? - Zamarłem.

- T-to Larry jest prawdziwy? - szatyn spojrzał na mnie dziwnie, uśmiechając się, jakby właśnie odkrył Atlantydę.

- Gdyby tak było, przeszkadzałoby Ci to? - Oczywiście, że tak! Warknąłem w myślach.

- Nie. - Odpowiedziałem na głos. Jego uśmiech był wszechwiedzący.

- Myślę, że jednak by Ci przeszkadzało. To nie Larry, i jeśli byłbyś tak miły, to nie wymawiaj tej nazwy przy Zaynie… gdy to słyszy, fuka na mnie jak obrażona kotka.

- Co ma do tego Zayn? - byłem zdezorientowany. Zauważyłem, że Tommo traci cierpliwość.

- Pamiętasz coś z wczoraj? Z klubu?

- Nie bardzo…

- No i wszystko jasne. Poczekaj, zadzwonię do chłopaków. 


 Dziesięć minut później siedzieliśmy wszyscy w moim pokoju, pół godziny przed odjazdem z hotelu.
 
- Co tam Lou? - zapytał Hazz, a mnie nóż w kieszeni się otworzył.

- Który z was powiedział, że nawet jak Li wypije, to wszystko pamięta?

- Umm… ja? - Malik bardziej zapytał niż stwierdził.

- No to muszę Cię rozczarować, nie pamięta. Trzeba go uświadomić. - Ni parsknął i sięgnął po żelki.

- Harry, chcesz? Może być ciekawie - blondas zapytał, wyciągając w kierunku Stylesa paczkę. Ten bez słowa wziął kilka i przeskakiwał spojrzeniem ode mnie do Lou i Zayna, którzy siedzieli naprzeciwko nas.

- Li, jako jedyny jesteś teraz nieświadomy... czysty jak dziecko. - Zaczął Tomlinson - niestety musimy zburzyć tą twoją idyllę.

- Jesteśmy parą. – Wyznał Malik prosto z mostu. Rozejrzałem się po reszcie chłopaków, którzy nie wyglądali na zaskoczonych.

- Wiedzieliście?! - zapytałem oskarżycielsko.

- Tak, od wczoraj.

- Też to słyszałeś… - dodał Niall - Nie moja wina, że byłeś pijany w trzy dupy i w zamian za tą ciekawą wiadomość, zwróciłeś na Malika wypity alkohol… - miałem ochotę zapaść się pod ziemię. Dlaczego on zawsze musiał mnie tak kompromitować…

- Sorki. - mruknąłem, uśmiechając się przepraszająco do Zayna. Odpowiedział mi tym samym. – Nie chciałbym być wścibski, ale jak to się, kurwa, stało?! - odpowiedział mi wybuch śmiechu.

- Mamy Ci zdać relację? - Zapytał mulat.

- W sumie też bym to chętnie usłyszał. - Stwierdził Harry.

-Sami się o to prosiliście… Obaj byliśmy idiotami i żaden nie chciał się przyznać, że mu się ten drugi podoba. - Zaczął Zayn.

- Pewnego razu trójka idiotów, tak, o was mówię,  - prychnął Louis - zapomniała, że razem z nimi w zespole jest jeszcze dwóch chłopaków. Poszliście na Imprezę, my zostaliśmy w Tourbusie. Zapaliliśmy. Reszta poszła sama, nie mam pojęcia ile razy to zrobiliśmy, i na czyich łóżkach. - Dodał złośliwie. Wydawali się być szczęśliwi. - Tak poza tym to dziwne, że nigdy nas nie złapaliście w ciągu tego roku.

Popatrzyłem na Harry’ego, chcąc sprawdzić jego reakcję na tę nowinę. Uśmiechał się, chyba naprawdę się cieszył. A to znaczyło tylko jedno - nie był zainteresowany Louisem. Niestety nie znaczyło to, że kiedykolwiek zainteresuje się mną… Oderwałem wzrok od loczka i od razu napotkałem bystre spojrzenie błękitnych tęczówek. Kurwa, zauważył. Nie był głupi, teraz nie da mi spokoju…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz