piątek, 29 stycznia 2016

Stracić by zyskać ( Laryy\Nouis\Lilo) 1

Tym opowiadaniem zaczynałam moją przygodę z pisaniem... nie jest ono jakoś szczególnie dobre. Według niektórych opinii beznadziejne, ale pisanie go sprawiało mi dużo radości i mogłam się na chwilę oderwać od szarej codzienności..
* Dokończę zaczęte opowiadania, bo nie zostawia się w połowie rozpoczętych prac. To byłoby nie fair jeśli komuś faktycznie podoba się to, co napisałam. 
*Jednak potem najprawdopodobniej zawieszę bloga... przynajmniej na jakieś pół roku



Stracić by zyskać 



         Kolejny dzień Louis tempo wpatruję się w ścianę swojej sypialni. To fascynujące zajęcie przerywa tylko na czas zaspokojenia potrzeb fizjologicznych. Prawie nic nie je, nie może bo gdy tylko próbuje przypomina mu się ten wieczór gdy czekał na Harry’ego z mikołajkową niespodzianką i pyszną kolacją z ich ulubionej włoskiej restauracji. I po raz kolejny przykre wspomnienie opanowuje jego umysł: 

Niecierpliwie zerka na zegarek już prawie 20, Harry powinien niedługo być. Zapala świece i gdy słyszy szczęk zamka cieszy się jak głupi… Jego chłopak cicho wchodzi do mieszkania, ale Louis nie widzi żadnego bagażu, już to powinno go zaniepokoić. Niestety z tego całego szczęścia  w ogóle nie zwraca na to uwagi tylko rzuca mu się na szyje i całuję. Boże jak on za nim tęsknił, nie było go przez dwa tygodnie. Na szczęście teraz gdy zawiesili działalność zespołu będą mieli więcej czasu dla siebie, nie będą się musieli też tak pilnować na każdym kroku. Nagle zdaję sobie sprawę, że Hazz wcale nie oddaję jego pocałunku, odrywa się od niego z niezadowoleniem i patrzy na jego pustą twarz… nie ma wątpliwości widzi na niej wstyd i coś jeszcze ale nie potrafi tego określić. Więc pyta:
- Hazza co jest?- Loczek tylko się krzywi
-Louis, musimy porozmawiać- i  to już go niepokoi , Nie Lou, nie kochanie. Tylko Louis, brzmi to bardzo oficjalnie i on się boi tego co za chwile usłyszy. – w ciszy podchodzą do zastawionego stołu, Hazza się krzywi na ten widok i bez słowa gasi świeczki. To już przeraża Starszego, teraz tylko wpatruję się w podłogę .
- Musisz wiedzieć, że tego nie planowałem, nie kontrolowałem to się po prostu stało- Louis przestaje oddychać, wydaję mu się że nawet jego serce na chwile się zatrzymało. Wbrew sobie podnosi spojrzenie na Harry’ego i  cicho pyta:
- Co się stało?
- Zakochałem się-i w tym Momocie Starszy chłopak chciałby się po prostu obudzić z tego pieprzonego koszmaru- poznałem go na jednym z przyjęć Nica już jakieś dwa miesiące temu, a teraz spotkałem go ponownie w LA. Wyszliśmy na parę imprez, był ze mną w studiu podczas nagrywana piosenki dla tej fundacji. Przykro mi Louis.- ale ten nic nie mówi tylko zrywa się z krzesła i biegnie w stronę toalety. W ostatnim Momocie do niej dopada zanim gorzka zawartość żołądka z niego ucieka. Torsję meczą go przez parę minut myśli że to chyba jego bolące, pierdolnięte serce chce się z niego wydostać, żeby odłączyć się od rozumu który wciąż sączy truciznę „zakochałem się… przykro mi”. Powoli zwleka się z podłogi, płucze usta i twarz lodowatą wodą, to go trochę otrzeźwia. Gdy podnosi wzrok, w lustrze widzi puste spojrzenie człowieka , który jest dla niego całym światem, ale on nie jest już światem dla niego. Dziwi się że nie zalał się jeszcze potokiem łez… to chyba szok. 

- W porządku?- pyta Harry- a Louis gorzko się śmieje i kręci powoli głową.
- Kurwa, nic nie jest w porządku- przeciera zmęczoną twarz rekami i rzuca bombę może nie powinien ale nie potrafi się powstrzymać. Krzyczy-Ja pierdole!  Zamierzałem Ci się dzisiaj oświadczyć… Kurwa mać!- zrywa się i pięścią tłucze lustro. Które rozsypuję się w drobny mak, kalecząc mu dłoń, ale nie ma żadnych poważnych ran, a szkoda… Odłamki rozsypują się po posadzce… odległa część jego umysłu zastanawia się kto posprząta ten bałagan? A kto posprząta jego kawałki, bo on sam na pewno nie da rady.
- Naprawdę mi przykro, wiesz że nigdy nie chciałem cię zranić. To było silniejsze ode mnie…- I dopiero teraz do starszego dociera jeszcze coś.
- Ty już z nim spałeś- szepcze, i chociaż nie jest to pytanie Hazz odpowiada.
- Tak- wtedy Lou opada z powrotem na toaletę z jego oczu wydostają się pierwsze łzy.
- Jak mogłeś, mało razy powtarzałem Ci na początku zanim nawet nie byliśmy razem, że dla mnie wszystko jest mniej bolesne od zdrady. Nie mogłeś poczekać tych pieprzonych dwóch tygodni, Hazz?
- Przepraszam, przepraszam. Louis naprawdę nie umiałem tego opanować. A między nami od dawna coś było nie tak. Od jakiegoś czasu kocham Cię tylko jak przyjaciela… - I w tym momencie starszy nie wytrzymał, doskoczył do młodszego i  uderzył go otwartą ręką najmocniej jak potrafił.
- Zamknij się! Kurwa!- wrzasną, po czym opadł na posadzkę – może ty przestałeś mnie kochać ,ale ja do chuja nadal Cię kocham!- następnie szeptem dodaję- Trzeba mi było powiedzieć- spogląda w jego zielone oczy które patrzą na niego z troską ale faktycznie nie ma w nich już tego ognia co kiedyś. Podnosi się, podchodzi do niego delikatnie kładzie rękę na jego zaczerwienionym policzku.
- Harry- szepcze- przepraszam, przesadziłem. Nigdy nie lubiłem przemocy a teraz sam się do niej uciekam- całuje go delikatnie w czerwony ślad dłoni prawdopodobnie po raz ostatni- przenieśmy się gdzie indziej na resztę rozmowy, mam dość tej łazienki… a po tobie widzę, że jeszcze jest coś do obgadania.- Widzi jak z oczu loczka powolnie wytaczają się łzy, przemyka obok niego i kieruję się do kuchni, nie chce oglądać zastawnego  zaręczynową kolacją stołu. Wyciąga z szafki szklankę i nalewa do niej czystej polskiej wódki którą dostał dzisiaj od zwariowanej niebieskowłosej scenografki. Butelka przewiązana jest szeroką kokardą,  a jakżeż by inaczej- niebieską. widzi, że Harry również sięga po szklankę podsuwa w jego stronę butelkę. Przyjmuję ją bez słowa, nalewa prawie ¾, siada naprzeciwko. Sączą palący napój w ciszy, gdy prawię kończą Lou nie wytrzymuje i pyta:
-Co jeszcze, Harry? Wykrztuś to z siebie, cokolwiek to jest.- mówi spokojnie, chociaż to może alkohol przytępił już jego zmysły. W końcu ma pusty żołądek a piję czystą wódę…
- Nie wiem jak… -zastanawia się- Kurwa-szepcze- musisz się wyprowadzić Louis, wiem że sprzedałeś swój apartament… ale umm… Boże jaki ze mnie chuj- wzdryga się-  Michael jutro przylatuje z LA… a on nie wie, że jesteśmy… byliśmy razem- Kończy patrząc w podłogę. Starszemu od tej wiadomości ciemnieje przed oczami, podchodzi na drżących nogach do okna i je uchyla. Mroźne grudniowe powietrze od razu otrzeźwia jego umysł. Zakłada maskę, taką samą w jakiej chodzi przy dziennikarzach, odwraca się i beznamiętnie pyta:
- Rozumiem, że do rana ma tu nawet ślad po mnie nie zostać?- mówi Lou jego głos jest zimny i ostry.
- Co? Nie, wiem że to może być problem dla ciebie. Wywiozę go na zwiedzanie Anglii, będziesz mieć parę dni, to niewiele ale może Liam i Nill mogliby na razie…
- Nie- przerywa mu ostrym tonem- poradzę sobie. Jeśli byłbyś tak miły to znajdź mi wszystkie walizki jakie znajdują się w tym mieszkaniu.
- Teraz? Ale naprawdę Lou…-  Starszy wzdryga się na to przezwisko z innego życia.
- Po pierwsze od dzisiaj: Louis, a po drugie tak teraz. Ja zacznę wyciągać swoje rzeczy.- Rzuca komunikaty bez żadnych emocji, czeka aż wychodzi.


 Wyciąga telefon, ostatnie połączenia, wybiera, parę sygnałów. Patrzy na godzinę już po 22, ale dzisiaj pozwiedzała, że jakby co to może do niej dzwonić o każdej porze… ona wiedziała. Podobno poboczni obserwatorzy widzą więcej niż sami zainteresowani. Odbiera, i zaspanym głosem mówi :
- Halo, Lou? Co tam? 
-Vici? Ile walizek zmieści się do twojego samochodu?- mówi a jego głos lekko się łamię.
- Och… Lou… kurwa!- Chwila milczenia, słyszy tylko jakiś szmer- Dużo, a jak będzie mało to będziemy wracać parę razy.
- Tylko nie wiem gdzie ja z tym wszystkim pojadę, nie chcę się w środku nocy pchać do rodzinnego domu, mamie na głowę, bo się wystraszy. Do chłopaków też nie chce , żeby się  na de mną litowali. W hotelu z taką ilością bagaży to dziennikarze jak nic mnie dorwą.
- Skończyłeś panikować? To jasne, że wprowadzasz się do mnie. Akurat mam wolny pokój… może to nie do końca to do czego jesteś przyzwyczajony, ale dopóki sobie czegoś nie znajdziesz powinno wystarczyć.
- pewnie- szepcze Louis- uwierz wbrew pozorom jestem całkiem normalnym chłopakiem… A twojej dziewczynie nie będzie to przeszkadzać?
- Nie-mówi jakimś dziwnym głosem- wyprowadziła się tydzień temu, dostała kontrakt w Rzymie.
- przepraszam, jestem najgorszym przyjacielem na świecie – mówi nawet nie orientując się, że nie jest już sam w pokoju.
-Dobra, będziemy razem płakać  sobie w rękaw jak już będziesz u mnie. Teraz siadam za kółko, do zobaczenia za chwilę. – mówi i się rozłącza.  Lou odwraca się i widzi zmieszanego Harry’ego. Patrzy w podłogę i pyta :
- Liam czy Niall?
- Ale co Liam czy Niall? Nie rozumiem pytania?
- Który za chwilę wgniecie mnie w podłogę…- Louis teraz już wie o co Harry pyta, ta… on naprawdę myśli, że oprócz chłopaków nie ma żadnych znajomych, przecież parę razy opowiadał mu jakieś śmieszne anegdoty o Viki czy innych znajomych… czy on mnie jeszcze zna?- zastanawia się starszy, po czym uśmiecha się  smutno i  mówi:
-Żaden…- Louis zaczyna układać swoje życie do walizek...


1 komentarz:

  1. Zajebiście sie zaczyna ^^
    Juz lece czytac kolejny rozdzial <3

    OdpowiedzUsuń